— Założę się o piwo — wtrącił Russ.
— Że nastąpi wymierna fizyczna zmiana? Przyjmuję.
Potem wszyscy już tylko czekali, aż skończy się odliczanie. Następnie laser zaszumiał i pomiędzy lufą a celem zajaśniał blady błysk potężnej, jonizującej powietrze siły. Taśma wyparowała w kłębie dymu.
Z artefaktem nie działo się nic widocznego.
— Powinienem był dodać „importowane piwo” — rzekł Jack.
— Temperatura wzrosła — odezwał się z ekranu głos pani technik. — W całym artefakcie. Czujnik pokazuje wzrost o około stopień Celsjusza.
— Nie pogardzę valimą — rzekł Russ.
— A temperatura otoczenia? — zapytał Jack, zwracając się do ekranu.
— Także o stopień w górę, doktorze. Teraz wynosi dwadzieścia jeden.
— Więc nic się nie stało. On zawsze dostraja się do temperatury otoczenia.
— Nie kombinuj — powiedział Russ. — Mamy wymierną fizyczną zmianę.
— Myślę, że powinniście się podzielić piwem — rzekła Jan. — I być grzeczni.
Jack pokiwał głową w zamyśleniu.
— Wypróbowujemy pełną moc?
— Dwadzieścia procent — rzucił szybko Russ. — Lepiej nie działać pełną mocą na powietrze w pomieszczeniu.
— Dobrze, Naomi — rzekł do ekranu — zwiększmy moc lasera do dwudziestu procent.
— Zrobione. — Nie było widzialnej zmiany. — Temperatura wzrosła o kolejny stopień — powiedziała po minucie Naomi.
— Wyłączmy laser i przyjrzyjmy się artefaktowi — rzekł Russ.
Jack wpatrywał się w miejsce, w którym laser skoncentrował energię wystarczającą do przetopienia się przez grubą stal. Miał nadzieję, że dojrzy choćby smużkę dymu. Lub cokolwiek.
— Nooo… dobrze.
Naomi i Moishe Rosse, starszy technik Jan, przeszli z bunkra do nieco bardziej otwartego „pokoju artefaktowego”. Przez kilka następnych godzin przesyłali dane ludziom zgromadzonym w domku numer siedem: wizualne, elektronowe i pozytonowe. Powietrze w pomieszczeniu wykazywało przewidywalny wzrost ozonu i tlenków azotu.
Poza tym nie było żadnych istotnych zmian.
— Odpowietrzmy pomieszczenie — rzeki Russ — i powtórzymy działanie dziesięcio — i dwudziestoprocentową mocą. Przy braku powietrza każdy wzrost temperatury artefaktu będzie bezpośrednim wynikiem działania lasera.
— Powinniśmy go podkręcić do pięćdziesięciu procent — zaopiniował Jack.
— Jeśli nic się nie zmieni. — Russ zerknął na Jan. — Może być?
Skinęła głową.
— Ile potrwa odpowietrzanie?
— Jakieś cztery godziny, by obniżyć ciśnienie do 0,1 milibara — odezwał się Greg Fluvia.
— Powinniśmy od czasu do czasu sprawdzać laser w miarę obniżania ciśnienia — przemówił z ekranu Moishe. — Jest zaprojektowany tak, że może działać w próżni, ale miało to nastąpić po długotrwałym przebywaniu na orbicie.
— Czego się spodziewasz? — zapytał Russ.
— Nie wiem. Tego, że urządzenia czasem się psują, gdy zmienia im się środowisko operacyjne.
— W takim razie sprawdzajcie system mniej więcej co godzinę — polecił Jack. — Czujniki i mikroskopy też. Pozytonowy jest dość wrażliwym szczeniaczkiem.
Russ zerknął na zegarek: dochodziło południe.
— Spotkajmy się tu o siedemnastej. Kogo potrzebujesz, Greg?
— Już wszystko ustaliliśmy. Ja uruchomię sprzęt i będę odczytywał nanometr na zmianę z Tomem. — A wy — zwrócił się do ekranu — dajcie nam znać, gdy się już uszczelnicie.
Moishe zapewnił, że wystarczy dziesięć minut.
— Sails? — Russ zaproponował wizytę w portowej restauracji.
On i Jan udali się tam na rowerach i zmokli jak kury podczastrwającej minutę ulewy. Jack czekał na nich przy stoliku na balkonie.
— Jak tam przejażdżka taksówką? — zapytała Jan, wycierając chustą siwą czuprynę.
— Wertepy jak diabli. — Jack pchnął butelkę z czerwonym winem o cal w ich kierunku. — Pozwoliłem sobie zacząć.
— Kieliszeczek nie zaszkodzi. — Nalała wina sobie i Russowi, po czym oboje jednocześnie usiedli ciężko. — Niebo czyste jak kryształ.
— Jazda rowerem wywołuje deszcz — rzekł Jack. — To potwierdzone naukowo.
— Cieszę się, że mamy dziś choć odrobinę nauki — zakpił Russ. Podszedł kelner. Cała trójka złożyła zamówienia bez zaglądania do menu.
— Ilekroć wypróbowujemy obiekt, nie pozostawiając na nim śladu, nie ma to wiele wspólnego z nauką — rzekła Jan, pociągając łyk. — To zmagania naszej technologii z ich technologią, a raczej z tym, czym była ona przed milionem lat.
— Gdzie więc są teraz? — zapytał Russ. — Albo wymarli, albo wracają do domu.
— Albo byli nami milion lat temu — zauważył Jack. — Czytaliście ten tekst we wczorajszym „Timesie”?
— Lori Timms — Russ beznamiętnie wypowiedział nazwisko pisarki SF.
— Co pisała? — zainteresowała się Jan.
— Przedstawiła nową teorię kapsuły czasu — odparł Russ. — Uważa, że nasi przodkowie celowo wyrzekli się technologii i starannie wymazali wszelki ślad swojej cywilizacji. Z wyjątkiem artefaktu, który pozostawili jako ostrzeżenie na wypadek, gdyby ich potomkowie, czyli my, podążyli tą samą drogą.
— Z problemem skamielin poradziła sobie poprzez stwierdzenie, że ich znajomość nauk biologicznych była równie wysoka jak ścisłych, więc zaludnili świat na nowo odpowiednimi stworzeniami.
Russ roześmiał się.
— A co zrobili ze skamielinami, które już istniały? Datowanie węglem nie kłamie.
— Może je wyczyścili. Mieli jakiś sposób na znalezienie wszystkich i pozbycie się ich.
— To trochę naciągane.
— Hm, pomyślmy — wtrąciła Jan. — A jeśli to ów „milion lat” jest nieprawdziwy? Jeśli to on jest oszustwem? Każda technologia zdolna do produkcji takiego artefaktu była też zdolna do zagrzebania go pod milionletnią rafą koralową. W takim wypadku mielibyśmy jedynie problem archeologiczny.
— I historyczny — dodał Russ.
— W tamtych czasach na Ziemi istnieli giganci — zauważyła z uśmiechem Jan.
— A teraz pozostały tylko burgery rybne — rzekł Jack, gdy w drzwiach pojawi! się kelner.
22.
Uzurpator odczekał, aż dwie grupy maszerujących oddalą się i wokół zalegnie cisza. Wiedział, że luźna ziemia na grobie będzie się ruszać w trakcie jego godzinnej udręki nadawania swemu ciału nowego kształtu.
Postanowił nie wykorzystywać głowy i stać się o stopę niższy. Krótko mówiąc, postanowił zostać Japończykiem.
„Udręka” w istocie jest słowem zbyt ludzkim, by oddać to, przez co przechodził. Było to rozdzieranie ciała na strzępy i przebudowywanie go od środka na zewnątrz; ściskanie i wyrywanie organów, miażdżenie kości i zmuszanie ich, by przerzynały ciało — ból jednak był dla niego tylko kolejnym wrażeniem zmysłowym, a nie sygnałem, który nakazywałby mu zmienić swe zachowanie. Poza tym nie był niczym nowym. Do tej pory uzurpator zdążył już wypróbować setki różnych ludzkich żywotów.
Gdy stał się japońskim szeregowcem w ubrudzonym mundurze, uniósł się na kolana, rozrzucając ziemię wokół, a następnie wstał i otrzepał się. Tak, jak sobie wyliczył, słońce już dawno zaszło i było całkiem ciemno.
Nie licząc latarki.
Ktoś wrzasnął i rzucił się do ucieczki. Uzurpator początkowo ugrzązł w sypkim piachu, ale potem wyskoczył, zrobił trzy długie kroki, doścignął uciekającego intruza i pchnął go na ziemię.