Выбрать главу

– Być może przejrzałem pana, ale nie pociągnie to za sobą żadnych konsekwencji – odparł Jim. – Nie złamał pan żadnego prawa, oprócz praw ludzkiej przyzwoitości.

– Bardzo mi wstyd z tego powodu – powiedział Henry Czarny Orzeł.

– Cóż, może nie będzie się pan aż tak wstydzić, jeśli pomoże mi pan odzyskać pańską córkę. Tyle chyba jesteśmy jej winni, prawda?

– To niemożliwe. Coyote stale będzie przemieniał ją w Niedźwiedzią Pannę i za każdym razem potwór będzie potężniejszy, a transformacja będzie trwać dłużej. W końcu na zawsze zmieni się w potwora, co noc wędrującego po rezerwacie w poszukiwaniu ofiar. Może pan sobie wyobrazić podobny koszmar? A każde kolejne zabójstwo znowu spadnie na moje sumienie. Ale jeśli zostawimy ją w spokoju, panie Rook. Coyote zdejmie z niej klątwę i będzie ją dobrze traktować, a wszyscy mieszkańcy rezerwatu odnosić się będą do niej z wielkim szacunkiem.

– Panie Czarny Orzeł, Catherine nie takiego życia pragnęła. Powinniśmy spróbować wyrwać ją stamtąd.

– To niemożliwe – powtórzył Henry Czarny Orzeł. – Kto wie, do czego posunie się Coyote w odwecie.

– Boże miłosierny – westchnął Jim. – Nic dziwnego, że Indianie przegrali wojnę z białymi.

– Panie Rook… gdybym znał sposób na odzyskanie córki… i wierzył, że istnieje droga naprawienia wszystkiego, co spowodowałem…

– Owszem, istnieje. Niech pan zorganizuje nam na jutro lot do rezerwatu, a przydybiemy tego drania Coyote w jego legowisku.

– Jakim sposobem? Nie zdaje pan sobie sprawy z jego potęgi.

– Według legendy można nad nim zapanować nakłaniając innego ducha do zabicia go, a potem zabierając jego serce. Na pewno zna pan szamanów potrafiących przywołać innego ducha.

– Szara Chmura ich zna. Ale nawet gdyby udało się znaleźć szamana chętnego do takiego przedsięwzięcia, żaden duch nie zgodzi się zabić Coyote bez zapłaty. Duchy zawsze żądają zapłaty.

– W takim razie może człowiek jest w stanie go zabić. Może nam się to uda.

– Przykro mi, panie Rook, ale nie mielibyśmy najmniejszej szansy. Nikt nie rzuca wyzwania Coyote, chyba że jest pijany w trupa albo ma dosyć życia.

– Uda mi się znaleźć jakiś sposób, jestem tego pewien.

Henry Czarny Orzeł uniósł rękę, prosząc o rachunek. Po zapłaceniu za obiad powiedział:

– W porządku, panie Rook. Załatwię dwa bilety na jutro, na wieczorny lot. Skoro nie mogę pana powstrzymać, mogę przynajmniej panu towarzyszyć. Może kiedy Niedźwiedzia Panna zabije nas obu, policja uwolni Paula i Szarą Chmurę.

Jim nagryzmolił pospiesznie numer telefonu na papierowej tacce.

– Do dwunastej może mnie pan złapać pod tym numerem. Później będę w szkole. Jutro po południu rozgrywamy mecz.

Henry Czarny Orzeł podniósł się i wyciągnął dłoń w jego stronę.

– Nie wiem, co powinienem panu powiedzieć, panie Rook. Nie oczekuję, by mi pan wybaczył, ale proszę o odrobinę zrozumienia.

– Hmm, jest jeszcze jedno… – mruknął Jim i wyciągnął srebrny gwizdek spod koszuli. – Jakie jest dokładne przeznaczenie tego przedmiotu?

– Przyciąga uwagę Coyote. Wszyscy dawni szamani używali takich gwizdków, kiedy chcieli przywołać go z zaświatów. Wydaje dźwięki tej samej częstotliwości co nietoperze, bo kiedy Coyote nie był jeszcze na wpół człowiekiem, lubił nietoperze.

– Gdy lecieliśmy z Albuquerque do Gallup, w samolocie wszystko nagle wysiadło. Silniki, urządzenia pokładowe. Catherine wpatrywała się w kontrolki, a wokół niej widziałem cień potwora. Wtedy dmuchnąłem w gwizdek i jakby się obudziła, i wszystko znowu zaczęło normalnie funkcjonować. Cudem uniknęliśmy rozbicia w lesie. Gdybyśmy wpadli w te drzewa, na pewno byśmy zginęli.

Wyszli z kafejki i ruszyli przed siebie chodnikiem. Słońce rozpuszczało się w oceanie, zaczął wiać chłodny wietrzyk. Henry Czarny Orzeł powiedział zamyślony:

– To bardzo dziwne… Coyote uczyniłby wszystko, co w jego mocy, by Catherine dotarła do niego cała i zdrowa. Na pewno nie chciał, by rozbiła samolot. Nikt nie miał zginąć przed dotarciem do Window Rock, a panu w ogóle nic się nie miało stać. – Po chwili dodał: – Wygląda na to, że gdzieś w głębi serca Catherine wiedziała, co was czeka. W końcu w jej żyłach płynie krew Coyote. Wiedziała, co was czeka, i wiedziała, że będzie to los o wiele gorszy od szybkiej śmierci w wypadku lotniczym, użyła więc mocy Coyote, by unieruchomić urządzenia pokładowe. On to potrafi. Kiedy biali ludzie zaczęli budować linie telegraficzne, uciszał je samym spojrzeniem, tak jak niektórzy ludzie potrafią uciszać spojrzeniem psy.

– Czyli kiedy dmuchnąłem w gwizdek…

– Ostrzegł pan Coyote, a kiedy zorientował się, co się dzieje, powstrzymał Catherine.

– To oznacza, że zachowała resztki wolnej woli, nawet w postaci Niedźwiedziej Panny.

– Być może. Ale jeżeli nawet tak jest, nie sądzę, by Coyote pozwolił jej ponownie z niej skorzystać. Proszę pamiętać, co panu mówiłem: przy każdej przemianie w coraz większym stopniu staje się bestią.

Jim dotarł do swojego samochodu.

– Proszę jutro do mnie zadzwonić – powiedział.

Henry Czarny Orzeł skinął w odpowiedzi głową. Ruszając z miejsca, Jim spojrzał na niego w lusterku. Indianin nie budził w nim ani cienia współczucia, nie po tym, czego się dopuścił, ale wyglądał na najbardziej samotnego człowieka na świecie.

Tej nocy Jim spał bardzo źle. Przez cały czas śnił o człowieku w żółtych okularach i czuł szarpiący wnętrzności lęk. Wydawało mu się, że się obudził, spojrzał przez pokój i ujrzał siedzącą w fotelu postać w zwęglonym, dymiącym kocu. Boże, pomyślał, to Susan, ona nie zginęła. Zerwał się z kanapy i podbiegł, lecz opatulona w koc postać ani drgnęła. Wyciągnął rękę i wtedy obudził się. Ociekał potem i dygotał jak w febrze.

Podczas przygotowywania śniadania George spojrzał na niego i powiedział:

– Wyglądasz jak śmierć, Jim. Powinieneś zrobić sobie przerwę, wiesz?

– Dziś wieczorem wracam chyba do Arizony.

– Po cholerę?

– Cóż, powiedzmy, że mam tam sprawy do zakończenia.

George usiadł naprzeciw niego i nabrał sobie widelcem ogromną porcję smażonego boczku i rzadkiej jajecznicy.

– Nie rób niczego głupiego, Jim. Znam cię dobrze. W encyklopedii przy haśle „kamikaze” jest twoje zdjęcie.

– A czy śniadanie o wartości energetycznej cztery tysiące kalorii nie jest formą samobójstwa?

– Muszę regenerować siły… Ta Valerie to bardzo wymagająca kobieta.

– Chyba nie…

– Tańczyliśmy do dziesięć po drugiej. Polka, fokstrot, walc, shimmy, shake, charleston, twist, frug, locomotion, turkey trot, wszystko.

– Podobało ci się, co?

– Pewnie. Powiem ci jeszcze coś. Chyba się zakochałem.

Jim zostawił George’a nad bekonem i jajecznicą i pojechał do szkoły. Sny ostatniej nocy sprawiły, że postanowił zajrzeć do książki znalezionej przez Johna Ng – „Legendy Navajo”. Musiał poznać jak najwięcej ewentualnych słabych punktów Coyote. Był pewien, że jedynym sposobem pokonania ducha jest oszukanie go.

Tego ranka tereny szkoły były prawie całkowicie opustoszałe, tylko paru uczniów rozwieszało kolorowe proporce przed popołudniowym meczem. Drużyna West Grove od dawna rywalizowała zawzięcie z drużyną szkoły w Asuzie, ale nigdy nie udało jej się wygrać czy choćby osiągnąć remisu. W drodze do budynku Jim spojrzał ku niebu. Wyglądało dziwnie, zasnuwały je ciężkie, spiętrzone chmury. Miał wrażenie, że w powietrzu wisi jakaś groźba.

Ruszył wywoskowanym korytarzem w stronę swojej klasy. Pan Wallechinsky, szkolny strażnik, wychodził właśnie z pokoju Susan Randalf.