Выбрать главу

– Aheeuoo-ahane-aheeiioo-saabate.

Bestia młóciła na oślep, rozpruwając pazurami tapicerkę, metal i plastik. Potworny łoskot rozrywał bębenki w uszach. Pianka wypełniająca kanapę była podarta, wykładzina rozpruta, wokół pryskało tłuczone szkło, kawałki potrzaskanych mebli pokrywały całą podłogę. W powietrzu fruwały strzępy tapicerki, a każdy cios Niedźwiedziej Panny dalej dziurawił ściany przyczepy i do wnętrza ze wszystkich stron wpadały przecinające się strumyki światła dziennego.

Przyczepa powoli zaczynała się rozpadać. Jej ściany były powyginane i podziurawione, miejscami zdarte zostały całe płaty blachy. Nagle cała konstrukcja przekrzywiła się i zapadła. Psi Brat runął na podłogę, uderzając głową o stolik pod telewizor. John Trzy Imiona przez cały czas usiłował przedostać się do drzwi i teraz kurczowo chwycił się zasłony by nie wpaść z powrotem do wnętrza. Jim – wciąż za kanapą – zsunął się z podgiętymi nogami w ciasny kąt. Gdy łapa Niedźwiedziej Panny przebiła się z potwornym impetem przez chroniące go poduszki, udało mu się odepchnąć od ściany i wydostać z potrzasku.

Wiedział, że musi spróbować wydostać się z przyczepy Być może zginie, ale nawet i to było lepsze od oczekiwania na chwilę, gdy potwór oderwie mu głowę, tak jak to stało się z Susan. Nabrał powietrza w płuca, policzył do trzech i wysunął się zza kanapy, przetoczył po podłodze i złapał za pierwszą rzecz, jaka wpadła mu w rękę – jak się okazało, była to kostka Johna Trzy Imiona.

– Puść mnie! – krzyknął spanikowany Indianin. Próbował uwolnić się kopniakiem, ale mu się nie udało. Jim podciągnął się do przodu i znalazł się twarzą w twarz z Johnem Trzy Imiona.

– Czy zdajesz sobie sprawę z tego, co zrobiłeś? – wrzasnął. – Zabiłeś dwoje niewinnych ludzi tylko dlatego, że za bardzo bałeś się postawie jakiemuś podstępnemu, przeterminowanemu demonowi! Naprawdę myślałeś, że pozwolę wam jeszcze kogoś zabić?

John Trzy Imiona rozpaczliwie starał się uwolnić.

– Co wy, biali ludzie, wiecie? Cały ten kraj należy do Navajo i zawsze tak będzie! Czekamy tylko na odpowiednią porę, nic więcej! Opiekujemy się naszymi duchami, uwalniamy je z kryjówek, przywracamy do życia dawne obrzędy i czekamy na właściwy moment! Coś panu powiem, panie Rook już niedługo wszystkie miasta białych ludzi stąd aż do Los Angeles zamieszkane będą wyłącznie przez trupy.

Nagle podłoga pod nimi zadrżała. Jim zerknął w górę. Niedźwiedzia Panna pochylała się nad nimi złowieszczo, zimna i mroczna. Jej futro zjeżyło się, ślepia płonęły czerwienią, a z gardzieli wydobył się dźwięk przypominający charkot duszonego człowieka. Wymierzyła Jimowi cios rozdzierając mu koszulę i rozpruwając ramię. Jim poczuł na plecach wilgotny strumyk krwi. John Trzy Imiona szarpnął się, kopnął go i spróbował unieść z podłogi, tak by następny cios bestii trafił go w głowę. Jim rzucił się w tył i przetoczył. Indianin znalazł się na górze i złapał go za nadgarstki, zamierzając wykonać podobny manewr. Jim czul jego pot i pachnący starą kawą oddech.

– Mieliśmy o wszystkim zapomnieć? – wykrzyczał John Trzy Imiona. – Mieliśmy zapomnieć o tym, co z nami zrobiliście? O kobietach i dzieciach, które umarły w Fort Defiance? – Był tak wściekły, że zupełnie zapomniał o potworze-duchu demolującym przyczepę.

Ponad jego ramieniem Jim ujrzał uniesioną w gorę łapę – włochatą, czarną łapę uzbrojoną w potężne pazury. Chociaż Indianin wciąż mocował się z nim wrzeszcząc nieustannie, próbował odepchnąć go w bok, zepchnąć z linii ciosu. Nie udało mu się to jednak – po chwili rozległ się ostry, zgrzytliwy dźwięk i nagle Jima zalała ciepła krew. John Trzy Imiona zsunął się z niego, trzymając się za bok głowy.

– Moje ucho! Oderwała mi ucho!

Przyczepa jakby eksplodowała. Niedźwiedzia Panna zerwała dach i połupała ściany. Wszędzie walały się kawałki aluminium, kłębiły się chmury pianki, piór i strzępów pościeli. Psi Brat, nadal nieprzytomny, przysypany był ryżem, mąką i suchym fettucini.

John Trzy Imiona usiłował się podnieść na nogi, sięgnął dłonią ściany, której już tam nie było, i stracił równowagę. W tej samej chwili bestia złapała go w obie łapy i uniosła wysoko nad głową. John Trzy Imiona wrzasnął, wierzgając nogami w powietrzu, kiedy pazury potwora zagłębiły się w jego klatkę piersiową, w płuca i wątrobę.

– Nie! – wycharczał – Nie! Służyłem ci! Uratowałem cię!

Niedźwiedzia Panna rozłożyła szeroko łapy, rozdzierając go od szyi do krocza, a potem potrząsnęła gwałtownie, tak ze wszystkie wnętrzności wypłynęły na podłogę, tworząc oślizgły, wilgotny stos. Potwór odrzucił wybebeszone, bezwładne ciało i odwrócił się do Jima, ale nie było go już w przyczepie.

Gdy tylko bestia pochwyciła Johna Trzy Imiona, Jim rzucił się do drzwi, zeskoczył na ziemię i popędził do chryslera, w którym czekali Sharon i Mark.

Jego buty zgrzytały w kurzu, a jemu wydawało się, że ktoś biegnie dwa kroki za nim. Sharon wysiadła z samochodu, wpatrując się z przerażeniem na rozpadającą się we wściekłych konwulsjach przyczepę. Mark siedział na tylnym siedzeniu, zawzięcie uderzając w klawisze telefonu komórkowego Johna Trzy Imiona.

– Sharon! Wsiadaj z powrotem do samochodu! – krzyknął Jim, biegnąc w jej stronę.

– A co z Catherine?

– Wsiadaj do środka!

Obejrzał się przez ramię, potwór-duch gnał już ku niemu wielkimi susami niedźwiedzia grizzly. Był olbrzymi, trzykrotnie większy niż normalny niedźwiedź, jego pazury zgrzytały o ziemię.

– Sharon, na miłość boską! Wsiadaj do samochodu! – wrzasnął Jim.

Dopadł chryslera i wepchnął Sharon z powrotem na jej fotel, wskoczył za kierownicę, zatrzasnął drzwi i odpalił silnik.

– A Catherine? – zapytała Sharon. – Co z Catherine!?

Jim wycofał chryslera i odwrócił go przodem w stronę osiedla przyczep.

– Catherine nie jest sobą – wyjaśnił. – Przynajmniej nie w tej chwili.

– Ale przecież tam jest! – oświadczyła Sharon, łapiąc go za ramię – Proszę spojrzeć, panie Rook, jest tam!

Jim wdusił gaz do dechy i chrysler wystrzelił z miejsca w kłębach kurzu. Potem zerknął w lusterko i ujrzał Catherine biegnącą za nim z rozwianymi włosami. Ale kiedy spoglądał za siebie przez ramię, widział jedynie masywny, mroczny cień ścigającej ich Niedźwiedziej Panny

– Panie Rook, niech się pan zatrzyma! – błagała Sharon – Musimy ją zabrać!

Jim zahamował gwałtownie.

– Sharon, to nie jest Catherine. To coś innego. Dla ciebie wygląda jak Catherine, ale ja widzę coś zupełnie innego.

– Wezwałem gliniarzy – oznajmił Mark, wymachując telefonem. – Powiedzieli, że postarają się tu być za pół godziny.

Catherine wciąż biegła za nimi. Jim widział w lusterku grymas zastygły na jej twarzy i szkliste oczy. Biegła jak ktoś, komu zależało na doścignięciu ich za wszelką cenę, nawet za cenę życia.

– Trzymajcie się – powiedział, ruszając z miejsca z piskiem opon. Koła chryslera ugrzęzły na moment w ziemi, a potem pomknęli przed siebie. W tej samej chwili poczuli potężny wstrząs i tylna szyba samochodu rozprysnęła się w drobny mak. Rozległo się ohydne drapanie, po nim jękliwy zgrzyt i Jim poczuł, że kierownica chryslera szarpie się w jego rękach niczym żywa.

– Co się dzieje? – zapytała przerażona Sharon.

Jim obejrzał się i ujrzał biegnącą za mmi Niedźwiedzią Pannę. W pewnej chwili rzuciła się na samochód, odrywając fragment tylnych drzwi, który z łoskotem potoczył się przez pyliste pole. Potem rozbiła światła stopu i oderwała następny kawałek karoserii. Jechali siejąc za sobą odłamki czerwonego plastiku.