To było prawdziwe wyzwanie. Myślał o tym, by rozerwać nocą kajdany i rzucić się w morze. Zrobił to już kiedyś, w Fenicji, i przepłynął dziesiątki mil dzielące go od brzegu. Ale od Afryki, po kilku dniach spędzonych na statku, musiały go dzielić miesiące płynięcia, więc tylko zamieniłby jedną udrękę na inną.
Pozwolił się zawlec do Ameryki i w pewnym sensie podobało mu się, gdy został wystawiony na sprzedaż. Bez wątpienia był najzdrowszym okazem na statku, bo metabolizm zupełnie go nie dotyczył i był wykorzystywany jedynie jako źródło przyjemności. Człowiek z Georgii, który go kupił, okazał się okrutny. Lubił ćwiczyć batem nowych chłopców, aż stawali się ulegli, więc kameleon przy pierwszej sposobności zabił go, a potem przeobraził się w białego i odszedł.
Zabawny to był czas. Angielszczyzna kameleona liczyła niemal tysiąc lat, więc musiał udawać idiotę, póki nie nauczył się komunikować. Powędrował na północ, znów rabując i zabijając, by się utrzymać, gdy wiedział, że nie zostanie schwytany.
Szedł i szedł, aż doszedł do Bostonu i osiedlił się tam na kilkaset następnych lat.
14.
— Male, zielone ludziki — rzeki Halliburton, spoglądając na Nesbitta. — Naczytał się pan brukowców.
— To coś ma co najmniej milion lat — dodał Russell.
Nesbitt skinął głową.
— Ale niewątpliwie zostało przez kogoś zrobione.
— Niekoniecznie — odparł Russell. — Może być wytworem jakiejś osobliwej siły naturalnej.
— Załóżmy jednak, że tak nie jest. Jeśli jakaś inteligencja zbudowała to milion lub kilka milionów lat temu… Cóż, nie wiemy nic o ich motywacji, ale jeśli choć trochę przypominają ludzi, jest duże prawdopodobieństwo, że to coś jest w jakiś sposób zamieszkane.
— I mieszkańcy sprzed miliona lat wciąż żyją — mruknął Halliburton, łącząc dwie małe kanapki z sałatką jajeczną.
— My żyjemy po ponad milionie lat.
— Niech pan mówi za siebie, kosmito.
— Mam na myśli ludzkość od czasów homo erectus. Podróżujemy przez kosmos w zamkniętym środowisku, rozrastając się od kilku jednostek do siedmiu miliardów.
— Coś w tym jest — przyznał Russ. — Nie da się ukryć, że ten obiekt stanowi zamknięte środowisko.
— Pańskie osiem miliardów zielonych ludzików musi być naprawdę niewielkich rozmiarów.
— Nie spodziewam się chomików w skafandrach kosmicznych — rzekł Nesbitt. — Rzecz może wcale nie być zamieszkana w takim sensie, że będzie zawierać żywych osobników. Może to być jakiś ekwiwalent spermy i jajeczek albo zarodników. Lub po prostu informacja, jak w maszynie von Neumanna.
— Aha — mruknął Russ. — Pamiętam coś takiego.
— Ja nie — rzekł Halliburton. — To był jakiś Niemiec?
— Chyba Węgier. Wpadł na taki pionierski nanotechnologiczny pomysł. Wysyła się małe statki kosmiczne w kierunku różnych gwiazd. Każdy z nich jest maszyną zaprogramowaną na szukanie materiałów i zbudowanie dwóch duplikatów samej siebie, które wyruszą ku kolejnym gwiazdom.
— Właśnie — potwierdził Russ — a po kilku milionach lat nie będzie w galaktyce planety, która nie zostałaby odwiedzona przez którąś z tych maszynek. Fakt, iż na Ziemi bez wątpienia takiej nie ma, dowodzi, że w naszej galaktyce nie istnieje inna cywilizacja, która latałaby w kosmos.
— Galaktyka jest całkiem spora.
Russ wzruszył ramionami.
— Ale liczy tysiące milionów lat. Logika wskazuje, że projekt byłby stosunkowo prosty do wdrożenia, a dalej już sam by się sobą zajął.
— Niewątpliwie jednak dostrzega pan lukę w tej logice — rzekł Nesbitt.
— Jasne — wtrącił Jack. — Wiem, do czego pan zmierza. Powyższy argument zakłada, że wiedzielibyśmy, gdyby maszyna tu była.
— Może być dobrze ukryta — zauważył Nesbitt. — Ukryta w miejscu, w którym mogą ją odnaleźć jedynie inne istoty o wysoko rozwiniętej technologii.
Jack potarł zarost na policzku.
— Tu się zgadzam. Żaden poławiacz pereł nie znajdzie ani nie wydobędzie takiego czegoś.
— Zatem wydobycie jej z owego środowiska może stanowić sygnał, że życie na planecie wyewoluowało dostatecznie, by można było podjąć kolejne działania.
— Nawiązać z nami kontakt.
— Być może. Albo wyeliminować nas jako rywali. — Spoglądał kolejno na poszczególnych rozmówców. — A jeśli ten projekt uruchomiło stworzenie pokroju Hitlera? Dżyngis Chana? A przecież oni byli przynajmniej ludźmi. Istnieje mnóstwo zwierząt, które upraszczają swoją egzystencję poprzez eliminację przedstawicieli własnego gatunku zagrażających ich prymatowi. My sami zniszczyliśmy całe gatunki — zarazki wywołujące ospę i malarię — w trosce o swoje zdrowie.
— To dość fantastyczna teoria — rzekł Halliburton.
— Ale nawet gdyby prawdopodobieństwo było bliskie zeru, stawka jest tak wysoka, że problem należy rozważyć.
— Hmm… — Jack postukał łyżeczką w filiżankę i natychmiast zjawiła się kelnerka. — Czas na małe co nieco, Colleen. — Kobieta skinęła głową i oddaliła się. — Jak więc pańska dwunastka zamierza ocalić ludzkość przed inwazją obcych?
— Zastanawialiśmy się nad przeniesieniem całej operacji na powierzchnię Księżyca.
— O, w mordę! — mruknął Russ.
— Program Apollo przypomina przy tym projekt z targów nauki — rzekł Nesbitt. — Nikt nie ma silnika pomocniczego, który mógłby wynieść na orbitę choćby jedną dziesiątą masy tego obiektu. A nie możemy go tam wysyłać w kawałkach.
Jack zmrużył oczy, wykonując obliczenia.
— Nie sądzę, żeby to się w ogóle dało zrobić. Masa silnika pomocniczego wzrasta z kwadratem masy ładunku. Wytrzymałość materiałów. Rozwaliłby się.
— Rozumie pan implikacje tych słów. Komuś udało się to przetransportować ze znacznie dalszego miejsca niż Księżyc.
— To nadal tylko założenie — rzekł Russ — a ja wciąż się skłaniam ku naturalnej interpretacji. Obiekt prawdopodobnie uformował się tu, na Ziemi, w wyniku jakiegoś osobliwego procesu.
Nesbitt po raz pierwszy stracił cierpliwość.
— Cholernie osobliwego! Trzy razy gęstszy od plutonu, i to pod warunkiem, że jest monolitem wykonanym w całości z tego samego materiału! A jeśli jest pusty w środku? Co tworzy skorupę?
— Neutronium — odparł Russ. — Zdegenerowana materia. Tak bym zgadywał, gdyby rzeczywiście był pusty.
— W szkole mówiliśmy na to „balonium” — wtrącił Jack. — Najpierw ustalmy właściwości, a po nich dojdźmy do pierwiastka.
Colleen wwiozła wózek z całą gamą szkła i butelek.
— Co dla panów?
Facet z NASA pozostał przy herbacie, Russ wziął białe wino, a Jack podwójną Krwawą Mary.
— Co zatem pańska dynamiczna dwunastka proponuje? — zapytał Jack, gdy kobieta odeszła.
Nesbitt pochylił się do przodu.
— Izolację. Większą niż w przypadku materiałów stanowiących skrajne zagrożenie biologiczne. Środowisko, jakiego wojsko używa przy badaniach nad…
— Nanobronią — dokończył usłużnie Russ. — Rzecz jasna, w rzeczywistości nie produkujemy takich rzeczy. Uczymy się tylko, jak się przed nimi bronić, gdy ktoś inny to zrobi.