– Nie zdoła jej pan już powstrzymać, panie Rook – oświadczył Psi Brat. – Może pan sobie usiądzie i poogląda całe to przedstawienie? Będzie jeszcze zabawniej niż na rzymskich igrzyskach.
– Catherine – błagał Jim. – Nigdy nie chciałaś wrócić do rezerwatu, prawda? Nigdy nie chciałaś zostać żoną Psiego Brata. Catherine, posłuchaj mnie. Musisz się uwolnić. Musisz stać się na powrót sobą!
Przerwał, by nabrać powietrza w płuca, a potem wyrecytował:
Tak oto w zimie stoi samotne drzewo
I rzec nie może, jakie miłości przeszły;
Wiem tylko, że lato grało w mojej duszy
Przez krótką chwilę, muzyką ucichła.
Potwór z cienia obejrzał się, w jego oczach zamigotał ból.
– Ruszaj! – rozkazał Psi Brat. – Ruszaj i wypruj im płuca! Odgryź im głowy!
Ale Niedźwiedzia Panna nie poruszyła się. Po chwili wahania podeszła do Psiego Brata. Deszcz spływał strugami po jej futrze.
– Zabij ich – powtórzył Psi Brat bez przekonania. Jednak Niedźwiedzia Panna nadal stała w miejscu, pochylając się nad nim.
– Zabij! – krzyknął Psi Brat. – Zabij tych skurwieli, zanim ja zabiję ciebie!
Niedźwiedzia Panna zatopiła pazury w ramieniu Psiego Brata. Kiedy usiłował wyrwać się z jej uścisku, uniosła go w górę.
– Puść mnie! – zawołał. – Puść mnie!
Był w połowie człowiekiem, więc nie dysponował dostateczną siłą, by się uwolnić. A chociaż zabić go mógł tylko inny mieszkaniec zaświatów, ona również była po części duchem – i o tym właśnie Psi Brat zapomniał.
Z jej gardła dobył się ryk, który przyprawił Jima o dreszcz. Potem rozpruła klatkę piersiową Psiego Brata jednym potwornym ciosem, przebijając się przez skórę, mięśnie i żebra, i wyrwała jeszcze bijące serce. Uniosła je w skrwawionej łapie i ponownie ryknęła.
Wokół Jima rozległy się wrzaski przerażonych ludzi. Tłum musiał sądzić, że to Catherine wydarła serce Psiemu Bratu z piersi. Krew tryskała na wszystkie strony. Psi Brat zatoczył się, potknął i upadł na trybuny, przyciskając dłonie do piersi.
Wyciągnął rękę do Niedźwiedziej Panny, prosząc ją, by zwróciła mu serce, ale ona cofnęła się w dół, jeden krok, a potem następny. Za każdym krokiem otaczający ją cień topniał, szczecina kurczyła się, pazury skracały, a oczy opuszczał ogień. Po siódmym kroku znowu stała się Catherine, o trupio bladej, zszokowanej twarzy, z sercem Psiego Brata w dłoni, ale jednak Catherine.
Psi Brat dźwignął się na kolana i złapał za metalową poręcz.
– Catherine, oddaj mi moje serce – powiedział.
Ale ona stała nieruchomo, trzymając serce nad głową. Krew i deszcz spływały po rękawie jej kurtki. Odwróciła się do Jima i spojrzała na niego z rozpaczą.
– Proszę cię, Catherine, oddaj mi moje serce – powtórzył Psi Brat.
– Nie – odezwał się Jim.
Psi Brat powoli zaczął schodzić na dół. Jego skrwawione dłonie przesuwały się po poręczy cal za calem.
– Proszę, Catherine… błagam cię – wymamrotał.
Catherine znowu cofnęła się o krok dalej. Psi Brat rzucił się w jej kierunku, potknął i przewrócił u jej stóp. Leżał z rozrzuconymi ramionami w poprzek ławek, wierzgając konwulsyjnie nogami, a potem znieruchomiał. Krew skapywała ze schodów na trawę. Henry Czarny Orzeł podszedł do Catherine, objął ją ramieniem i przytulił.
– Wybacz mi – powiedział. – Nie wyobrażasz sobie, jak bardzo mi przykro.
– Czy on nie żyje? – zapytała Catherine.
– Jest na wpół człowiekiem, ale i na wpół duchem. Potrafi przeżyć jakiś czas bez serca.
– Wygląda na martwego.
Jim rozejrzał się po stadionie. Widzowie, oszołomieni i wystraszeni, stali w deszczu, wpatrując się w nich z przerażeniem. Z oddali dobiegał dźwięk policyjnych syren. Na boisku zawodnicy tkwili w miejscu jak wmurowani. Psi Brat w dziwacznej pozie leżał na schodach, jego krew skapywała na ziemię pod trybunami.
– Lepiej mi to oddaj – powiedział Jim, wyciągając rękę do Catherine.
W tej samej chwili Psi Brat rzucił się do przodu i złapał Catherine za kostkę. Dziewczyna potknęła się i wpadła na ojca, który również stracił równowagę. Psi Brat podniósł się z wysiłkiem i złapał dziewczynę za ramię, usiłując odebrać jej swoje serce.
– Catherine! – krzyknął Jim, wyciągając ręce. Rzuciła serce do niego. Nadleciało ciągnąc za sobą strugę krwi niczym fajerwerk i wylądowało z miękkim mlaśnięciem w jego dłoniach. Ściskając je mocno, popędził w dół po wilgotnych ławkach, wymijając ogłupiałych widzów. Niektórzy z nich łapali za poły jego płaszcza, usiłując go zatrzymać.
Psi Brat ruszył za nim wielkimi susami. Obaj ślizgali się i potykali na mokrych deskach, ale Jimowi udało się zachować równowagę. Przebił się przez tłum spanikowanych kibiców, a potem pobiegł przez boisko, lawirując między graczami. Deszcz smagał go po twarzy, buty chlupotały w kałużach.
Myślał już, że jest bezpieczny, jednak kiedy zerknął przez ramię, ujrzał Psiego Brata zaledwie pięć czy sześć jardów w tyle. Jego płuca nadymały się niczym krwawe balony, ale nie ustawał w biegu. W jego żółtych oczach płonęła nienawiść. Jim zrozumiał, że nie da rady przed nim uciec.
– Mo! – zawołał do Mo Newtona. – Łap to i uciekaj!
Rzucił serce, a Mo złapał je, zanim spostrzegł, co łapie.
– Co to jest, człowieku?
– Uciekaj! – krzyknął Jim.
Mo rzucił się do ucieczki, ale Psi Brat był jeszcze szybszy. Ominął Jima, warknął w przelocie „Sukinsyn!” i pognał przez deszcz za Mo. Kiedy Mo dotarł do linii dwudziestu jardów, zaczął zwalniać, i wtedy Psi Brat dopadł go, złapał za koszulkę i rozdarł mu ją na plecach. Mo krzyknął „Ron!” i rzucił serce innemu graczowi, jednemu z half-backów, który złapał je i popędził z nim w stronę linii bramkowej Asuzy.
Dookoła boiska kibice z osłupieniem przypatrywali się Psiemu Bratu ścigającemu Rona Hubbarda. Ron rzucił serce Keithowi Althamowi, a on natychmiast przekazał je kolejnemu graczowi, Denzilowi Greenowi. Denzil uwielbiał futbol i grał dla przyjemności, więc teraz tańczył i obskakiwał Psiego Brata, wymachując jego sercem niczym pucharem.
Psi Brat złapał go za kask i obrócił go do siebie. Denzil cisnął sercem na oślep. Jedynym graczem w pobliżu był Russell Gloach, który złapał je, obejrzał z niesmakiem, a potem pognał przez boisko, rozpryskując na boki błoto.
– Uciekaj, Russell! – zawołał Jim. – Na miłość boską, uciekaj!
Russell biegł ciężkim, miarowym krokiem. Psi Brat doganiał go z każdą sekundą, ciągnąc za sobą rozwiany płaszcz, zaciskając zęby i wykrzywiając twarz. Był już zaledwie trzy jardy za Russellem, gdy chłopiec obejrzał się. Odchylił głowę do tyłu, nabrał powietrza w płuca i przyspieszył. Psi Brat zamierzył się na niego, ale chybił. Russell jeszcze bardziej przyspieszył. Deszcz powoli ustawał, a on pędził przez kałuże, przez linię trzydziestu pięciu jardów, przez linię pięćdziesięciu jardów. Błoto bryzgało mu spod butów. Wszyscy dopingowali go głośno, gwiżdżąc i klaszcząc, choć większość nie rozumiała, co się dzieje, ani nie widziała dziury ziejącej w piersi Psiego Brata.
Na linii pięćdziesięciu jardów Psi Brat poślizgnął się, potknął i upadł na kolana. Russell przebiegł przez końcową linię i wykonał krótki triumfalny taniec własnej choreografii. Chmury prawie całkowicie zniknęły, powietrze było parne i ciepłe. Jim podszedł do Psiego Brata i stanął obok niego. Psi Brat chwiał się i wyglądał, jakby miał zaraz się przewrócić. Zdjął swoje żółte okulary i przetarł je, a potem spojrzał na Jima. Na jego twarzy malowała się rezygnacja.