Pod wielką zakurzoną płachtą grubego plastiku znajdował się cały jego dobytek: książki, zdjęcia, kompakty, nawet wełniana kamizelka. Czuł się tak, jakby wszedł do mieszkania kogoś, kto niedawno umarł.
Ruszał już do drzwi, kiedy pod oknem zobaczył swojego dziadka. Tym razem wyglądał znacznie starzej niż ostatnio. Miał przygarbione ramiona, a dłonie wcisnął głęboko w kieszenie Jim podszedł do niego i powiedział.
– Dziadku, dlaczego wróciłeś? Czy wszystko jest w porządku?
– W porządku? Nie, nie wydaje mi się – odparł dziadek.
– W takim razie co się stało? Moja przyjaciółka twierdzi, że krewni wracają z zaświatów tylko wtedy, gdy mają jakąś pilną sprawę do załatwienia.
– A skąd twoja przyjaciółka to wie?
– Bo nie żyje, tak jak ty Nazywa się Alice Vaizey i cóż, pewnie mi nie uwierzysz, rozmawia ze mną za pośrednictwem kobiety, która wprowadziła się po jej śmierci do jej mieszkania.
– Czemu miałbym ci nie wierzyć? Takie rzeczy zdarzają się codziennie. Umarli kurczowo trzymają się żywych.
– No to co się stało? – zapytał Jim. Kusiło go, by dotknąć dziadka, złapać go za rękę, poczuć jego suche palce, przypominające sękate korzenie, poczuć gładki, starannie wygolony policzek. W powietrzu unosił się nawet zapach dziadkowego żelu do włosów i jego tytoniu.
– Ta rzecz, przed którą cię ostrzegałem… zjawiła się, prawda? – zapytał dziadek. – Ta stara, zimna, szczeciniasta rzecz?
– Zjawiła się, a jakże – Jim pokiwał głową. – Rozejrzyj się dokoła, robotnicy dopiero co skończyli uprzątać po niej bałagan.
– To nie jest jedyny bałagan, jakiego narobiła, prawda, Jim?
– Nie, dziadku. Była jeszcze kobieta, którą kochałem. Susan Randall. To coś ją zabiło.
– Spotkałem Susan… – powiedział dziadek. – To dlatego tu jestem.
– Widziałeś ją? Gdzie?
– Jim, po śmierci nie ma już żadnego „gdzie”. W jednej chwili spoglądasz ponad mokrymi, pokrytymi dachówką domami, a w następnej minucie jedziesz autobusem po Eighth Avenue. Potem, zanim zdążysz się zorientować, spacerujesz plażą nieopodal Hilton Head.
– Co u niej słychać? – dopytywał się Jim. – Próbowałem ją uratować. Mam nadzieję, że wie o tym.
– Ona niewiele wie. Doświadczyła ciężkiego wstrząsu, jak to zwykle bywa, kiedy ktoś urywa ci głowę. Pogodzenie się ze sposobem odejścia z tego świata zajmuje trochę czasu. Ale powiedziała mi jedno: „Ostrzeż Jima, żeby trzymał się jak najdalej od West Grove. Niech pojedzie do Europy czy nawet do Japonii. Niech pojedzie gdziekolwiek, tam, gdzie bestia go nie dosięgnie, bo jest już na jego tropie”.
– Myślisz, że ją jeszcze zobaczysz? – zapytał Jim. – Może mógłbym przekazać jej przez ciebie wiadomość?
Dziadek rzucił mu szybkie, zniecierpliwione spojrzenie.
– Nie jestem posłańcem, Jim. Nie zajmuję się roznoszeniem listów w zaświatach.
– Powiedz jej tylko, że ją kocham i że nie przestanę jej kochać. I że dopilnuję, by winnych jej śmierci spotkała sprawiedliwa kara.
– Sprawiedliwość niewiele znaczy dla zmarłych, Jim. Sprawiedliwość jest ważna tylko dla żywych.
– Tak czy owak, powtórzysz jej to?
Dziadek wzruszył ramionami.
– Mogę spróbować. Ale niczego ci nie gwarantuję.
W tej samej chwili rozległo się stukanie do drzwi i do mieszkania weszła panna Neagle w wymiętym czarnym negliżu i pantoflach na wysokim obcasie.
– Jim? – odezwała się. – Zastanawialiśmy się, czy nie chciałbyś zejść na dół i napić się czegoś z nami. George powiedział, że miałeś bardzo interesujące przygody w Arizonie.
Nagle zatrzymała się, zamrugała i utkwiła wzrok w dziadku Jima.
– Och – wymamrotała zaskoczona. – Przepraszam. Nie wiedziałam, że masz gościa.
– Widzisz go? – zapytał zaskoczony Jim.
– Oczywiście. Chwilami trochę się rozmywa, jak obraz na starym telewizorze, ale widzę go, bez dwóch zdań.
– Nie życzę sobie, by porównywano mnie do obrazu ze starego telewizora – obruszył się dziadek Jima. – Kim pani jest?
– To chyba pani Alice Vaizey, dziadku – powiedział Jim. Odwrócił się do panny Neagle i zapytał: – Mam rację?
– Jak najbardziej – uśmiechnęła się panna Neagle. – Sama nie potrafię go dostrzec, ale pani Vaizey owszem. To dlatego tak migocze.
– Co tu się dzieje? – zapytał podejrzliwie dziadek Jima. – To jest przyjaciółka, o której mi opowiadałeś? Ta, która nie żyje?
– Zgadza się, dziadku. Panna Neagle kupiła jej mieszkanie wraz z jej duchem.
Dziadek Jima powoli podszedł do panny Neagle i stanął przed nią. Uniósł lewą rękę i zatrzymał ją o cal od jej czoła. Wyglądało na to, że próbował jej dotknąć, lecz nie potrafił.
– Widzę ją – powiedział.- Naprawdę ją widzę. Jakby stały tu dwie kobiety, jedna we wnętrzu drugiej.
Do oczu panny Neagle napłynęły łzy.
– Odkąd umarłam, po raz pierwszy ktoś mnie zauważył – powiedziała. – Zaczynałam już podejrzewać, że jestem niewidzialna dla wszystkich, nawet dla innych duchów.
– Nie powinnaś się tym przejmować – pocieszył ją dziadek Jima. – Ja cię widzę… widzę cię doskonale.
– W takim razie jak wyglądam? – zapytała panna Neagle kokieteryjnie, zupełnie tak, jak uczyniłaby to pani Vaizey.
– Jesteś szczupła, bardzo szczupła, jak tancerka. Zupełnie niepodobna do tej pani. I jesteś bardzo atrakcyjną kobietą.
– Cóż, dzięki – oświadczyła panna Neagle. – Nawet gdybyśmy się więcej nie spotkali.
Dziadek Jima uśmiechnął się do niej i posłał jej całusa. Jim mruknął zdumiony.
– Własnym oczom nie wierzę, dziadku. Przyszedłeś tu, aby mnie ostrzec, a teraz flirtujesz z duchem kobiety, która kiedyś mieszkała piętro niżej.
– To nie jest flirt, Jim. Po śmierci ludzie potrzebują pociechy bardziej niż kiedykolwiek za życia. Dla kobiety starość i brzydota, które powodują, że nikt nie zwraca na nią uwagi za życia, są wystarczająco bolesne. Jak myślisz, jak to jest, kiedy się umiera i od nikogo nie można już spodziewać się żadnej reakcji? Stajesz się niczym, bo jesteś niewidzialny. Nie wiesz nawet, jakim jestem szczęściarzem mając wnuka, który potrafi mnie dostrzec – urwał i dodał po chwili. – Posłuchaj, Jim, to „coś” pragnie twojej krwi i pozostały ci tylko dwa wyjścia albo spakujesz swoje manatki i wyniesiesz się stąd jak najdalej, albo będziesz musiał znaleźć sposób pokonania tej bestii.
– Dzisiaj przecież miałeś umrzeć, Jim – dorzuciła panna Neagle. – A jednak wciąż żyjesz, prawda? Powinno ci to dodać trochę pewności siebie.
– Jestem już martwy – odparł Jim. – Tak długo, jak długo ta bestia pozostaje w naszym świecie, będzie mnie szukać.
– Więc uciekaj – powiedział dziadek. – To jedyne rozwiązanie. Uciekaj.
Jim zrozumiał nagle, dlaczego dziadek uważał się za nieudacznika. On rzeczywiście był nieudacznikiem. Kiedy na horyzoncie zamajaczyło jakiekolwiek wyzwanie, zwykle podwijał ogon pod siebie i pospiesznie oddalał się w przeciwnym kierunku. Ale on sam taki nie był – był nieodrodnym synem swojej matki, a matka zawsze nieustępliwie egzekwowała swoje prawa. Odmówiła pomocy ojcu, gdy ten rozkręcał swoją morską firmę ubezpieczeniową, i zamiast tego nauczyła się grać na pianinie. „Jeżeli nie wzbogacisz się własną pracą, nie zasługujesz na to, by być bogatym – powiedziała. – A ty zasługujesz, i będziesz bogaty, więc czego będą słuchać twoi bogaci przyjaciele, kiedy będziemy podejmować ich obiadem?”