Выбрать главу

— Filmowcy coś mówili?

— Mówią, że to nie oni, ale kto by tam wierzył.

— Jasne. Dopij i spadamy stąd.

— Gdzie?

— Po towar. Do dilerów. — Wypił pół martini jednym haustem. Dziewczyna też próbowała i zakrztusiła się. Barmanka przyniosła jej wody i spojrzała na uzurpatora spode łba.

— Może wystarczy — rzekł, gdy dziewczyna ochłonęła i zaczęła oddychać w miarę normalnie. — Cholera wie, z czego oni to robią.

Dziewczyna westchnęła, skinęła głową, zsunęła się ze stołka i stanęła na chwiejnych nogach.

— Jest jedna impreza. Zabiorę cię tam i poznam z paroma kolesiami, a ty się mną zajmiesz.

— Znaczy?

— Sto dolców?

— Zobaczymy. — Chwycił ją za ramię i skierował ku drzwiom. — Jak będzie towar, to będzie forsa.

Szli wzdłuż Beach Road, mijając kilka przecznic, a potem skręcili w żwirową alejkę bez nazwy. Dziewczyna zatrzymała się obok toyoty, w której było więcej rdzy niż farby, i ze skrzypieniem otworzyła szarpnięciem drzwi po stronie kierowcy.

— Wsiadaj.

— Możesz prowadzić?

Drzwi po jego stronie nie chciały się otworzyć. Dziewczyna przechyliła się i dwukrotnie pchnęła je mocno.

— Spoko, spoko. Właź.

W środku zalatywało pleśnią i marihuaną.

Za trzecią próbą silnik, starszy niż właścicielka wozu, w końcu ożył. Samochód szarpnął i potoczył się wzdłuż alejki. Dziewczyna jechała z pijacka ostrożnością, ruchem falowym.

— Na pewno nie chcesz, żebym ja prowadził? — Nie mógł umrzeć, ale nie chciał zwrócić tym na siebie uwagi policji.

— Nie, to jest super. — Dotarli do wijącej się pod górę drogi, którą uzurpator rozpoznał jako tę prowadzącą do dworku Stevensona. Na szczęście ruch był niewielki. Dziewczyna milczała, skupiając się na tym, by trzymać się środka jezdni.

Minęli Vailimę i znaleźli się w zalesionym terenie bez domów przy drodze.

— Szukaj pomarańczowej plastykowej wstążki po swojej stronie — powiedziała, zwalniając do żółwiego tempa. — Zawiązanej wokół pnia.

— Jest! — zawołał, po czym uświadomił sobie, że ludzkie oczy by jej nie dostrzegły.

— Gdzie? Nie widzę. — Przechyliła się przez kierownicę i prawe koła zachrzęściły na żwirze. Skręciła w lewo, wjeżdżając na przeciwległy pas i zmuszając vespę do zjazdu z drogi. Kierowca wrzasnął coś po samoańsku, ale jechał dalej.

— Wierz mi. Jest tam. — Po przejechaniu kilkuset jardów reflektory wychwyciły jasnopomarańczową, wypłowiałą od słońca taśmę ostrzegawczą. Dziewczyna skręciła w polną drogę.

— Ty to masz wzrok. — Niewiele widzieli przed sobą. Uzurpator czekał. Wpadali w tak głębokie dziury, że resory z dudnieniem uderzały o ziemię, a dziewczyna ze śmiechem waliła głową o sufit.

Dotarli do domu w stylu zachodnim — nietypowego w tych stronach jednopiętrowca. Zza spuszczonych żaluzji dochodziła odrobina światła, a na biegnącej wokół domu żwirowej drodze stało sporo samochodów: niektóre zdezelowane, jak ich własny, ale także nowe wozy, dwie taksówki i lśniąca limuzyna.

Zbyt wiele osób, pomyślał uzurpator. Bądź ostrożny.

Ruszyli do domu po pomoście z desek, położonym na błotnistym gruncie. Budynek pachniał drewnem sosnowym i lateksową farbą. Nowo wybudowany. Interesy najwyraźniej szły dobrze.

Dziewczyna nacisnęła dzwonek i drzwi frontowe uchyliły się. Wysoki, czarnoskóry mężczyzna spojrzał na nią z góry.

— Mo’o. Czyżbyś znalazła jakąś forsę?

Wskazała kciukiem uzurpatora.

— On ma mnóstwo.

Murzyn długo patrzył mu w oczy.

— Skąd mam wiedzieć, że mogę ci ufać?

— Nie możesz. Nie znam tu nikogo. Ta pinda powiedziała, że znajdę tu dilerów.

— Kupujesz czy sprzedajesz?

— W tej chwili kupuję.

— Pokaż kasę. — Zapalił latarkę. Uzurpator otworzył portfel i zamachał plikiem banknotów. Facet mruknął coś, po czym wycelował latarkę prosto w jego twarz.

— Zaryzykujemy. — Otworzył drzwi nieco szerzej. — Wiesz, że jeśli jesteś gliną, twoja rodzina zginie, i to na twoich oczach. A na końcu ty sam.

Wzruszył ramionami.

— Nie jestem gliną i nie mam rodziny.

Murzyn przepuścił go, ale zatrzymał dziewczynę.

— Mam forsę! — zaprotestowała. — On za mnie płaci!

— Sto dolców — rzekł uzurpator, po czym wyjął z portfela dwie pięćdziesiątki i podał jej.

Murzyn pozwolił banknotom zmienić właściciela, ale wciąż blokował jej przejście.

— Wracaj do domu, Mo’o. Nie chcę mieć więcej problemów z twoją matai.

— Mam dwadzieścia jeden lat. A stara to suka.

— Jesteś pijana. Prześpij się w wozie.

— Zaczekaj na mnie w samochodzie — rzekł uzurpator, dając jej znak, żeby odeszła. — Dam ci drugą stówę, jak dostanę swój towar.

Dziewczyna oddaliła się, mamrocząc coś i potykając się.

W środku wyglądało tak, jakby impreza się skończyła, ale nikt nie poszedł do domu. Było tam około pięćdziesięciu osób — stojących, siedzących albo zemdlonych. Na stole stały ułożone na chybił trafił przebrane butelki wina i mocniejszych trunków. Powietrze byto szare od dymu. Wyodrębnił zapachy poszczególnych marek, drogich i tanich cygar, zapach kokainy, przypominający palony plastyk, i ciężką woń haszyszu. Nikt nie palił heroiny, ale wokół leżało mnóstwo igieł, na barze zaś, w szklance przezroczystej cieczy, stały zwrócone czubkami w dół trzy strzykawki.

Pokój wyglądał na nieukończony: ściany świeżo malowane, z poprzypinanymi tu i ówdzie plakatami podróżniczymi i reprodukcjami Gauguina. Nowe, tanie, prowizorycznie ustawione meble.

— No więc? — zapytał Murzyn. — Co ci skołować?

— Chyba hasz… — Uzurpator wrócił myślą do czasów swojej pracy w cyrku. — Masz squidgy blacka?

— Zapomnij. Większość tych gości pali sztabki.

Uzurpator pokręcił głową.

— Nic marokańskiego. A co w ogóle macie z Azji?

— Czerwoną i złotą fokę. Ale to kosztuje.

— Ile chcesz za mały woreczek złotej?

Facet zażyczył sobie 250 dolarów. Uzurpator stargował do 210. Zabrał towar i szklaną fajkę wodną, a potem usiadł na składanym krześle w kącie, z którego mógł obserwować pokój.

Haszysz miał ciekawy smak. Mocno się palił, pewnie ze względu na domieszki. Może dodali trochę asfaltu.

Uzurpator rozglądał się za kimś, kto wyglądałby na przyzwyczajonego do posiadania pieniędzy, ale chwilowo spłukanego. Najlepiej, żeby to nie był tubylec. Pod tym względem nadawała się mniej więcej jedna trzecia obecnych tu mężczyzn.

Idealny byłby Amerykanin, a gdyby w dodatku był podobny do uzurpatora, sprawa stałaby się łatwiejsza do wytłumaczenia. Był tam jeden Murzyn o dość jasnej karnacji, całkiem do niego podobny, tylko o kilka cali wyższy i znacznie cięższy. Siedział na składanym krześle tyłem do przodu, z brodą opartą na przedramieniu, z uwagą przysłuchując się leniwej kłótni prowadzonej przez dwóch mężczyzn siedzących po turecku na podłodze. Miał drogie, ale brudne ubranie.

Trzymał pustą fajkę wodną. Uzurpator podszedł do niego chwiejnym krokiem, usiadł na podłodze i ponownie zapalił swój towar.

— A ty jak myślisz? — zapytał nowo przybyłego jeden z dyskutantów. — Ile lat ma wszechświat?

— Trzynaście przecinek siedem miliarda. Niestety, połowy z tego czasu nie pamiętam.

Drugi uczestnik sporu uścisnął mu dłoń.

— Blisko. Szesnaście miliardów.