Выбрать главу

– A co to jest? – spytała z zaciekawieniem. Naciągnąwszy czapeczkę na uszko Mai, oddała Patrikowi wózek.

Patrik opowiedział, czego dowiedział się od Martina. Dobrze zrobił, że spotkał się z psycholożką.

– Czy ten Morgan jest podejrzany? – zapytała Erika.

– Nie, na razie nie, ale wydaje się, że był ostatnią osobą, która widziała Sarę, więc nie zaszkodzi dowiedzieć się o nim jak najwięcej.

– Ale nie bierzecie się za niego tylko dlatego, że jest odmieńcem – powiedziała Erika i natychmiast ugryzła się w język. – Przepraszam, wiem, że podchodzicie do tego profesjonalnie. Chodzi mi o to, że w małych miejscowościach, jak nasza, kiedy zdarzy się coś złego, ludzie zaraz wskazują na odmieńców. Innymi słowy, winien jest zawsze wioskowy głupek.

– Ale z drugiej strony w małych społecznościach tacy ludzie zawsze mogli liczyć na większą tolerancję niż w wielkich miastach. Oswojony oryginał jest częścią codzienności, i tak jest traktowany. Tymczasem w mieście grozi mu izolacja.

– Masz rację, ale ta tolerancja opiera się na bardzo kruchych podstawach.

– W każdym razie zapewniam cię, że my nie traktujemy Morgana inaczej.

Erika nie odpowiedziała. Znów wzięła Patrika pod rękę. W drodze do domu rozmawiali już o czymś innym, ale cały czas widziała, że myślami jest gdzie indziej.

W poniedziałek ładna pogoda była już tylko wspomnieniem. Było szaro i przejmująco zimno. Patrik siedział skulony za biurkiem w grubym wełnianym swetrze.

Latem z powodu psującej się klimatyzacji czuł się w swoim pokoju jak w saunie. Teraz trząsł się od przenikającej przez ściany wilgoci. Zadzwonił telefon. Patrik drgnął.

– Ktoś do ciebie – usłyszał w słuchawce głos Anniki.

– Nie spodziewam się nikogo.

– Jakaś Jeanette Lind chce z tobą rozmawiać.

Patrik przypomniał sobie niewysoką kształtną brunetkę. Ciekaw był, czego może od niego chcieć.

– Niech wejdzie – powiedział. Wstał i wyszedł na spotkanie nieoczekiwanemu gościowi.

Przywitali się w korytarzu, przed drzwiami jego pokoju. Jeanette wyglądała na zmęczoną, wręcz wyczerpaną. Zdziwił się. Co się mogło wydarzyć od ich piątkowego spotkania? Praca w restauracji na wieczorną zmianę czy kłopoty osobiste?

– Kawy? – spytał. Skinęła głową. – Proszę usiąść, zaraz przyniosę – wskazał jej krzesło dla gości.

Po chwili wrócił i jedną filiżankę postawił przed Jeanette, drugą przed sobą.

– Czym mogę służyć? – Oparł się ramionami o biurko i wychylił do przodu.

Zwlekała. Wpatrywała się w blat stołu i grzała ręce o filiżankę, jakby się zastanawiała, od czego zacząć. Potem odrzuciła gęste czarne włosy i spojrzała mu prosto w oczy.

– Skłamałam, że Niclas był u mnie w poniedziałek – powiedziała.

Patrik nie okazał zdziwienia, ale serce zabiło mu szybciej.

– Proszę mówić – powiedział rzeczowym tonem.

– Powiedziałam tak, bo mnie prosił. Podał mi godziny i prosił, żebym powiedziała, że był wtedy u mnie.

– Wyjaśnił, dlaczego chce, żeby pani skłamała?

– Powiedział, że w przeciwnym razie wszystko się skomplikuje. Że dla wszystkich będzie lepiej, jeśli mu zapewnię alibi.

– Nie miała pani żadnych wątpliwości?

Wzruszyła ramionami.

– Nie, nie miałam powodu.

– Chociaż zamordowano dziecko? Nie widziała pani nic szczególnego w tym, że prosi, żeby mu pani zapewniła alibi?

Znów wzruszyła ramionami.

– Nie – odpowiedziała krótko. – Przecież Niclas nie zabiłby własnego dzieciaka, prawda?

Patrik nie odpowiedział.

– Nie powiedział pani, co robił tamtego przedpołudnia? – spytał po chwili.

– Nie.

– A jak pani przypuszcza?

Znów wzruszenie ramion.

– Pomyślałam, że wziął wolne. On bardzo dużo pracuje, a żona cały czas domaga się, żeby jej pomagał i tak dalej, chociaż sama siedzi w domu. Więc pewnie uznał, że należy mu się trochę wolnego.

– A po co miałby narażać swoje małżeństwo, prosząc panią o alibi? – spytał Patrik. Bez powodzenia starał się przejrzeć nieruchomą maskę przyklejoną do jej twarzy.

O tym, że nie jest całkiem pozbawiona uczuć, świadczyło tylko nerwowe stukanie długich paznokci o filiżankę.

– Skąd mam wiedzieć – odparła opryskliwie. – Pewnie sądził, że z dwojga złego lepiej być złapanym na posiadaniu kochanki, niż być podejrzanym o zamordowanie własnej córki.

Według Patrika nie trzymało się to kupy, ale pod wpływem stresu ludzie dziwnie się zachowują. Widział to wiele razy.

– Dlaczego zmieniła pani zdanie, skoro jeszcze w piątek zapewniła mu pani to alibi?

Wciąż stukała paznokciami o filiżankę. Nadzwyczaj zadbanymi paznokciami – nawet Patrik musiał to zauważyć.

– Ja… myślałam o tym cały weekend i doszłam do wniosku, że to nie w porządku. W końcu zginęło dziecko, prawda? Uznałam, że powinniście znać całą prawdę.

– Rzeczywiście, powinniśmy – odparł Patrik. Nie wiedział, czy jej wierzyć. Tak czy inaczej, Niclas nie miał już alibi na tamto przedpołudnie. W dodatku wcześniej prosił tę kobietę, żeby mu zapewniła fałszywe. To wystarczy, czas wciągnąć na maszt flagę ostrzegawczą. – Dziękuję, że przyszła pani mi o tym powiedzieć – powiedział Patrik, wstając. Jeanette podała mu zgrabną rączkę i na chwilę przytrzymała jego rękę. Gdy wyszła, odruchowo wytarł rękę o dżinsy. Było w tej kobiecie coś, co sprawiało, że wydawała mu się coraz bardziej niesympatyczna. Ale dzięki niej miał teraz dobry powód, żeby się przyjrzeć bliżej Niclasowi Klindze.

Nagle z przerażeniem przypomniał sobie o karteczce, którą dostał od Anniki. Sięgnął do tylnej kieszeni spodni. Była na miejscu. Szczęśliwie w weekend nie chciało im się nastawić prania. Przeczytał i usiadł przy telefonie.

19

Fjällbacka 1926

Agnes z gniewem uciszała hałasujących za jej plecami synów. W życiu nie widziała tak głośnych bachorów. To na pewno dlatego, że tyle czasu spędzają u Janssonów. Nauczyli się od tamtych smarkaczy, pomyślała. Przymknęła oczy na to, że odkąd jej dzieci skończyły pół roku, na dobrą sprawę wychowuje je sąsiadka. Teraz to się zmieni, przeprowadzają się do samej Fjällbacki. Siedząc na wozie, Agnes z satysfakcją obejrzała się za siebie. Oby już nigdy nie musiała patrzeć na ten nędzny barak. Wreszcie jakiś krok w stronę życia, na jakie zasługiwała. Przynajmniej zamieszka wśród porządnych ludzi, bliżej miejskiego ruchu, gwaru. Ich przyszłe mieszkanie nie było zachwycające, ale czystsze i jaśniejsze, a nawet o kilka metrów większe niż to w baraku. W dodatku dom stał w centrum Fjällbacki. Będzie mogła wyjść na ulicę i nie zapadnie się po kostki w błocie. Pozna ludzi ciekawszych niż kamieniarskie żony, wiecznie w ciąży albo w połogu. Ludzi o szerszych horyzontach. Nie zastanawiała się, czy ona ich zainteresuje, skoro sama jest żoną kamieniarza. Nie dopuszczała myśli, że mogliby nie dostrzec, że jest inna.

– Johan, Karl, spokój. Siedźcie spokojnie, bo pospadacie – powiedział przez ramię Anders. Agnes uważała, że jest dla nich zbyt pobłażliwy. Ona uważała, że powinien krzyknąć i dać im po buziach, ale w tej sprawie Anders był niewzruszony. Nikomu nie wolno było podnieść ręki na jego synów. Kiedyś przyłapał ją na tym, jak uderzyła w twarz Johana, i przywołał do porządku tak ostro, że już nigdy nie odważyła się tego zrobić. Zazwyczaj potrafiła skłonić go do ustępstw, ale jeśli idzie o dzieci, ostatnie słowo należało do Andersa. Nawet imiona sam im wybrał. Powiedział, że skoro były odpowiednie dla królów, będą również odpowiednie dla jego synów. Agnes tylko prychnęła. Według niej Anders się wygłupił. Imiona dzieci i tak jej nie obchodziły. Jeśli chce decydować, proszę bardzo.