Выбрать главу

W ich interakcji pobrzmiewały echa spisku. Zrobili razem coś zakazanego, potajemnego. Nie musiało chodzić o seks, choć takie rozwiązanie przychodziło na myśl jako pierwsze. Czy Stuart chciał, żeby jego nowy towarzysz tak właśnie pomyślał? Jedyne doświadczenia homoseksualne uzurpatora miały miejsce w zakładzie dla obłąkanych i nie posiadały aspektu towarzyskiego: był po prostu zabawką dwóch strażników. Raz odwiedził go trzeci, który okazał się znacznie ciekawszy niż tamci brutale: po kilku minutach zrezygnował i rozpłakał się, mówiąc, że strasznie mu przykro. Zaraz potem najprawdopodobniej odszedł z pracy.

To wszystko było znacznie bardziej skomplikowane, niż wymagała sytuacja, ale uzurpator zauważył, że owa prawidłowość dotyczy wszystkich biologicznych funkcji ludzi, które nie są mimowolne.

Vince przyniósł deser i colę.

— Może też chcesz wanilii? — upewnił się, patrząc na uzurpatora.

Hm. Komplikacja.

— Niech będzie. Raz można wszystkiego spróbować.

Vince skinął posępnie głową. To był ewidentny punkt zwrotny.

Starannie podzielili deser i przystąpili do konsumpcji, każdy ze swojej strony. Stuart powiedział uzurpatorowi o stypendium z Princeton.

— Fajny campus. Będziesz studiował antropologię?

— Nie. Angielski i literaturę amerykańską. Byłeś tam?

— Raz. Odwiedzałem krewnych. — Tak naprawdę spędził tam cały semestr, studiując paleontologię bezkręgowców.

— Masz wszędzie krewnych.

— Duża rodzina.

Stuart skrzywił się.

— Moja cała jest w Iowa. — Wymówił to jako Ajo-łej, z opadającą intonacją.

— I co? Nie chcesz tu wrócić i wychować gromadki Iowańczyków?

— Dwa razy „nie”. Nie, żebym nie lubił dzieci. — Nadział kawałek banana. — Ja ich nie-na-wi-dzę.

— Masz rodzeństwo?

— Na szczęście nie. Dzieciaki ze szkoły są wystarczająco denerwujące.

Uzurpator zachłannie absorbował wiedzę. Skończyli deser.

— To jak? Oprowadzisz mnie po słynnej North Liberty?

— A masz jeszcze pięć minut?

Gdy wychodzili, uzurpator podał Vince’owi dolara i machnął ręką, żeby ten nie wydawał reszty.

— Masz forsy jak lodu — mruknął Stuart.

— Jestem najlepszym graczem w kasynach San Guillermo.

— Chyba najlepszym ściemniaczem. — Zaśmiali się.

Dokładnie rzecz biorąc, trwało to dziesięć minut. Z centrum miasteczka Stuart poprowadził towarzysza wzdłuż West Cherry Street.

— Tu mieszkam — powiedział. — Wejdziesz?

— Jasne. Chętnie poznam twoich starych.

Stuart spojrzał mu prosto w oczy. Byli identycznego wzrostu.

— Wyjechali. Wrócą dopiero jutro.

Uzurpator odwzajemnił spojrzenie.

— Właściwie nie muszę być dzisiaj w Cedar Rapids. Pociąg i tak mi uciekł.

Rytuał uwodzenia trwał krótko. Stuart wyciągnął z barku rodziców burbona i zrobił dwa drinki, o wiele za duże i za mocne. Dla uzurpatora było to tylko paliwo, ale gdyby jego towarzysz był starszy, mogłoby w nim zabić pożądanie.

Czego, rzecz jasna, nie zrobiło. Chwiejnym krokiem wspiął się po schodach, ciągnąc uzurpatora za rękę, do sypialni, która nie wyglądała ani trochę chłopięco. Nie było tam zdjęć modelek ani plakatów, tylko setki książek na pozbijanych ze sobą regałach.

Uzurpator nie miał pojęcia o protokole — wciąż nie nauczył się nawet heteroseksualnego. Więc gdy już znalazł się w sypialni, po prostu robił to co Stuart, jedna permutacja po drugiej. Ze względu na towarzysza zmniejszył nieco średnicę swojego penisa, pamiętając ból, który odczuwał w zakładzie dla obłąkanych.

Gdy było po wszystkim, chłopak zasnął w jego ramionach, chrapiąc pijacko. Uzurpator zanalizował pozostawiony przez tamtego materiał genetyczny. Stuart miał problemy z cholesterolem — powinien uważać z deserami bananowymi — a w przyszłości czekała go cukrzyca. Może miał rację, nie chcąc się rozmnażać.

25.

Apia, Samoa, 2021

Nie było szans na utrzymanie tego w tajemnicy. Po pierwsze, w odległości niecałego kilometra trenowała właśnie załoga łodzi typu longboat, która usłyszała eksplozję wywołaną przez przebicie ściany odpowietrzonego budynku promieniem. Wszystkie trzydzieści cztery osoby nadal gapiły się w tamtym kierunku, gdy część budynku zawaliła się, z wielkim pluskiem wpadając do wody.

Ze swojego miejsca nie widzieli artefaktu. Budynek był jednak stale monitorowany przez automatyczną kamerę z teleobiektywem, zamontowaną przez CNN na zboczu Mount Vaia od strony zatoki. Uchwyciła zawalenie się budowli i przybliżyła obraz artefaktu, leniwie unoszącego się, by powrócić na swoje dawne miejsce.

Nikt na Samoa nie wiedział, że pięć minut później w Waszyngtonie odbyła się pospiesznie zwołana konferencja. Prezydent przerwał wieczorne spotkanie przy pokerze, by dopomóc w podjęciu decyzji, czy cała wyspa powinna zostać wysadzona w powietrze. Jakiś obłudnik wysunął argument, że w gruncie rzeczy nie byłby to akt wojny, gdyż między obiema narodami nie ma wrogości, a ponadto po eksplozji jeden z nich przestanie istnieć. Odpowiedź prezydenta była jak zwykle lakoniczna. Powrócił do gry, poleciwszy, by następnego ranka na jego stół trafił raport z wydarzeń.

Raport zawierał jedną krótką stroniczkę. Poseidon trzymał gębę na kłódkę, a zespół naukowców z NASA przestrzegał postanowień kontraktu.

Przeglądali taśmę wielokrotnie, podobnie jak dane z czujników, i po setnym razie byli niewiele mądrzejsi niż po pierwszym. Gdy laser został podkręcony do 72 procent pełnej mocy, temperatura artefaktu zaczęła wzrastać równomiernie na całej powierzchni. Gdy wynosiła 1,2 stopnia Celsjusza powyżej temperatury otoczenia, obiekt uniósł się ze swego legowiska i wędrował z prędkością 18,3 cm na sekundę, obrócony pod kątem 45 stopni, aż znalazł się nad lufą lasera. Potem spadł na podłogę. To było jak upuszczenie wieżowca na kieliszek. Podłoga nie wytrzymała.

Część znajdująca się pod legowiskiem obiektu nie załamała się jednak, gdyż miała niezależne podpory. Mimo to zapewne czekałby ją ten sam los, gdyby artefakt na nią SPADŁ. On jednak wydawał się zainteresowany jedynie laserem. Powróciwszy na swoje miejsce, osiadł na nim lekko jak piórko.

Badacze musieli przestudiować nagrania CNN, bo ich własna wstrząsoodporna kamera leżała niewzruszenie na dnie zatoki, a jej rezerwowe źródło zasilania przesyłało zdjęcia wirującego mułu. Dokładnie 1,55 sekundy po zapadnięciu się podłogi artefakt uniósł się z wody i, ponownie ze stałą prędkością 18,3 cm na sekundę, powrócił na legowisko. Taki obraz zastali Russ i Jan, gdy kilka minut później przypedałowali na miejsce.

Kiedy brygada robotników nerwowo odtwarzała pomieszczenie artefaktu i jego otoczenie ochronne, osobna ekipa z NASA — a w każdym razie ubrana w identyczne, nowe kombinezony ochronne NASA — wydobyła zatopiony laser oraz źródło mocy i zanalizowała uszkodzenia. Były ogromne.

Jack Halliburton zwykle nie przychodził do domku nr 7 bez zapowiedzi. Gdy więc tym razem stanął w drzwiach, siedząca wokół stołu zawalonego raportami i pozostałościami po obiedzie dziewięcioosobowa grupa zamilkła.

Russ należał do najbardziej zaskoczonych.

— Jack! Może kanapkę?

Ten pokręcił głową i usiadł na podsuniętym krześle.

— Podajcie mi krzywą mocy lasera zaraz przed tym, jak spadł na niego artefakt.

Moishe Rosse, który stał się głównym specem od lasera, podniósł dwie cylindryczne klawiatury i zaczął surfować, używając wielkiego telewizora jako monitora.