Выбрать главу

– Nie żyje? – powtórzyła wstrząśnięta Sharon.

– Jaki wypadek? – zapytał Mark.

Jim bezradnie wzruszył ramionami.

– Miało to związek z Catherine, jednak teraz naprawdę nie jestem w stanie wam tego wytłumaczyć. Gdy tylko będę mógł, opowiem wam, co się stało.

– Ale powiedział pan wszystkim, że pani Randall została w Arizonie… nawet doktorowi Ehrlichmanowi – oświadczyła Sharon.

– Wiem. Kiedy nadejdzie odpowiednia pora, ich również przeproszę.

– Jezu – wymamrotał Mark. – Nie mogę uwierzyć, że ona nie żyje. Wciąż widzę jej twarz.

Jim położył dłoń na jego ramieniu.

– Ja również, Mark.

Kiedy po ostatniej lekcji Jim zbierał się już do wyjścia, do klasy wkroczył doktor Ehrlichman.

– Cieszę się, że wycieczka się wam udała, Jim. Muszę się przyznać, że wcale nie byłem przekonany do tych twoich etnicznych wędrówek. Nie bardzo widziałem ich związek z zajęciami wyrównawczymi z angielskiego. Ale kuratorium wyrażało się pochlebnie o twojej pracy i widziałem, że uzyskujesz coraz lepsze wyniki na testach.

– Dobra komunikacja to podstawa – odparł Jim. – Wierzę, że jeśli moi uczniowie zrozumieją odmienność swoich kolegów i koleżanek, pomoże im to w docenieniu ich własnego pochodzenia i w jaśniejszym wyrażaniu myśli.

– Bardzo ładnie. Wygląda na to, że Los Angeles Times może być zainteresowany artykułem na ten temat.

– Moim uczniom taka reklama nie jest potrzebna – oświadczył Jim. – W klasie nie wstydzą się swoich wad, ale nie chcą, by cały świat dowiedział się, że są powolniejsi od innych.

– Taki artykuł przysłużyłby się szkole… zwłaszcza po zeszłotygodniowej tragedii.

– Nie jestem pewien… Przemyślę to sobie przez weekend.

– Mam nadzieję, że zobaczymy się jutro po południu?

– A co takiego ma być jutro po południu?

– Rozgrywamy mecz z Asuzą. Ben Thunkus uważa, że mamy duże szanse na zwycięstwo.

– Więc ten mecz się odbędzie? Mimo tego, co przydarzyło się Martinowi?

Ehrlichman potarł dłonie.

– Rozmawiałem z jego rodzicami. Są za tym. Rozmawiałem też z drużyną. Chcą zagrać, aby w ten sposób oddać hołd Martinowi.

– Skoro tak uważają…

– Tak właśnie uważają, Jim. I ja również tak myślę. Szkoła ma za sobą bardzo zły początek semestru, bardzo zły. Chciałbym ujrzeć, jak wszystko wraca do normy. Pamiętaj o haśle West Grove: „Przez przyjemność do sukcesu”.

– W wersji uczniowskiej brzmi to chyba „Przez imprezy do absolutorium” – odparł Jim.

– Nie wiedziałem o tym – mruknął Ehrlichman – i żałuję, że się dowiedziałem.

– Do zobaczenia na meczu – powiedział Jim.

Rozdział IX

Wczesnym wieczorem Jim pojechał odwiedzić Henry!ego Czarnego Orła. Na progu stała ładna młoda Meksykanka, polerując brązową wizytówkę na drzwiach.

– Pan Czarny Orzeł jest w domu? – zapytał Jim.

– Nie, señor. Ale znajdzie go pan w Cafe del Rey.

– Widziała go dziś pani?

– Pewnie. Nie był dzisiaj w pracy. Powiedział, że kręcą sceny bez niego.

– W jakim był nastroju?

– Que?

– Był szczęśliwy, wesoły, nucił sobie pod nosem? A może był smutny i przygnębiony?

– Był bardzo nerwowy.

– Nerwowy? Krzyczał na panią?

– Nie, ale wyglądał, jakby na coś czekał. Kiedy dzwonił telefon, natychmiast pędził go odebrać.

– Dziękuję, bardzo mi pani pomogła – powiedział Jim.

Wrócił do samochodu i pojechał w stronę oceanu. Do zachodu brakowało jeszcze godziny, ulice skąpane były w pomarańczowym blasku. Skręcił w Admiralty Way i skierował się ku zatoce. Ciepłe morskie powietrze dmuchało mu we włosy. Gdyby tak bardzo się nie martwił, mógłby uznać, że wieczór jest wspaniały.

Henry’ego Czarnego Orła znalazł przy kawiarnianym barze, gdzie samotni klienci mogą zjeść w spokoju spoglądając na tańczące na kotwicy jachty. Aktor był w połowie steku z sałatką z kopru i popijał czerwone wino z pękatego kieliszka. Jim wsunął się na wolny stołek obok niego.

– Jak tam stek, panie Czarny Orzeł? Wystarczająco krwisty jak na pańskie potrzeby? A może wolałby pan całopalną ofiarę?

Henry Czarny Orzeł podskoczył jak oparzony, wytrzeszczając w przerażeniu oczy.

– Och, przepraszam – powiedział Jim. – Czyżbym pana wystraszył?

– Co pan tu robi? – zapytał Henry Czarny Orzeł, a potem rozejrzał się po zatłoczonej knajpce, jakby kogoś szukał. – I gdzie jest Catherine?

– Chce pan wiedzieć, co tu robię? – powtórzył Jim. – Zamierzam wyrównać pewien rachunek… A co do Catherine, zadanie wykonane, przynajmniej w znacznym stopniu. Udało mi się dostarczyć ją do osiedla przyczep w Fort Defiance i przekazać ją w ręce przyszłego małżonka, tak jak przewidywał pański plan, prawda? Kłopot w tym, że potem zrobiło się trochę nieporządku.

– Nieporządku…? O czym pan mówi?

– Czyżby pański przyjaciel John Trzy Imiona nie zadzwonił do pana z radosną informacją? Cóż, nie za bardzo mnie to dziwi. W tej chwili John Trzy Imiona zapewne wygląda dokładnie tak, jak ten stek w pańskim żołądku.

– John Trzy Imiona nie żyje?

– Zgadza się. Jak również Susan Randall, która pojechała ze mną, by pomóc mi opiekować się pańską córką.

– A pańscy uczniowie?

– Och, Bóg zapłać za pamięć. Są w doskonałej formie, choć nie dzięki panu, Niedźwiedziej Pannie czy Pierwszemu, Który Użył Słów Mocy.

Henry Czarny Orzeł odsunął talerz.

– Nie miałem wyboru – powiedział. – Gdybym nie odesłał Catherine do Coyote, dalej by zabijała. Co miałem robić?

– Odesłanie Catherine do Coyote to jedno, ale poświęcenie najzupełniej niewinnej kobiety i gotowość złożenia w ofierze dwojga niewinnych młodych ludzi tylko po to, by wydostać z więzienia synów, to zupełnie inna sprawa.

– To nie był jedyny powód, panie Rook. Coyote wiedział, jak bardzo zależało panu na tamtej kobiecie i ile znaczyli dla pana ci uczniowie. Chciał pokazać panu, że jeśli kiedykolwiek ośmieli się pan mu sprzeciwić albo spróbuje odebrać mu Catherine, będzie pan skończony.

– Więc nie zamierzał mnie zabić?

– Cóż, to zależy od pańskiej definicji śmierci, panie Rook. Zabiłby wszystkich, których pan kocha, i zniszczył wszystko, co jest panu drogie. Uśmierciłby pana za życia.

– Ale za co? Co ja mu zrobiłem?

– Jest pan biały, panie Rook, a to wystarczający powód. Poza tym wie, że posiada pan dar widzenia. Musiał to wykryć, gdy tylko zbliżył się pan do Catherine. Jego krew płynie w jej żyłach, proszę o tym nie zapominać.

– I co?

Henry Czarny Orzeł opuścił na ułamek sekundy oczy, a potem spojrzał na Jima.

– I trochę się pana boi – powiedział.

– Co ja mu mogę zrobić, skoro on dysponuje magią, mogącą zamienić pańską córkę w bestię?

– Ale pamięta, co biali zrobili z pozostałymi duchami, panie Rook. Jest teraz sam. Może określenie „boi się” jest rzeczywiście lekką przesadą, ale z pewnością pana nie lekceważy. Sądzi, że jest pan w kontakcie z duchami białych ludzi, i nie zamierza ryzykować obrażenia demona, który mógłby okazać się silniejszy od niego.

Jim patrzył na niego przez chwilę, a potem zapytał:

– Co teraz pan zamierza?

– A co mi pozostało? Przejrzał mnie pan i nie potrafię panu nawet powiedzieć, jak bardzo wstydzę się tego, co zrobiłem. Do końca życia prześladować mnie będzie śmierć pańskiej kobiety i śmierć moich synów, jeżeli sąd uzna ich za winnych. Gdybym wiedział, jakie konsekwencje będzie miała moja umowa z Coyote, którą z nim zawarłem, kiedy moja żona się rozchorowała, wolałbym nic nie robić i pozwolić jej umrzeć.