– John, czy to prawda? – zapytał Jim.
John Trzy Imiona skinął głową.
– Wierz mi, nie zachwycało mnie wprowadzanie cię w błąd, ale nie mieliśmy innego wyjścia. Psi Brat i Catherine powinni wymienić przysięgi małżeńskie, a kiedy to zrobią, ty masz być świadkiem odejścia Niedźwiedziej Panny z powrotem do świata duchów.
– Czyli okłamywałeś mnie od samego początku, tak?
– To niezupełnie były kłamstwa, panie Rook – uśmiechnął się Psi Brat. – Ich celem było ściągnięcie pana do Arizony i sprawienie, by Catherine również tu przyjechała. Widział pan tę bestię. Widział pan, do czego jest zdolna. Nawet ja nie zawsze jestem w stanie ją kontrolować.
– O tak, widziałem ją, piękne dzięki, i widziałem, co potrafi. Zamordowała obiecującego młodego człowieka, zrujnowała moje mieszkanie i zabiła mojego kota. Obróciła szatnię w West Grove w ruinę, a wczoraj znowu zabiła… zabiła kobietę, na której mi bardzo zależało.
– Więc powinieneś chcieć zobaczyć, jak na zawsze opuszcza nasz świat – oświadczył John Trzy Imiona.
– Żarty sobie ze mnie stroisz?
– Nic podobnego. Pozwólmy Psiemu Bratu poślubić Catherine i skończmy z tym raz na zawsze.
– A co z Paulem i Szarą Chmurą?
– Możesz wrócić do Los Angeles i zeznać pod przysięgą, co widziałeś.
– Pewnie. Przysięgli z miejsca mi uwierzą.
– Możesz poddać się testowi na wykrywaczu kłamstw.
– Jego wyniki nie stanowią dopuszczalnego materiału dowodowego. Sam o tym wiesz.
– A jeśli ktoś inny zostanie zamordowany w ten sam sposób, setki mil od Los Angeles, gdy Paul i Szara Chmura będą przebywać w areszcie?
Jim zmierzył go ponurym wzrokiem.
– Mówisz o Susan?
– Nie, bo nie ma ciała. Ale sam rozumiesz, stanowiła niezbędną ofiarę dla Coyote. Nie wchodzi się na terytorium władcy, nie składając mu należytego hołdu.
– Susan była ofiarą dla Coyote?
– Dlatego rozpaliłem to ognisko – John Trzy Imiona wzruszył ramionami. – Przypuszczałem, że wyjdzie z motelu, by szukać Catherine, ale nie spodziewałem się ciebie. Niemniej jednak okazałeś się bardzo pomocny. Tylko szkoda koca.
– Więc to ty wezwałeś potwora, by Susan mogła zostać zamordowana i spalona?
– Coyote zawsze lubił zapach ludzkiego ciała, palonego ku jego czci – wtrącił Psi Brat. – To nastraja go bardziej przyjaźnie do ludzkiej rasy. Za dawnych czasów palono dziewice i bizony, i to żywcem.
– Chwileczkę – przerwał mu Jim. – Skoro mówiąc o kolejnej ofierze zamordowanej dokładnie w ten sam sposób nie macie na myśli Susan, to o kogo wam chodzi?
– Przywiozłeś przecież ze sobą paru przyjaciół, tak jak zasugerował ci Henry Czarny Orzeł – zauważył Psi Brat.
– Nawet nie myślcie o tym! – krzyknął Jim. – Psi Bracie, mówiłeś o obietnicach? Ja złożyłem trzy, kiedy zgodziłem się na wyjazd do Arizony. Obiecałem Henry’emu Czarnemu Orłowi, że spróbuję uzyskać drogą negocjacji zwolnienie Catherine z umowy małżeńskiej. Obiecałem moim uczniom, że się nimi zaopiekuję. I obiecałem sobie samemu, że nie stracę tu życia. Przynajmniej nie dzisiaj.
– Trudno ci będzie ich dotrzymać – oświadczył Psi Brat, podchodząc do niego tak blisko, że Jim mógł bez trudu policzyć czarne pory na jego nosie. – Zabieram Catherine i zamierzam dostarczyć Henry’emu Czarnemu Orłowi dowody niezbędne do zwolnienia jego synów z aresztu. Jeśli temu przeszkodzisz, daję słowo, że będę cię ścigać przez resztę twego życia i zniszczę wszystko, co przedstawia dla ciebie jakąkolwiek wartość… zabiję wszystkich, których kochasz. Na tym polega prawdziwa śmierć, mój przyjacielu. To właśnie uczynili z nami biali ludzie. Spalili nasze domy i nasze pola, wybili nasze bydło. Nasze kobiety i dzieci głodowały, ale co to was obchodziło? Pluliście na nasze groby. Więc dzisiaj umrzesz – powtórzył Psi Brat. – I jutro także. Będziesz umierać każdego dnia, przez resztę twego życia.
Jim patrzył na niego, myśląc: Chryste, co mam robić? Zerknął w bok na Johna Trzy Imiona, ale Indianin odwrócił głowę. Potem skierował wzrok na Catherine. Na jej twarzy malowało się oszołomienie i strach.
– Zgoda – odezwał się wreszcie. – Skoro pragniesz Catherine, możesz ją sobie zatrzymać. Czego jeszcze ode mnie oczekujecie?
– Tak już lepiej – na twarz Psiego Brata powoli wypłynął nieprzyjemny uśmiech. – Lubię realistów. Którego z twoich uczniów nam oddasz? A może weźmiemy oboje?
Bezwzględność Psiego Brata zmroziła Jima. Jak mógłbym poświęcić któregokolwiek z nich? – pomyślał z rozpaczą. Sharon, która zamierzała działać w opiece społecznej i walczyć o prawa czarnych, czy Marka, któremu poczucie humoru i poetycka wrażliwość być może pozwoli na lepszy start?
– Może powinienem powiedzieć im, żeby rzucili monetą? – zasugerował podstępnie – Nie muszą wiedzieć, w jakim celu.
Psiemu Bratu wyraźnie spodobał się ten pomysł
– Od razu kiedy cię zobaczyłem, wiedziałem, że jesteś inteligentnym człowiekiem. Henry Czarny Orzeł dokonał mądrego wyboru.
– Catherine? – powiedział Jim. Starał się zwrócić na siebie jej uwagę, wyrwać ją spod władzy mrocznego kształtu, który się wokół niej formował. – Catherine, wybacz mi. Widzisz chyba, w jakim jestem położeniu.
– Nie wiem, o czym pan mówi – odparła Catherine. – Co chce mi pan powiedzieć?
– To, że musisz wyjść za Psiego Brata. Nie mam wyboru. Podszedł do niej i ujął ją za rękę już teraz wyczuwał ukłucia szorstkich, niewidzialnych włosów. Pochylił się udając, że całuje ją w policzek.
– Chwycę cię mocno za rękę – wyszeptał. – A kiedy to zrobię, uciekaj, rozumiesz?
Wyprostował się. Z jej twarzy nie wyczytał niczego, co sygnalizowałoby, że zrozumiała – wciąż widniało na niej jedynie oszołomienie i strach.
– W porządku – zwrócił się do Psiego Brata. – Chyba wyjdę teraz i poproszę moich uczniów, by zdecydowali, które z nich będzie żyło, a które uda się do Krainy Wiecznych Łowów.
– Ja też będę się już zbierał – odezwał się John Trzy Imiona. – Widziałem dosyć krwi jak na jeden tydzień.
Kiedy Psi Brat cofnął się, by zrobić przejście, Jim pchnął go nagle w pierś. Indianin stracił równowagę i wpadł na fotel. John Trzy Imiona obrócił się, lecz Jim odrzucił go na bok uderzeniem barku, a potem złapał Catherine za rękę i krzyknął:
– Teraz!
W tej samej chwili Psi Brat wydał z siebie wysoki pisk.
Ręka Catherine jakby eksplodowała w dłoni Jima, w jednej sekundzie zamieniając się w gigantyczną szczeciniastą łapę. Wrzasnął i wyszarpnął dłoń. Przy nim nie stała już drobna, długowłosa dziewczyna, lecz ogromny niedźwiedziowaty cień, sięgający głową sufitu przyczepy. Miał drobne ślepia, płonące czerwienią niczym szczeliny w drzwiczkach pieca, i wielkie zakrzywione pazury.
Jim rzucił się na podłogę, osłaniając twarz ramieniem. W tej samej chwili jeden z pazurów minął o włos jego głowę, rozcinając mu skórę na grzbiecie dłoni. Łapa bestii uderzyła z głośnym hukiem w bok przyczepy, rozłupując na pół plastikową szafkę i przebijając aluminiową ścianę. Wśród ciemności zamigotało nagle dzienne światło.
– Catherine! – ryknął Jim.
Ale bestia rzuciła się ponownie do przodu, aż zatrzęsła się cała przyczepa. Raz za razem starała się dosięgnąć Jima, lecz on przetoczył się po podłodze i ukrył za jedną z kanap. Psi Brat stał nieruchomo, wydając z siebie piskliwy, monotonny zaśpiew.