– O, pan Rook! Orientuje się pan może, kiedy wraca pani Randall? Pożyczyła projektor z pracowni naukowej i chcielibyśmy go dostać z powrotem.
– Chyba dopiero za parę dni, panie Wallechinsky. Może po prostu go pan im zwróci?
– Nie ma sprawy.
Jim sięgnął po klucz, otworzył drzwi i stanął jak wmurowany. Sala była kompletnie zdewastowana. Wszystkie stoliki wywrócono, niektóre połamano na kawałki. Wszędzie leżały komputery z porozbijanymi monitorami, połamanymi klawiaturami i potrzaskanymi drukarkami. Portrety Szekspira, Marka Twaina i Walta Whitmana zdarto ze ścian i porwano na strzępy. Świetlówki zwisały na kablach z sufitu, a biurko Jima leżało na boku, wysypując z siebie zawartość.
Po ścianach, z których wydarto całe płaty gipsu, biegły przecinające się wyżłobienia, przypominające ślady gigantycznych pazurów. Jedna bruzda przecinała ramę i powierzchnię tablicy, sięgając prawie ściany.
Jim postąpił parę kroków w głąb klasy i powąchał powietrze, tak jak zrobiłaby to pani Vaizey. Poczuł ciężki odór niedźwiedzia oraz zjełczały odór dzikiego psa. Podniósł z podłogi pierwsze wydanie Green Fruit Peale’a Bishopa. Dostał ją od ojca w dniu absolutorium. Miała połamany grzbiet, a połowa stron wysypała się, kiedy ją otworzył.
Ona tu jest, pomyślał. Nie sądził, by mogła podążyć za nim do Los Angeles, ale najwyraźniej tak właśnie było. To dlatego dziadek usiłował nakłonić go do ucieczki – jak najszybciej i jak najdalej. Coyote nie zamierzał wybaczyć i zapomnieć, nawet mając przy sobie swoją przyszłą małżonkę, a przecież nie miał powodu, by podejrzewać, że Jim będzie próbował ją uwolnić. Choć może i nie… Może wyczuł u Jima tę determinację, która sprawiła, że zgłosił się do nauczania w klasie specjalnej. Może zrozumiał, że Jim nigdy nie zrezygnuje z Catherine.
Jim podniósł biurko i wziął się do ustawiania krzeseł i stolików. Podłoga usiana była podartymi wierszami, esejami i potłuczonym szkłem. Dla tych uczniów napisanie jednego składnego zdania stanowiło ogromny trud, a teraz większość owoców ich mozolnej pracy walała się po podłodze. Jim wziął do ręki esej Marka Foleya na temat Ripa van Winkle: „Rip van Winkle pozwalał swoim dzieciakum biegać bez rządnych butuw i gacie jego syna spadali zawsze na duł”. Kiedy pomyślał o esejach, jakie Mark teraz potrafi pisać, poczuł ból, że ktoś potraktował jego pierwsze dzieło z takim brakiem szacunku. Podniósł kolejną kartkę, ostatni esej Marka o Walcie Whitmanie: „Walt Whitman był gejem. Całował umierajoncych żołnierzy podczas wojny domowej, częściowo w odruchu ludzkiej solidarności, a częściowo, gdyż go to podniecało. Niemniej jednak kochał swoją matkę i zawsze odnosił siem z szacunkię do kobiet. Pisał o»radosnym domu pełnym młodych dam«i»Nigdzie nie widziałem tak wielu eleganckich, siwowłosych dam… jakich nie znał żaden czas ni kraj, tylko nasz«„.
Ortografia Marka wciąż jeszcze pozostawiała sporo do życzenia, ale jego umiejętność interpretacji tego, co przeczytał, bardzo się rozwinęła. Henry Czarny Orzeł miał rację: Coyote umiał wybierać słabe punkty swoich przeciwników. Wiedział, co cenili najbardziej, i niszczył to bez najmniejszych skrupułów.
Jim wciąż jeszcze zbierał kartki papieru i książki oraz kawałki szkła, kiedy pojawił się Wallechinsky.
– Co tu się stało, do cholery? – zapytał.
– Wrócił nasz wandal – odparł Jim.
– To nie do wiary! Zaglądałem tu przed godziną!
– I niczego pan nie słyszał ani nikogo nie widział?
– Tylko tego pańskiego wielkiego, grubego ucznia… jak on się nazywa, Gloach?
– Russell Gloach, zgadza się. Ale wolałbym, żeby nie nazywał go pan wielkim i grubym. Proszę wybrać jakieś inne określenie. Może coś o jego włosach?
– Dobra, widziałem pańskiego wielkiego, grubego, ostrzyżonego na jeża ucznia. Był tu może jakiś kwadrans temu.
– Kogoś jeszcze?
– Bo ja wiem. Niech się zastanowię… zaglądało tu jeszcze paru. Ta Indianka, ona też tu była.
– Catherine Biały Ptak? Ona tu była?
– Widziałem ją na własne oczy, maszerującą korytarzem. Rozczesywała sobie włosy.
– Wie pan może, gdzie potem poszła?
– A niby skąd? W każdym razie wcale się nie spieszyła.
Wróciła, pomyślał Jim. Poluje na mnie.
– W porządku, panie Wallechinsky – powiedział. – Tylko spokojnie. Teraz lepiej zamknijmy tę salę.
– Nie chce pan, żebym tu posprzątał?
– Nie, niech pan to zostawi tak, jak jest. Po meczu zadzwonię na policję i nie chciałbym, żeby coś się stało z ewentualnymi dowodami.
– W takim razie może niech pan też przestanie już tu porządkować, panie Rook. Założę się, że zostawił pan już tyle odcisków palców, że można by udowodnić, że pan to zrobił.
Jim rzucił na podłogę esej Marka o Whitmanie.
– Ma pan słuszność – stwierdził. – Ale jedną sprawę muszę dziś uporządkować.
Wyszedł na dwór i obszedł wszystkie budynki, lecz nigdzie nie znalazł Catherine. Na boisku zobaczył Grega Lake’a, siedzącego na trybunie i rozmawiającego z Sherri Hakamoto.
– Hej, panie Rook. Nie może się pan doczekać meczu?
Jim osłonił oczy dłonią i rozejrzał się dookoła.
– Widzieliście dziś Catherine?
– Catherine? – zdziwił się Greg. – Nie. Sądziłem, że jeszcze jest w Arizonie.
– Ja również, ale najwyraźniej nie. Tak przy okazji, nie wchodźcie dzisiaj do waszej klasy Miał miejsce kolejny akt wandalizmu.
– Hej, ale moim rzeczom nic się chyba nie stało, co? Zostawiłem tam mój cały projekt.
– Nie wiem. Później będziesz miał okazję to sprawdzić. A tymczasem uważaj na Catherine, dobrze?
– Dobrze, panie Rook.
Jim pożyczył od Wallechinsky’ego zapasowy komplet kluczy i następne dwadzieścia minut spędził na przeczesywaniu terenu szkoły. Ponieważ była sobota, większość budynków zamknięto, lecz udało mu się sprawdzić pracownię plastyczną i halę sportową. Zajrzał nawet do żeńskiej szatni, ale kiedy otworzył szafkę Catherine Biały Ptak, nie znalazł w niej niczego, co pozwoliłoby stwierdzić, że wróciła. Książki, czasopisma, koszulki, kosmetyki – oraz wycięte z gazet zdjęcia modelek i młodych gwiazd rocka o zamyślonym spojrzeniu. Z fotografii przy lustrze szczerzył się Kurt Cobain.
Wreszcie musiał się poddać Zwrócił klucze Wallechinsky’emu, przeszedł do pokoju nauczycielskiego i sięgnął po telefon. Czekał i czekał, aż w końcu usłyszał głos Henry’ego Czarnego Orła.
– Pan Czarny Orzeł? Tu Jim Rook. Nie, nie szkodzi, że nie zarezerwował pan biletów. Nie, nawet jestem z tego zadowolony. Nie musimy lecieć do Arizony. Catherine jest tutaj.
– Co pan przez to rozumie? – zapytał Indianin.
– Catherine jest tutaj – powtórzył Jim. – Moja klasa została zdemolowana w ten sam sposób co szatnia i moje mieszkanie. Nasz strażnik powiedział mi, że widział ją na korytarzu.
– Coyote nie wypuściłby Catherine od siebie.
– Nie rozumiem.
– To proste, panie Rook. Skoro Catherine tu jest, Coyote też znajduje się w pobliżu.
– Mam nadzieję, że mnie pan nabiera.
– Nie, panie Rook. Mówiłem panu o jego zaborczej naturze.
– Więc czego on teraz chce?
– Chyba bardzo go pan rozzłościł. Może i pana nie lekceważy, ale wygląda na to, że chce panu pokazać, kto tu rządzi.
– Dlaczego miałby się mną przejmować? Jestem przecież tylko białym człowiekiem.
– Widział, jak bardzo troszczy się pan o swoich uczniów, panie Rook. Może wie, że nie spocznie pan, dopóki nie wydrze Catherine z jego rąk.
Ale Jim wiedział, że to nie może być całe wyjaśnienie. Nawet gdyby wrócił po Catherine, Coyote mógłby poszczuć na niego Niedźwiedzią Pannę albo skorzystać ze swojej mocy, by go zabić, zanim się do niego zbliży. Nie musi się go obawiać. Więc dlaczego odbył tę podróż, żeby go zniszczyć?