Jakiś facet z komendy policji w Los Angeles odwiedził Rae Archer i przepraszającym tonem powiedział, że muszą jeszcze raz pobrać odciski palców, bo tamte gdzieś się zawieruszyły.
Prawdziwa Rae była pozytywnie zdumiona, że państwo pofatygowało się do niej, zamiast żądać, by to ona się pofatygowała. Żałowała tylko, że jej nie uprzedzili, bo wyglądała fatalnie. Przystojny oficer nie przejął się tym jednak. Podobnie jak kobieta siedząca w samochodzie za teleobiektywem.
W niepozornym budynku w Langley, który od sześćdziesięciu lat służył do tych samych celów, agenci przyjrzeli się dowodom, rozważając, co jest możliwe, co jest legalne i co zrobią.
Mieli kilkuminutowy materiał przedstawiający Rae Archer, nieco zatroskaną matkę trojaczków, i sześć zdjęć w formacie jpg Rae Archer, asystentki laboratoryjnej na Samoa. Na pierwszy rzut oka obie były tą samą kobietą, bardzo atrakcyjną Amerykanką pochodzenia japońskiego. To, że mają takie same rysy i figury, było niezwykłe; to, że łączą je odciski palców i wzór siatkówki, oznaczało, że osoba znajdująca się na Samoa jest jakimś nowym rodzajem szpiega — być może klonem.
Kto jednak zadawałby sobie trud klonowania Rae Archer, a tym bardziej — kto potrafiłby tego dokonać w latach dziewięćdziesiątych?
Rozpytali tu i ówdzie i oto, co im odpowiedziano: nie, ona nie jest jedną z naszych; nie, odciski palców i siatkówki to nie nasza specjalność. Można podrobić wzór siatkówki, podmieniając dane, ale odciski palców zostały zdjęte ze szklanki, którą fałszywa Rae podała zmywaczce.
Koniecznie musieli ją przyszpilić i zadać kilka pytań.
39.
Uzurpator był zaciekawiony i rozbawiony tym, jak zmienia się nastawienie ludzi do Rae. Niektórzy najwyraźniej uważali ją za bezwstydną manipulatorkę, a może tylko za nimfomankę. Wielu mężczyzn gratulowało Russowi, szczwanemu lisowi, albo mu zazdrościło. Rae nie malowała się i nosiła ascetyczne stroje, przynajmniej w biurze, ale faceci mówili, że od początku wiedzieli, co z niej za numer. Ci, którzy widzieli, jak pływa, zauważyli fragment tatuażu w kształcie wschodzącego słońca ponad jej zgrabnymi pośladkami.
Niektórzy mężczyźni i większość kobiet rozumieli jednak, że chodzi tu o coś więcej niż seks. Nietrudno było dostrzec, jak ona patrzy na niego, a on na nią; jak zmieniają się ich głosy, gdy ze sobą rozmawiają.
Po „dniu śnieżycy” większość ludzi wróciła do pracy z nową energią. Na niektórych niekorzystnie wpłynął fakt, że mieli cały dzień na refleksje na temat braku wyników: może rzeczywiście przyszedł już czas na współpracę z rządem.
Rząd sam się zgłosił, ale nie do rozszyfrowania wiadomości.
Dwoje agentów CIA, przebranych za małżeństwo świętujące miesiąc miodowy, zarezerwowało na miesiąc wykwintny Pokój Skrzydłowy w Aggie Grey’s. Czworo innych agentów zajęło sąsiednie pokoje. Przylecieli do Samoa Amerykańskiego wojskowym samolotem i przypłynęli do Apii promem, żeby oszczędzić sobie absurdalnych rewizji bagażu.
Siódmy agent — siwowłosa starsza pani — wynajął sobie pokój w tym samym pensjonacie co Rae. Drugiego dnia, godzinę po sprzątaniu, pokój Rae został dokładnie zapluskwiony.
Obserwacja nic jednak nie dala. Uzurpator automatycznie zachowywał pełną ostrożność i ściśle imitował ludzkie zachowanie. Jadł, pił i wydalał w regularnych odstępach czasu. Co noc kładł się do łóżka i przez osiem godzin leżał w ciemności. To, że zamiast spać, analizuje 31,433 jedynek i zer, nie było oczywiste dla obserwatora.
Trzy razy wróciła nad ranem, spędziwszy noc ze swoim szefem. To zadecydowało o niepodejmowaniu działań bezpośrednich, polegających na pójściu prosto do Poseidona i opowiedzenie szefostwu wszystkiego, co agencja wiedziała o tajemniczej pracownicy. Oprócz jej związku, może nawet miłosnego, z zastępcą kierownika projektu, zdobyte informacje na temat Jacka Halliburtona także nie napawały optymizmem w kwestii jego współpracy z rządem amerykańskim. Cynicznie wykorzystał marynarkę Stanów Zjednoczonych w celu zgromadzenia uzdolnionych specjalistów, a następnie wynajął ich i odszedł ze służby, robiąc scenę na pożegnanie. Zrezygnował nawet z obywatelstwa amerykańskiego.
Druga bezpośrednia strategia, polegająca na porwaniu kobiety z ulicy lub pokoju, miała pewną zaletę — nie wiedzieli, że łatwiej byłoby „porwać” czołg Powella — ale ponieważ tutejsze prawo nie dawało im żadnej władzy, woleli być nieco bardziej subtelni. Wykorzystali przynętę — niebezpośrednią.
Russ wrzucił swoją wizytówkę do pudełka na comiesięczne losowanie, w którym można było wygrać weekend dla dwojga w Aggie Grey’s albo w Pokoju Skrzydłowym, albo w Apartamencie Prezydenckim. Wygrał Pokój Skrzydłowy, zaraz po wyjeździe nowożeńców.
Tamci wiedzieli, że prędzej czy później będą musieli zabrać się za Russa. Lepiej prędzej.
Były trzy możliwości: albo Russ przyjdzie pierwszy, albo Rae, albo przyjdą razem. Ostatnia opcja była mało prawdopodobna, wciąż bowiem zachowywali pewną dyskrecję. Ale ekipa z CIA była przygotowana na każdą z trzech ewentualności, jak również na trywialny przypadek, w którym nie pojawi się żadna ze stron.
Gdyby Russell przeszedł przez drzwi pierwszy, musieliby dokonać jakichś pośpiesznych wyjaśnień. Ale pierwsza zjawiła się kobieta.
Uzurpator wszedł do okazałego pomieszczenia i rzucił torbę na łóżko, po czym poszedł do łazienki, by się uczesać. Usłyszał nierozpoznawalny dźwięk w holu. To jakiś facet wepchnął drewniany klin między drzwi a framugę, blokując je tak, by nie dały się otworzyć. Potem nastąpił łatwo rozpoznawalny odgłos otwierania i zamykania drugich drzwi.
Wybiegłszy z łazienki, uzurpator zobaczył mężczyznę i kobietę, którzy właśnie weszli z sąsiedniego pokoju.
— Proszę nam nie utrudniać sprawy — rzekł mężczyzna. — Wie pani, dlaczego tu jesteśmy.
Odpowiedział automatycznie, rozważając różne opcje.
— Niech pan mi to powie.
— Pani nie jest Rae Archer. Ale jest pani tak doskonalą imitacją, że musi być klonem albo czymś takim.
— Nie mam pojęcia, o czym u diabla pan mówi.
— Przed chwilą rozmawialiśmy z prawdziwą Rae Archer. Jest w Pasadenie. Więc pani nie może być nią.
— A wy pracujecie dla…?
Kobieta wzruszyła ramionami.
— Dla wywiadu Stanów Zjednoczonych.
— W takim razie nie macie tu jurysdykcji.
— Chcemy tylko zadać pani kilka pytań.
Uzurpator podniósł swoją torbę.
— Nie.
W połowie drogi do drzwi usłyszał dźwięk naciąganej gumki i poczuł ukłucie pośrodku pleców. Sięgnął do tyłu, demonstrując niezwykłą elastyczność, i wyciągnął strzałkę z plastykowymi skrzydełkami.
Mężczyzna trzymał coś, co wyglądało jak pistolet-zabawka.
— Nic pani nie będzie. Po prostu może się pani poczuć trochę senna.
Uzurpator przyjrzał się strzałce, powącha ją, a następnie potrząsnął nią przy uchu.
— Chyba trochę zostało.
— Wiele nie trze… — Szpieg stęknął, upuścił pistolet i osunął się na kolana. Strzałka tkwiła w jego szyi, wbita głęboko w tętnicę szyjną. Zdołał ją wyrwać, ale kolana załamały się pod nim i padł twarzą do ziemi, najpierw tylko drżąc, potem miotając się konwulsyjnie.
— Warto uważać, gdzie się to wbija. — Uzurpator naparł na drzwi, te jednak były zablokowane. Usłyszał ciche tarcie metalu o skórę i trzema długimi susami dopadł do kobiety, nim zdążyła unieść automat i wystrzelić. Odbił jej rękę w bok i usłyszał, jak kości palca i kłykcia pękają na moment przed tym, nim broń niemal bezgłośnie wystrzeliła w ścianę. Wyrwał kobiecie pistolet.