Выбрать главу

Gdzieś tam musiała leżeć odpowiedź.

Młody doktor Coleridge cieszył się sympatią studentów, zarówno tych z oceanografii ogólnej, jak i tych z podyplomówki, gdzie prowadził zajęcia na temat problemów ekologii morskiej. Rozkochał w sobie i poślubił jedną ze swych studentek, Marcie, piękną blondynkę z Tasmanii.

Rzuciła studia, by poświęcić się karierze „instytutowej żony”, do której nieszczególnie się nadawała. Przyciągała niewłaściwą uwagę wielu „instytutowych mężów” i najwyraźniej sprawiało jej to przyjemność. Flirtowała tym więcej, im dłużej jej małżeństwo nie wydawało na świat dzieci: dość skromna ambicja, ale trudna do zrealizowania w sytuacji, gdy jej mąż był bezpłciowy i zasadniczo w ogóle nie był człowiekiem.

Chimeryczna i zmienna, stała się diabłem tasmańskim Jimmy’ego i było oczywiste, że w końcu inny mężczyzna spróbuje ją poskromić.

Gdy wiosną 2008 roku zaszła w ciążę, wiele osób podejrzewało to, co jej mąż wiedział ze stuprocentową pewnością.

Nie fascynowała go perspektywa komplikowania sobie życia dziećmi, więc był szczęśliwszy, niż byłaby w jego położeniu większość mężów, gdy się okazało, że ojciec nowo narodzonego musiał należeć do innej rasy. (Jak innej — to wiedział tylko Jimmy). Niektórzy podziwiali go za spokój, z jakim to przyjął, i za to, że wspaniałomyślnie zgodził się na rozwód bez orzekania o winie stron i pobłogosławił małżeństwo Marcii z jedynym czarnoskórym w ich kręgu przyjaciół. Inni uważali to za wstydliwe wyrzeczenie się praw należnych mężczyźnie. Nawet w Queenslandzie nikt nie mówił „białemu mężczyźnie”, ale wiele osób tak właśnie myślało.

Skandal mógł opóźnić jego promocję na JCU, więc gdy otrzymał ofertę stałej pracy naukowej na University of Hawaii, pochłonął ją niczym głodny rekin, którym bywał w weekendy.

Postanowił jeszcze przez jakiś czas zabawić w ciele Jimmy’ego Coleridge’a. Ponieważ studiował i długo mieszkał w Australii, dorobił się lekko egzotycznego akcentu, a także manier, XXI-wiecznej ogłady nabierał bowiem na tropikalnej północy. Był lubiany przez męską część grona profesorskiego i studentów jako „swojski gość”, który nigdy nie bywa bardziej niż umiarkowanie wstawiony, ale potrafi upić każdego do nieprzytomności. Rzecz jasna, dla uzurpatora gin był równie nieszkodliwy jak paliwo rakietowe czy kwas solny.

Coleridge prowadził sporo zajęć: dwa kursy na studiach magisterskich, seminarium, a także wykład ze wstępu do oceanografii na sali, która mieściła 150 osób, ale chętnych i tak zawsze było więcej. Prace naukowe pisał z godną podziwu regularnością; niektórzy zastanawiali się, czy pomiędzy pracą a życiem towarzyskim znajduje w ogóle czas na sen.

Oczywiście udawał, że śpi; niekiedy w ramionach jakiejś studentki z wyższych lat lub młodej wykładowczyni, co jednak nie szkodziło jego reputacji. Większość swoich prac napisał właśnie w ten sposób: z zamkniętymi oczyma i pracującym na wysokich obrotach umysłem.

W dziesiątym roku jego pracy, 2019, wszystko się zmieniło. Podobnie jak każda inna osoba na świecie, usłyszał w wiadomościach o dziwnym artefakcie, który Poseidon Projects wyłowiło z rowu Tonga. W odróżnieniu jednak od większości ludzi odczuł wstrząs wspomnienia.

Natychmiast skontaktował się z projektem i uderzył głową w szczelny mur: nikogo nie wynajmowali. Wszystkie stanowiska były obsadzone ludźmi, którzy pracowali przy tym zadaniu od początku. Dzięki, ale nie jesteśmy zainteresowani. Możesz sobie czytać publikowane przez nas dane i prowadzić własne badania.

Nie był taki głupi, by wierzyć, że publikują wszystko. Chodziło im o zysk, nie o wiedzę.

Po raz pierwszy w życiu rozważał ujawnienie swej prawdziwej natury. Chcecie mieć konsultanta, który NAPRAWDĘ może wam pomóc w kontaktach z Obcymi?

Ale czas jeszcze nie nadszedł.

33.

Apia, Samoa, 30 maja 2021

Europa, pod swoją lodową pokrywą, nie była zbyt skomplikowana. Zastanawiali się, czy w ogóle jej sobie nie odpuścić, bo środowisko — zimny roztwór soli pod ciśnieniem — nie różniło się aż tak bardzo od rowu Tonga, gdzie obiekt leżał mniej więcej od zarania dziejów. Był to jednak także dobry argument za wypróbowaniem go. Artefakt mógł zareagować na coś znajomego.

Nie okazał jednak wdzięczności za umożliwienie mu powspominania starych, dobrych czasów i leżał sobie niewzruszenie jak zwykle, odzwierciedlając temperaturę otoczenia, ale poza tym nie odpowiadając na ich wysiłki. Był to dobry test wytrzymałości kopuły ochronnej, nim zetknie się z atmosferą Jowisza, ale oprócz tego jedynie podniósł ciśnienie krwi obserwatorów wraz ze wzrostem ciśnienia wody wewnątrz.

Gdy Jan skończyła swój znajomy algorytm, rozhermetyzowali i osuszyli kopułę, po czym zaczęli się przygotowywać do zasymulowania Io, jednego z czterech dużych. księżyców — satelitów galileuszowych; tego położonego najbliżej planety.

Atmosfera Io jest egzotyczna i zmienna, ale tak rzadka, że można ją niemal uznać za próżnię. Może wzrosnąć do około stu nanobarów i spaść do jednego (powietrze na szczycie Mount Everest ma atmosferę 330 milionów nanobarów). Fakt, że stanowi trującą mieszankę dwutlenku siarki i sodu, nie ma znaczenia dla przetrwania człowieka: człowiek zamarzłby na sztywno w środku wybuchowej dekompresji, nie mając czasu zauważyć, że coś śmierdzi.

Było wszak możliwe, że warunki właściwe powierzchni Io nie są we wszechświecie czymś niezwykłym, więc wykonali model — lodowatą niemal-próżnię z odrobinką zamrożonego dwutlenku siarki, rozsypanego po podłodze. Temperatura oscylowała pomiędzy 100 a 130 kelwinów, co wystarczało, by część tego związku uległa sublimacji, a potem opadła jak śnieg.

Artefakt wiernie odzwierciedlał zmiany temperatury, ale poza tym ignorował badania.

By zasymulować warunki panujące na Plutonie, nie musieli wiele zmieniać: jedynie usunąć dwutlenek siarki, obniżyć temperaturę do minus 233 i wprowadzić warstewkę śniegu: azot w stanie stałym, metan i tlenek węgla, z odrobiną etanowej przyprawy dla azotu. Dla każdej istoty ziemskiej takie środowisko byłoby nie do odróżnienia od tego z Io, ale dla kogoś, kto przywykł do życia w piekle na śnieżnej kuli, mogło to być coś zupełnie innego.

Wtedy po raz ostatni wykorzystali skafandry kosmiczne — umowa przewidywała przetestowanie ich w różnych środowiskach — a następnie odesłali je do NASA. Na Jowiszu nie były już przydatne.

* * *

Dla pozostałych planet symulowali warunki powierzchniowe. W przypadku Jowisza nie było to możliwe. Teoretyczne modele dopuszczały istnienie stałego jądra, ale nie było jak tam dotrzeć. Im bliżej środka, tym bardziej gęstniejąca atmosfera planety zaczynała przypominać gwiazdę: temperatura dochodziła do jakichś trzydziestu tysięcy stopni, a ciśnienie do stu milionów atmosfer. Był to „płynny metaliczny wodór” i jeśli cokolwiek mogło żyć w takich warunkach, raczej nie byłoby zainteresowane Ziemią.

Jan postanowiła wypróbować dwa jowiszowe warianty: jeden właściwy takiemu zanurzeniu w atmosferze, w którym ciśnienie powietrza równało się ziemskiemu na poziomie morza, tyle że temperatura wynosiła minus 100 stopni Celsjusza, i drugi, z głębszego poziomu, gdzie ciśnienie wynosiło pięć atmosfer, ale za to temperatura swojskie zero stopni. W obu przypadkach atmosfera składała się w 90 procentach z wodoru, a resztę stanowił hel z odrobiną dodatków — metanu, amoniaku, etanu, acetylenu.

Pod względem temperatury i ciśnienia Jowisz był znacznie prostszy w obsłudze niż Wenus. Ale dwutlenek węgla nie jest łatwopalny. Spoglądając na olbrzymie zbiorniki z wodorem, czekające na fazę wysokiego ciśnienia, Jan starała się nie myśleć o nich jako o kuli ognia, która tylko czeka na to, by się ujawnić.