Staruszek nie miał pojęcia o projekcie Poseidona, choć świetnie pamiętał katastrofę łodzi podwodnej, która dostarczyła pretekstu do całego przedsięwzięcia. To nigdy by się nie wydarzyło, gdyby te przeklęte spasione koty trzymały swoje łapska z dala od Indonezji — przytaczał z pasją popularną opinię, bynajmniej nieprzeszkadzającą Stanom Zjednoczonym zaangażować się w bieżący konflikt indonezyjski. Uczyniły to, rzecz jasna, z ramienia międzynarodowych sił pokojowych, które składały się w 88 procentach z Amerykanów i nietrudno było dostrzec, że bynajmniej nie utrzymują pokoju.
Przy okazji rozmowy ze staruszkiem „ładna amerykańska dziewczyna” została sfilmowana i pokazana w wiadomościach holowizyjnych. Jak się wkrótce okazało, nie zaszkodziło to jej perspektywom zawodowym, bo wiadomości nadano akurat w momencie, gdy wyczerpana ekipa badawcza zrobiła sobie przerwę na obiad i Jan rozpoznała jej nazwisko. Russ prawdopodobnie natychmiast postanowił ją zatrudnić, żeby poprawiła im nastroje.
Uzurpator przez cały dzień zwiedzał Apię, dobrze wiedząc, że to, co widzi, nie jest typowe. Żadna rasa, która na co dzień bawiłaby się tak szaleńczo, nie mogła przetrwać.
Następnego ranka znów odesłano go z kwitkiem; wszyscy byli zbyt zajęci, by z nim rozmawiać. Wrócił do pensjonatu i spędził resztę dnia na surfowaniu po sieci, układając mozaikę z informacji, które Poseidon raczył ujawnić, i dodając do niej trochę plotek i spekulacji.
Niektóre z tych ostatnich były niesamowicie dziwaczne: utrzymywały, że za projektem stoi CIA, a nawet że wszyscy, którzy przy nim pracują, w rzeczywistości są Obcymi i sfingowali całą sprawę, żeby w odpowiedniej chwili ujawnić się rasie ludzkiej.
Uzurpator, który był prawdopodobnie najbardziej inteligentnym czytelnikiem tej teorii, pomyślał, że wcale by się nie zdziwił, gdyby okazała się trafna. Rzeczywistość jednak była inna.
Na wyspie przebywały tylko dwie pozaziemskie istoty.
35.
Apia była zbyt zaściankowa i zbyt mała, by można tam zabijać do woli, więc kameleon zaczynał się nudzić. Wyszedł z pracy kilka minut wcześniej i pojechał taksówką na małe lotnisko Fagalfi, położone za miastem, by wsiąść w wylatujący o szóstej lokalny samolot do Samoa Amerykańskiego. Dwunastoosobowy samolocik zabrał szesnaście osób, ale czwórkę z nich stanowiły dzieci siedzące na kolanach matek. Lot trwał zaledwie czterdzieści minut, ale czterdzieści minut wytrząsania w towarzystwie beczących i rzygających dzieci wzbudziłoby brutalne myśli nawet w zwykłym człowieku. Kameleon umilał sobie podróż obrazami dzieciobójstw z przeszłości.
Na lotnisku w Pago Pago nadal było potwornie gorąco, ale w mieście sytuacja wyglądała jeszcze gorzej: trafił na „dzień złego tuńczyka”. Prawie połowa populacji Samoa Amerykańskiego pracuje w jednej z dwóch przetwórni tuńczyków; cuchnące odpadki z zakładów są spuszczane do zatoki i współzawodniczą ze ściekami w walce o zainteresowanie w gorące, bezwietrzne dni.
Ciemność przyniosła jednak bryzę. Kameleon wyszedł na nabrzeże, szukając pretekstu do bijatyki. Teren położony na wschód od przetwórni, Ciemna Strona, dobrze się do tego celu nadawał. Idąc w dół, kameleon dał nura w alejkę i wyszedł stamtąd po drugiej stronie, wyglądając jak pakistański marynarz w pomiętym mundurze.
Pierwszych kilka barów wyglądało zbyt spokojnie, by się zabawić. Obsługiwały żeglarzy, którzy kotwiczyli w portowym szambie dostatecznie długo, by potrzebować zaopatrzenia — i może również skorzystać z usług tanich kobiet z Ciemnej Strony oraz nabyć niedrogie narkotyki.
Usłyszał jakiś ruch i wszedł do ciemnej spelunki o nazwie Goodbye Charlie’s. Przy barze stali dwaj wysocy, muskularni Samoańczycy, wrzeszcząc na siebie w kilku różnych językach. Barman przyglądał im się z obawą, przenosząc butelki i szklanki w niedostępne dla nich miejsca. Pozostali klienci przyglądali się scenie obojętnie. Może była to ich cowieczorna rozrywka.
Kameleon zajął jedyny pusty stołek przy barze i machnął amerykańską dwudziestodolarówką. Barman podszedł do niego ostrożnie, nie spuszczając wzroku z awanturników.
— Tak?
— Budweisera i uncję whisky — rzekł kameleon z wyraźnym pakistańskim akcentem. Barmar spojrzał na niego i szybko zabrał dwudziestkę.
Wrócił bez reszty, z butelką ciepłego budweisera i ze szklanką, która wyglądała na opłukaną, ale nie umytą. Wlał do niej hojny cal trunku z butelki bez etykiety.
— Czy ci panowie są nadźgani? — zapytał kameleon.
— Naćpani? Pewnie tak. — W Samoa Amerykańskim brano głównie metamfetaminę, „lód”. Gdy mijało działanie narkotyku, ludzie popadali w posępny nastrój i często stawali się kłótliwi, a niekiedy agresywni.
Wypił whisky dwoma haustami i zsunął się ze stołka. Chwiejnym krokiem podszedł do dwóch marynarzy.
— Hej! — Zignorowali go. — Hej! Zamkniecie mordy?
— Ta, właśnie — poparł go pijany Amerykanin, przerywając nagłą ciszę. — Wyjebać ich stąd!
Awanturnicy mętnym wzrokiem spojrzeli na małego Pakistańczyka, niższego od nich o głowę. Jeden pochylił się do przodu i zamachnął się otwartą dłonią.
Kameleon uchylił się, po czym złapał tamtego za nadgarstek i wykręcił, rzucając go na kolana. Skręcił jeszcze bardziej i pociągnął, a wtedy staw ramienny napastnika trzasnął jak odrywana noga od kurczaka. Mężczyzna zwijał się na podłodze, jęcząc z bólu. Kameleon uciszył go dwoma brutalnymi kopniakami w głowę. Wszędzie wokół krzesełka z hukiem padały na podłogę, a ludzie wycofywali się. Tylko pijany Amerykanin pozostał na swoim miejscu i klaskał powoli.
— Mały, twardy Pakuś — mruknął drugi Samoańczyk i wyciągnął skądś nożyk do papieru.
— Dość! — wrzasnął barman. — Zabierajcie się stąd!
— OK — Kameleon obrócił się na pięcie i ruszył w stronę drzwi.
Świadkowie opowiadali później policji, że cokolwiek się zdarzyło, działo się zbyt szybko, by za tym nadążyć. Samoańczyk najwyraźniej dotknął ramienia Pakistańczyka, bo ten odwrócił się gwałtownie.
Potem podał mu z powrotem jego nóż, mówiąc:
— Dzięki.
Samoańczyk wyprostował się i spojrzał na szkarłatną plamę, rozpływającą się po jego koszulce na wysokości brzucha. Potem zwoje niebieskawych, splamionych krwią wnętrzności wyśliznęły się na zewnątrz, zwisając na wysokości kolan, i mężczyzna osunął się martwy na ziemię.
Nikt nie widział, jak Pakistańczyk wychodzi. Gdy stłoczyli się za drzwiami, nie było tam nikogo oprócz siedzącego na pomoście staruszka z wędką.
Rankiem policja znalazła w kuble na śmieci ciała dwóch prostytutek z oznakami duszenia — sinymi śladami po palcach — na szyi, ale okazało się, że kobiety zmarły w wyniku krwotoku mózgowego po tym, jak zderzono je głowami.
Gdy słońce wzeszło wyżej, smród w alejce zaprowadził stróżów prawa do alejki, w której leżał martwy i nie wiadomo dlaczego nagi Pakistańczyk. Śledztwo zamknięto.
Kameleon był już daleko, w porannym samolocie lecącym do Apii, w znacznie lepszym nastroju.
36.
Trzeci ranek był jasny i spokojny, więc uzurpator wziął fajkę oraz resztę sprzętu do nurkowania i udał się do rezerwatu podmorskiego Palolo, położonego w odległości niecałego kilometra od miejsca, w którym nocował. Stworzył sobie wokół ciała kostium kąpielowy, skromny według amerykańskich kryteriów, ale na plażę wkroczył w lavalava, by nie urazić miejscowych, którzy zresztą i tak spali — wszyscy z wyjątkiem ziewającej dziewczyny, pobierającej pieniądze przy wejściu do parku.