– Udało mi się porozmawiać z Paulem i Szarą Chmurą – oznajmił. – Obaj są bardzo zaniepokojeni obecnością Coyote w mieście. Ten duch jest bardzo mściwy, więc przypuszczają, że zamierza zamordować wielu ludzi, by pokazać panu, że jest potężniejszy od wszystkich duchów białych ludzi.
– Powiedzieli panu może, jak go powstrzymać?
– Powtórzyli tylko to, co już wiemy z legend. Coyote musi zginąć z ręki pobratymca i wtedy należy zabrać mu serce. Jedyny duch, którego nienawiść do Coyote jest większa niż strach przed nim, to Duch Deszczu. Według legendy Coyote podstępem uwiódł jego córkę, a kiedy to się stało, dziewczyna umarła ze wstydu, bo miała zachować czystość dla szlachetnego myśliwego o imieniu Łowca Jeleni.
– Jak możemy wezwać tego Ducha Deszczu?
Henry Czarny Orzeł pokazał mu pakunek z bizoniej skóry.
– Mam tutaj święte kości, przywiezione przez Szarą Chmurę z rezerwatu Wide Ruins. Wykorzystywano je do wzywania Ducha Deszczu podczas suszy. Ale tym razem będziemy musieli poprosić go o przysługę innego rodzaju.
– A nie zażyczy sobie czegoś w zamian?
– Owszem – potwierdził Henry Czarny Orzeł. – Będzie trzeba go obdarować. Jak pan myśli, co moglibyśmy mu zaoferować?
– To zależy od tego, co lubi. Ale co można podarować duchowi, który i tak ma już pewnie wszystko?
– Mógłby pan mu dać swój dar widzenia rzeczy ukrytych.
– Myśli pan, że poszedłby na to?
– Czemu nie? To dar jak każdy inny. Pewien człowiek oddał Duchowi Bizonów swój melodyjny głos w zamian za pełną spiżarnię dla swojej rodziny.
Jim milczał przez chwilę. Kiedy odkrył, że potrafi dostrzegać duchy, oddałby swój dar pierwszemu lepszemu, kto byłby skłonny go przyjąć, i jeszcze by się z tego cieszył. Teraz jednak wydawało mu się to tak naturalne i normalne, że czułby się, jakby wydarto mu oko. Ale jednooki człowiek nadal widzi, a najważniejsze było uratowanie Catherine i uwolnienie świata od Coyote.
– Niech będzie – powiedział. – Jeżeli zechce, może wziąć mój dar widzenia.
– Ma pan szczęście, że dysponuje pan czymś, co może mu pan zaoferować – odparł Henry Czarny Orzeł. – Czasem duch żąda dłoni czy stopy, a nawet męskości. Ale musimy się spieszyć. Widział pan już Coyote i Catherine?
– Ostatnim razem kręcili się wśród widzów. Próbowałem ich dopaść, ale kiedy już prawie dopchałem się do nich, nagle znaleźli się po drugiej stronie boiska.
– A co by pan zrobił, gdyby udało się panu ich dogonić?
– Nie wiem. – Jim wzruszył ramionami. – Jeszcze tego sobie nie przemyślałem.
– W kontaktach z Coyote to konieczność. Jest zbyt sprytny, by można go było zaatakować bez przygotowania. Teraz chodźmy między te cedry i spróbujmy przywołać Ducha Deszczu.
Od strony boiska rozległy się okrzyki radości, gdy Russell Gloach przechwycił dwudziestojardowe podanie Micky’ego McGuivera.
– Galopem, Russell! – wrzeszczał kapitan. – Przebieraj tymi cholernymi nogami!
Jim nawet nie próbował zobaczyć, co się dzieje. Potrafił wyobrazić sobie Russella truchtającego w słoniowatym tempie przez boisko. Przy odrobinie szczęścia może uda mu się pokonać jard, zanim gracze Asuzy go powalą. Ruszył za Henrym Czarnym Orłem pod trzy wysokie cedry, rosnące na wzniesieniu w północno-zachodnim rogu szkolnych terenów. Ich nisko zwisające gałęzie osłaniały przed wiatrem i deszczem. Było pod nimi ciemno i cicho.
Henry Czarny Orzeł usiadł ze skrzyżowanymi nogami na ziemi i rozwiązał swój pakunek. Jim stanął obok niego, przyglądając się uważnie.
– Nie jestem szamanem – powiedział Henry Czarny Orzeł – więc podczas rytuału przywołania Ducha Deszczu będę musiał polegać na pańskim darze.
Starannie rozprostował bizonią skórę. Spoczywało na niej pięć pożółkłych kości, przypominających ludzkie kości przedramienia. Ich końce przewiązane były kosmykami włosów i wyblakłymi czerwonymi wstążkami. Henry Czarny Orzeł podniósł dwie z nich i zaczął stukać nimi o siebie.
– Proszę usiąść przede mną i opróżnić umysł ze wszystkich myśli o Coyote i Catherine – poinstruował Jima. – Musi pan także opróżnić umysł z myśli o sobie… ze wszystkich lęków, pytań, wątpliwości. Pański umysł powinien być tak mroczny i pusty jak skryty za gwiazdami wszechświat, gdzie jest jedynie ciemność, w której mieszkają Wielcy i Dawni.
Jim powoli usiadł na suchej trawie ze skrzyżowanymi nogami. Ostatni raz siedział tak podczas obiadu w Koto, japońskiej restauracji, i przez resztę wieczoru chodził jak Groucho Marx. Henry Czarny Orzeł stukał kośćmi, stopniowo przyspieszając. Zaczął nucić, a potem śpiewać, na zmianę w języku Navajo i po angielsku:
– „Duch deszczu żyje na zachodzie… Mieszka na szczycie najwyższej góry, jego płaszczem są chmury… W płaszczu nosi wodę i pokrywa nim suchą ziemię… Jest szczodry i sprawiedliwy, jest obrońcą wszelkiego życia… Prosimy go, by się zjawił, byśmy mogli oddać mu cześć i poprosić o szczególną przysługę…”.
Pieśń powtarzała się monotonnym, gruchającym zaśpiewem i Jim nie musiał się szczególnie starać, by opróżnić swój umysł – śpiew Henry’ego Czarnego Orła był tak hipnotyczny, że wykonał za niego większą część pracy. Nie zamykał oczu, ale czuł, jak z głowy uciekają mu wszystkie świadome myśli. Wkrótce pozostała tam jedynie ciemność i pustka.
– „Pojaw się, Duchu Deszczu, i użycz nam swojej siły… Pojaw się, byśmy mogli cię ujrzeć… Zrzuć swój płaszcz chmur i stań przed nami, byśmy mogli stać się świadkami twego powrotu… Pojaw się, Duchu Deszczu! Pojaw się! Pojaw się!”.
Henry Czarny Orzeł śpiewał tak głośno, że dwoje przechodzących obok uczniów zatrzymało się na moment i spojrzało na nich podejrzliwie. Kiedy się odwrócili, rozbłysło oślepiające światło błyskawicy, zawtórował jej ogłuszający huk i piorun rozszczepił w połowie drzewo cedrowe, pod którym siedział Jim i Czarny Orzeł, momentalnie zapalając je.
– Henry! Na miłość boską, wynośmy się stąd! – krzyknął Jim.
Ale Indianin nie ruszał się z miejsca, nadal opętańczo stukając kośćmi, mrucząc i śpiewając. Ze wszystkich stron obsypywały go iskry, a cedr trzaskał i skwierczał.
Kilku ludzi zaczęło biec w ich stronę. Henry Czarny Orzeł uniósł kości nad głową i zawołał:
– „Ukaż się nam, o Duchu Deszczu! Ukaż nam się! Ukaż się i bądź naszym strażnikiem! Ukaż się i bądź naszym obrońcą!”.
Gdy ostatni raz stuknął kośćmi, ziemia zadrżała od przetaczającego się przez niebo ogłuszającego gromu. Zanim pierwsi biegnący na pomoc ludzie dotarli do nich, z nieba lunął deszcz, zacinając wściekle i niemal zatrzymując ich w miejscu. Zdusił płomienie i siekł teraz po gałęziach. Jim spojrzał w stronę boiska i zobaczył, że większość widzów rozbiegła się w poszukiwaniu schronienia. Co wytrwalsi trzymali nad głowami płaszcze i gazety. Mecz trwał dalej. West Grove i Asuza toczyły bój, w którym stawką był honor szkoły, i żadna z drużyn nie zamierzała pozwolić na to, by deszcz jej w tym przeszkodził. West Grove czuło zapach pierwszego zwycięstwa w tym sezonie, a Asuza za wszelką cenę starała się uniknąć porażki. Fale deszczu przesuwały się nad stadionem niczym ociekające wodą firany. Połowa boiska zniknęła pod wodą. Zawodnicy skakali, kopali i zderzali się ze sobą wśród mglistych fontann, deszcz spływał po ich kaskach, woda pryskała spod butów.
– Co się dzieje, do cholery? – krzyknął Jim. – Deszczu jest pod dostatkiem, ale gdzie jest Duch Deszczu?