Ilość zgromadzonego tu wodoru przewyższała o ponad tysiąc razy tę, która eksplodowała w katastrofie Hindenburga.
Do tej pory większość osób, w tym Jan, właściwie straciła nadzieję, że artefakt zareaguje na cokolwiek. Gdy więc to zrobił, sądzili, że to błąd eksperymentalny.
To, co znajdowało się wewnątrz artefaktu, nie myślało, a w każdym razie nie w ludzki sposób. Nie stawiało sobie problemów i nie rozwiązywało ich. Nie zastanawiało się nad swoim miejscem we wszechświecie. Nie odczuwało prawdziwej potrzeby komunikacji.
Jego zadaniem było przetrwanie i artefakt posiadał potężne środki do realizacji tego celu. Jeśli życie istniejące na powierzchni tej planety zdawało się mu zagrażać, potrafił uprościć sytuację. Posiadał cierpliwość, która na szczęście wykraczała poza ludzkie rozumienie tego słowa. To całe stukanie, podgrzewanie i błyskanie… gdyby chciał, mógłby położyć mu kres jednym niewielkim wysiłkiem woli i usmażyć Ziemię.
Ale jego centralna część wciąż przebywała gdzieś na zewnątrz. Mógł poczekać na jej powrót. W końcu doszedł do wniosku, że jeśli odpowie pukaniem, może uda mu się go przyspieszyć.
Kiedy uzurpator wysiadł z samolotu na lotnisku w Apii, była trzecia nad ranem, a mimo to miasto świętowało. Kilkudziesięcioro młodych ludzi tańczyło, klaskało i śpiewało jednym głosem, a wszędzie powiewały flagi i proporczyki.
Podczas wsiadania do samolotu na Hawajach rzuciło mu się w oczy, że niektórzy pasażerowie rasy kaukaskiej są bardzo, ale to bardzo starzy. Gdy młodzież przestała śpiewać, a on czekał na swój bagaż, dowiedział się, o co chodzi. Przypadała właśnie sześćdziesiąta rocznica niepodległości Samoa, a ci staruszkowie byli ostatnimi żyjącymi amerykańskimi żołnierzami, którzy stacjonowali tu podczas drugiej wojny światowej.
Gdy burmistrz Apii witała weteranów i opowiadała historie, o których słyszała od ojca i dziadka, nie mógł się powstrzymać od myślenia o Bataanie. Z szacunkiem wysłuchał opowieści, zachowując beznamiętną twarz.
A była to piękna twarz. Uzurpator bowiem przybrał postać młodej, atrakcyjnej kobiety.
W ogłoszeniu internetowym, na które odpowiedział, była mowa o poszukiwaniu technika laboratoryjnego, potrafiącego obsługiwać takie a takie maszyny i mającego pojęcie o biologii morskiej i astronomii. Nie wymagano doktoratów z tych dziedzin, ale przecież on i tak nie mógł się z nimi obnosić. Sfałszowane referencje były wystarczająco imponujące: twierdził jedynie, że jest „oczytany” w problematyce biologii morskiej, i przedstawił dyplom licencjacki z astronomii. (Dyplom w istocie należał do kobiety, której postać przybrał uzurpator; ona sama nie pracowała już w zawodzie, gdyż poświęciła się wychowywaniu trojaczków w Pasadenie).
Tym razem konsolidacja fałszywej osobowości była bardziej skomplikowana niż dotąd. Samo udawanie kobiety z Pasadeny nie sprawiało mu aż takiej trudności: miał nawet jej linie papilarne, tatuaże i zapach. Potrzebował jednak trochę komputerowych kombinacji, by wymazać dane dotyczące jej męża i trojaczków oraz sfabrykować imponujące doświadczenie zawodowe. Jeszcze trudniejsze było postaranie się, by wszystkie wiadomości komputerowe, telefoniczne i faksowe przechodziły przez niego, nim dotarły do prawdziwej Rae Archer.
Prawdziwa Rae była piękna i bardzo się starała, by wyglądać na mniej niż swoje trzydzieści lat. Uzurpator zmodyfikował szczegóły tak, by twarz była taka sama, lecz jedynie ładna, i wyglądała na trzydziestkę.
Zrobił to wszystko w niecały dzień, gdy tylko ogłoszenie ukazało się na stronie „Sky and Telescope”. (Automatycznie monitorował wszystko, co zawierało kluczowe słowa „Apia” lub „Poseidon Projects”). Jako Rae rozmawiał z Naomi, a następnie z Jan, te zaś zgodziły się na spotkanie z panią Archer, jeśli ta była gotowa z własnej kieszeni opłacić podróż na Samoa i z powrotem. Uzurpator pochlebiał sobie, że całkiem nieźle udawał podekscytowaną młodą kobietę, starającą się opanować entuzjazm.
Prawdziwym ryzykiem było jednak sprawdzenie referencji. Załączył pliki potwierdzające kompetencje Rae Archer na wszystkich stanowiskach, na jakich pracowała. Gdyby jednak Naomi lub Jan postanowiły zadzwonić do Stanów i poprosić odpowiednie osoby o opinie na temat pracownicy, cała misternie utkana sieć kłamstw najpewniej uległaby zniszczeniu.
O trzeciej nad ranem Apia była duszna i pełna owadów. Niemal wszystkie taksówki miasta oczekiwały przed lotniskiem — samolot z Honolulu przylatywał zaledwie dwa razy w tygodniu — ale uzurpator tylko zapytał o drogę i przezornie wsiadł w autobus jadący do miasta. Tak czy owak, czekało go dwadzieścia mil powolnej jazdy. Za dodatkowe trzy dolary autobus zboczył z trasy o przecznicę i podrzucił go pod same drzwi pensjonatu położonego o kilometr od laboratorium Poseidona.
Właściciel — ospały, lecz przyjazny — był na miejscu i zaprowadził uzurpatora do pokoju. Ten przez kilka godzin udawał, że śpi (w rzeczywistości przekierowując w tym czasie cztery e-maile do prawdziwej Rae Archer i monitorując niewłaściwy numer), po czym poszedł popatrzeć na wschód słońca nad górami.
34.
Uzurpator podejrzewał, że z powodu rocznicy może wystąpić pewne opóźnienie, ale nie spodziewał się całkowitego odesłania z kwitkiem.
— Proszę przyjść pojutrze — rzekł strażnik z telefonem. — Może nawet minąć tydzień, zanim ktokolwiek panią przyjmie. — Rae zapytała dlaczego, a on potrząsnął głową, nie odejmując telefonu od ucha. — Zrekompensujemy pani dodatkowe koszty. — Znów nasłuchiwał. — Zbyt wiele się teraz dzieje. Proszę sobie pozwiedzać miasto.
Uzurpator, rzecz jasna, bez trudu słyszał wszystko, co mówi osoba w słuchawce. Ekscytacja w głosie tej kobiety — poznał Naomi, z którą wcześniej rozmawiał — była oczywista. Najwyraźniej spóźnił się o dzień. Musiał nastąpić jakiś przełom w sprawie.
Poszedł pieszo do miasta, pokonując prawie milę i zatrzymując się po drodze w sklepie z pamiątkami, by kupić trochę luźnych ubrań i zrzucić oficjalny mundurek. Sprzedawca pokazał mu, jak zawiązać tradycyjne lavalava. Do tego Rae wybrała niebieską koszulę, którą w innym kontekście określiłaby jako hawajską. Jaskrawe kolczyki i naszyjnik z pereł dopełniły kamuflażu.
Samoa w rzeczywistości uzyskało niepodległość pierwszego stycznia, ale ponieważ ten dzień i bez tego był świętem, z rozsądku przeniesiono uroczystości na czerwiec. Uzurpator wkroczył do miasta w zrezygnowanym, niemal ponurym nastroju. Świętuj, powtarzał sobie, świętuj.
Zobaczył wszelkiego typu tańce i śpiewy, które dla prawdziwego człowieka mogłyby być ciekawsze. Jedzenie też go nie cieszyło. Wyścigi kajaków i łodzi z pływakami, parady koni wykonujących wyuczone ewolucje — wszystko na nic.
Wykorzystał swoją udawaną amerykańskość oraz kobiece wdzięki, by zaskarbić sobie sympatię dwóch weteranów, wyglądających na nieco ponad setkę. Jeden był zadziwiająco błyskotliwy i elokwentny, szczególnie kiedy mówił o wojnie. Był pacyfistą. Po drugiej wojnie światowej walczył w Korei i nie czuł sympatii ani dla niej, ani dla Wietnamu, ani dla tuzina mniejszych wojenek i pseudowojenek, które nastąpiły potem.
(Fakt, że podczas drugiej wojny wysłano go na Samoa, uważał za łut szczęścia, japońskie dowództwo w ostatniej chwili zrezygnowało z inwazji na wyspy samoańskie, więc jedynym kontaktem z wrogiem, jaki mieli stacjonujący tu żołnierze, był odległy ogień karabinu maszynowego z przepływającej łodzi, który nikogo nie dosięgnął).