Mississippi wyglądała ciekawie. Któregoś dnia mógłby się zmienić w wielkiego suma i zbadać ją dokładniej.
Przeczekał burzę, wiedząc, że tak postąpiłby człowiek, a potem poszedł na autobus. Czekając przez dwie godziny, przeczytał dwie gazety z Iowy i przestudiował w głowie cały tekst Słońce też wschodzi, który był dla niego jasny, lecz tajemniczy: jak ludzie mogli się zachowywać tak autodestrukcyjnie? Pomyślał, że to z powodu wojny — tej wcześniejszej, choć może w gruncie rzeczy to wciąż była jedna i ta sama wojna, tyle że od czasu do czasu robiono przerwy na dozbrojenie. I tak to miało trwać, dopóki w końcu ktoś nie wygra.
Podróż do Iowa City była ciekawa: autobus toczył się przez nierozróżnialne mile ciągłej zieleni: farmy, farmy, farmy, czasem jakaś preria czy las. Mijali pojedyncze domy ze stodołami, zawsze czerwonymi, ale żadnych miast, póki nie dotarli do celu.
Autobus jechał do Cedar Rapids, ale kierowca wytłumaczył pasażerowi, jak dojść na stację kolejki międzymiastowej Cedar Rapids-Iowa City, która miała go zawieźć do samego North Liberty. Po drodze przeszedł przez campus uniwersytecki i zauważył, że studenci są ubrani mniej więcej tak samo jak w Berkeley. Może nieco bardziej sportowo, nie obnosząc się z bogactwem. Więcej chłopaków paliło fajki. Mniej dziewcząt nosiło spodnie. Suknie sięgały do połowy łydki.
Uważnie przysłuchiwał się rozmowom. Młodzież mówiła z charakterystycznym dla Iowy akcentem, ale i tak wyraźniej niż na stacji w Davenport. Musiał sprokurować sytuację, w której będzie mógł podsłuchać Stuarta.
Wiedział z dokumentów, że chłopak chodzi do liceum w Iowa City, więc pod wpływem impulsu przepuścił dwa pociągi. No i faktycznie. Gdy lekcje się skończyły, młodzież zaczęła przybywać na stację dwójkami i czwórkami.
Wszyscy z wyjątkiem Stuarta, który szedł samotnie, czytając książkę. Z nikim nie rozmawiał i nikt go nie zagadywał.
Uzurpator przedostał się blisko niego i podglądał dyskretnie, udając pogrążonego we własnej książce. Chłopak był szczupły, umięśniony i delikatny. Książką, którą czytał, było napisane 20 lat wcześniej Dojrzewanie na Samoa, które Jimmy przeczytał na studiach, w 1939 roku.
Gdy nadjechał pociąg, uzurpator wsiadł zaraz za Stuartem i usiadł obok niego.
— Fajna książka.
Stuart gwałtownie podniósł głowę.
— Czytałeś?
— Ojciec ją miał — wymyślił uzurpator. — Jeszcze ze studiów.
— Pozwolił ci przeczytać?
— Nie… Przełożyłem okładkę z innej książki. Nie skapnął się.
Stuart parsknął śmiechem.
— Mój stary mi ją zabrał. Teraz mam nową, ale w domu trzymam ją w schowku. Kurde, przecież nie jestem już dzieciakiem!
Uzurpator pokiwał energicznie głową.
— Boją się, że coś ci odbije.
— Jakby w tym było coś złego. — Przyjrzał się towarzyszowi. — Jesteś nowy?
— Tylko tędy przejeżdżam. Odwiedzam krewnych.
— Gdzie, w Liberty?
Myślał intensywnie. W North Liberty mieszkało zaledwie kilkaset osób; Stuart prawdopodobnie znal większość z nich.
— Nie, w Cedar Rapids.
— A skąd jesteś?
— Z Kalifornii. San Guillermo.
Stuart zamyślił się.
— Zawsze chciałem tam pojechać. Przyjęli mnie do Berkeley, ale nie dostałem stypendium. Studiujesz?
— Mam przerwę w życiorysie. — Uzurpator zerknął na zegarek. — W tym Liberty jest coś do roboty? Zostało mi parę godzin do zabicia.
— Zdechłyby tam jak nic — rzekł Stuart. — Jest lodziarnia… no, w sumie to zwykły sklepik z lodami i napojami. Możesz się przejść do kamieniołomu.
— Co wydobywają?
— Piaskowiec. — Stuart zaśmiał się i wskazał w kierunku Iowa City. — Zbudowali z niego siedzibę rządu stanowego. Po czym przenieśli stolicę do Des Moines.
— I zapomnieli zabrać budynek — zażartował uzurpator. Chłopak spojrzał na niego dziwnie i roześmiał się.
— Możesz zabić godzinkę oranżadą. Albo jechać do Cedar Rapids i kupić normalne piwo.
— Oranżada wystarczy. Lubię małe miasteczka.
— Całe Liberty można obejść w dziesięć minut.
Rozmawiali jeszcze przez chwilę. Uzurpator głównie słuchał albo grzebał w pamięci, przypominając sobie wiadomości z dzisiejszych gazet.
Wysiedli razem w North Liberty wraz ze sporą grupą innych uczniów. Niemal wszyscy ruszyli wzdłuż głównej ulicy. Gdy wchodzili do sklepu z lodami, jakiś dziewczęcy głos za ich plecami zaintonował śpiewnie:
— Stu-i ma chłopaka!
Stuart zaczerwienił się.
— Głupia laska — mruknął, gdy drzwi z trzaskiem zamykały się za nimi.
Ciekawa sprawa, pomyślał uzurpator. Czyżby wolnomyśliciel Stuart był homoseksualistą, zainteresowanym egzotycznym przybyszem spoza miasta? Śniadym, przystojnym, o ciele niemal identycznym jak jego własne; w dodatku obrońcą Margaret Mead?
Usiedli przy okrągłym marmurowym stoliku w pobliżu kręcącego się wiatraczka. Uzurpator zerknął na jednokartkowe menu.
— Może deser bananowy na pół? Całego nie zmieszczę.
— Ja stawiam. — Stuart sięgnął do kieszeni.
— Nie, pozwól, że ja to zrobię. Prowadzę badania nad dziwnymi mieszkańcami tej enklawy.
Stuart prychnął.
— Margaret Mead nie znalazłaby tu nic ciekawego.
— Przeciwnie. Mieszka tu pewnie tyle samo osób co na jej wyspie.
— Ta. I chodzą półnago, pieprząc wszystko, co się rusza. — Obaj parsknęli śmiechem.
Podszedł do nich sprzedawca — młody, pryszczaty rudzielec — z notesem w ręku. Uśmiechnął się niepewnie.
— Gdzie tak robią, Stu?
Chłopak podniósł książkę.
— Na Samoa, Vince. Jedziemy tam, jak tylko szkoła się skończy.
Vince spojrzał na uzurpatora z udawanym zdziwieniem.
— Jasne. Gdzie to w ogóle jest, u diabła?
— Na wygnajewie. Środek Pacyfiku.
— Biją się tam?
— Nie wiem. — Stuart uniósł brwi w kierunku uzurpatora.
— Mnie nie pytaj. — Żarłacz biały w drodze do Kalifornii minął ten archipelag i nie zauważył żadnych okrętów wojennych. Ale to było na kilka lat przed końcem wojny.
— Tak w ogóle to cześć — powiedział chłopak. — Jestem Vince Smithers. Jakoś cię nie kojarzę…
— Matt Baker — odparł uzurpator, podając mu rękę. — Z San Guillermo w Kalifornii. — Ciekawe, pomyślał. Miał pewne trudności z odczytywaniem subtelnych emocji, ale zazdrość była mało subtelna. — Daj nam jeden deser bananowy. I colę dla mnie.
Vince zapisał i spojrzał na Stuarta.
— Dla ciebie cola waniliowa?
Stu skinął głową i Vince powrócił za ladę.
— Znajomy? — zapytał uzurpator.
— Tu wszyscy się znają. Chodziłem z Vince’em do szkoły, ale starzy zapisali go do akademii wojskowej. Jak to gówniane miejsce się nazywało, Vince?
— Jezu, nie chcę nawet wymawiać tej nazwy. Wyniosłem się stamtąd, by zrobić karierę w ćwiartowaniu bananów. Stary bardzo się ucieszył.
Przekomarzali się tak z jakimś dziwnym skrępowaniem, które uzurpator obserwował okiem antropologa. Byli dla niego mniej egzotyczni niż Polinezyjczycy, ale nie mniej ciekawi.