Выбрать главу

– Pojawi się! – odkrzyknął Henry Czarny Orzeł. – Musisz uwierzyć!

Deszcz tak się nasilił, że Jim ledwie widział zarysy boiska. Woda wylewała się z rynien budynków szkoły i wypełniała klomby z różami przed głównym wejściem, przelewając się przez wykładane cegłą krawędzie i spływając ścieżką w stronę parkingu. Rodzice i kibice, którzy przyjechali odkrytymi samochodami, biegli teraz na parking, by jak najszybciej postawić dachy.

Kolejna pajęczasta błyskawica przecięła niebo i po chwili ziemia znowu zadygotała.

– Uwierz! – wrzeszczał Henry Czarny Orzeł. – Musisz uwierzyć!

Jim podniósł się i wyszedł spod drzewa. Lodowaty deszcz natychmiast przemoczył go do suchej nitki. Mokry płaszcz zaciążył mu na ramionach, włosy przylepiły się do czoła. Duch Deszczu istnieje, powiedział sobie. Duch Deszczu istnieje, a ja w niego wierzę. Mam dar. Potrafię go dostrzec. Wierzę w niego i mogę go zobaczyć. Wierzę w niego i potrafię go zobaczyć.

Wśród ulewnego deszczu, wprost przed sobą, dostrzegł rozmyty zarys sylwetki wysokiej istoty podobnej do człowieka, lecz nie będącej człowiekiem. Miała dumne, wyniosłe oblicze i ciało spowite w falujące burzowe chmury.

Jim czuł jej moc – zimną i przenikliwą jak sam deszcz. Nigdy nie wierzył w istnienie duchów władających żywiołami, ale teraz miał przed sobą dowód na prawdziwość opowieści o nich – postać o wodnistych, spłowiałych i niewyraźnych konturach, z czasów, gdy Ameryka wyciosywana była ze skały, wiatru i wody.

Osunął się na kolana. Czuł się zupełnie bezradny i nic nie znaczący. Miał wrażenie, jakby wszystko, co dotąd przyjmował za oczywiste fakty, rozpłynęło się bez śladu niczym błoto i liście zmywane burzą Ducha Deszczu.

Henry Czarny Orzeł podszedł do niego i położył mu dłoń na ramieniu.

– Widzi go pan, prawda? – zapytał.

– Tak – potwierdził Jim. – Jest jak deszcz.

– Nawet pan nie wie, jak bardzo panu zazdroszczę – powiedział Henry Czarny Orzeł. – Widzieć przejawy mocy ducha to jedno, ale ujrzeć jego oblicze…

– Co teraz robimy? – zapytał Jim. – Jak nakłonimy go do zabicia Coyote?

– Poprosimy go o to. To jedyny sposób – odparł Indianin, po czym ukląkł obok Jima, uniósł obie ręce i powiedział: – O, wielki duchu, skrzywdził nas Pierwszy, Który Użył Słów Mocy. Jest tu dzisiaj wraz z moją córką, Catherine Biały Ptak, którą zamierza poślubić. Oszukał mnie tak samo, jak kiedyś ciebie, więc w imieniu własnym i mojej córki błagam cię, byś zabił go i wydarł mu serce z piersi.

Jim nie spuszczał wzroku z Ducha Deszczu, ale nie zauważył żadnej reakcji. Duch dryfował w deszczu, a jego utkany z chmur płaszcz kłębił się i przelewał. Chwilami dostrzeżenie go stawało się niemożliwością.

– Proszę cię, wielki duchu. Poniżam się przed twoim obliczem… – Henry Czarny Orzeł rozpłaszczył się na ziemi z rozłożonymi szeroko ramionami, zalewany strumieniami deszczu.

Podszedł do nich uczeń ostatniej klasy, Franklin Sharp. Miał problemy z nauką, ale był genialnym stolarzem.

– Wszystko w porządku, panie Rook? – zapytał, podejrzliwie przyglądając się Indianinowi.

– Oczywiście, Franklin. Wracaj na trybuny i dopinguj naszych.

– W życiu nie widziałem takiego deszczu, panie Rook.

– Hmmm, ja chyba też nie. Może powinieneś zabrać się za budowanie arki?

Kolejny piorun rozświetlił szarość deszczu niczym światło stroboskopu. Kiedy Franklin odszedł, Jim odwrócił się z powrotem do Ducha Deszczu, który wyglądał, jakby miał się za chwilę rozpłynąć.

– Musisz nam pomóc! – zawołał. – Nie możesz zostawić nas samych w walce z Coyote! Musisz nam pomóc! Posiadam dar widzenia! Możesz go sobie zatrzymać, jeżeli zabijesz Coyote!

Usłyszał w głowie szmer niezrozumiałych słów, jakby jakiś głos szeptał mu coś do ucha. Henry Czarny Orzeł podniósł się z ziemi i powiedział:

– Dziękuję ci, wielki duchu.

– Co powiedział? – dopytywał się Jim.

– Zgodził się nam pomóc. Zabije dla nas Coyote. W zamian chce jedynie pańskiego daru widzenia i jeden z moich palców.

– Jeden z pańskich palców?

– To niska cena za odzyskanie córki, panie Rook.

– Ale przecież nie może pan oddać mu swojego palca!

Henry Czarny Orzeł uniósł prawą dłoń.

– Już to zrobiłem – powiedział. Brakowało mu środkowego palca, z dłoni sterczał jedynie kikut ułamanej kości. Krew ściekała mu po grzbiecie dłoni pod rękaw.

Jim dotknął swojego czoła.

– Ale mojego daru widzenia jeszcze nie zabrał, prawda?

– Zrobi to dopiero po śmierci Coyote. Chce, żeby był pan tego świadkiem.

Jim znowu usłyszał w głowie szmer niewyraźnych słów. Henry Czarny Orzeł wyciągnął z kieszeni chustkę i owinął nią dłoń.

– Mamy iść za nim – powiedział. – Teraz odszuka Coyote i wydrze mu serce z piersi.

Ledwo widoczny Duch Deszczu odwrócił się i zaczął schodzić zboczem w stronę boiska. Jim z trudem za nim nadążał. Deszcz wciąż padał i duch zamazywał się co chwila, pojawiając się i znowu znikając, nie bardziej materialny niż wstęga dymu z ogniska.

Idąc za nim obeszli od tyłu trybuny i przeszli na drugą stronę stadionu. Prawie na samym szczycie trybun stał Psi Brat, z włosami zlepionymi deszczem, oraz Catherine z postawionym do góry kołnierzem płaszcza. Jim wspiął się na górę i stanął przed nimi.

– Czego chcesz? – zapytał Psi Brat. – Nie dość ci dotychczasowych kłopotów?

– Przychodzę po Catherine – oznajmił Jim. – Jeżeli ją uwolnisz, może pozwolę ci odejść.

– Przybyłem tu, by cię zabić – odparł Psi Brat. Kropelki deszczu skapywały z jego żółtych okularów. – Przybyłem, by zniszczyć wszystko, czego się tknąłeś, i wszystkich, których kochasz. Twoi uczniowie zginą pierwsi. Potem zabiję wszystkich innych, którzy kiedykolwiek coś dla ciebie znaczyli. Pamiętasz swoją kuzynkę Laurę? Pamiętasz wiersz, który dla niej napisałeś, a ona nawet nie potrafiła go przeczytać? Za parę dni dowiesz się, co się z nią stało, gdy zadzwoni do ciebie siostra twojej matki.

– Co ty próbujesz ze mną zrobić? – ryknął Jim.

– To samo, co twoi pobratymcy zrobili ze mną – uśmiechnął się Psi Brat. – Wybiliście moich ludzi, a kiedy to zrobiliście, zabiliście i mnie. Cóż, nadeszła twoja kolej, by przekonać się, co to znaczy.

Jim odwrócił się do Catherine. Jej długie włosy ociekały deszczem, była bardzo blada.

– Catherine – odezwał się błagalnym głosem. – Będziesz się przyglądać śmierci niewinnych ludzi?

– Nie tylko zwykłych niewinnych ludzi – uzupełnił z uśmiechem Psi Brat. – Także twoich kolegów i koleżanek z klasy, Catherine. Całej drugiej klasy specjalnej, w której nauczyłaś się, jak zapomnieć o stylu życia Navajo i o wierze Navajo… i nauczyłaś się, jak zapomnieć o mnie.

– Jeżeli skrzywdzisz któregoś z moich uczniów… – zaczął Jim, ale Psi Brat uniósł rękę – była to długa, wąska ręka, przypominająca bardziej szpon niż ludzką kończynę, o wąskim, owłosionym nadgarstku – i powiedział:

– Zamierzam zabić ich wszystkich, panie Rook. Davida, Sharon, Muffy i Marka.

– Catherine – powtórzył Jim. – Catherine, proszę cię! Zastanów się, co robisz. On mówi o twoich przyjaciołach. Chce zamordować wszystkich twoich przyjaciół.

Dziewczyna odwróciła głowę, ale Jim mógłby przysiąc, że dostrzegł ślad reakcji na jej twarzy.

– Catherine – powtórzył znowu. – Posłuchaj mnie, Catherine…

– Nie możesz mnie powstrzymać – oświadczył Psi Brat. – Twoje duchy są słabsze od moich.

Jim cofnął się o trzy kroki. Piorun uderzył wprost nad nim i poczuł się, jakby niebo waliło mu się na głowę.