— On używa Tory i ogólnej teorii względności — rzekł Murzyn. — Ładnie pachnie.
Uzurpator wyciągnął paczuszkę w jego kierunku.
— Złota foka. Poczęstuj się. — Potem zwrócił się do tego od Tory: — Mogę ci dać te 2,3 miliarda forów. To sześć bardzo długich dni?
I wdał się w wyjaśnienia, jak mały był wtedy wszechświat. Drugi z dyskutantów gapił się na niego oczami spaniela, który za wszelką cenę stara się nie zasnąć.
Czarny odłamał maleńki kawałeczek, zwinął go w kulkę i powąchał. Potem pokiwał głową i oddał paczuszkę.
— Dzięki.
Uzurpator zapalił drewnianą zapałkę i podstawił mu. Ten wciągnął głęboko dym i trzymał wdech. Po minucie zrobił powolny wydech i z zadowoleniem skinął głową.
— Czego potrzebujesz?
— A co, nie wierzysz w spontaniczny poczęstunek?
— Nie jesteś aż tak pojebany, żeby się spontanicznie dzielić złotą foką.
— Słuszna uwaga.
— W takim razie chcesz czegoś, ale nie towaru. Czyli albo seksu, albo pieniędzy. — Powoli kołysał swoją wielką głową w przód i w tył. — Tego też nie mam.
— Jest jeszcze jedna rzecz… — Uzurpator podniósł się z pozornym wysiłkiem. — Pogadamy na zewnątrz?
Murzyn skinął głową, ale nie ruszył się z miejsca. Uniósł jeden palec i gapił się na niego.
— No i nie mogę nikogo zabić. Nie chcę znowu przez to przechodzić. — Dwaj chronologowie unieśli na dźwięk tych słów twarze, które nic nie wyrażały.
— To nic z tych rzeczy. Chodź.
Mężczyzna wstał i ruszył z przesadną ostrożnością, być może bardziej odurzony, niż się wydawał, gdy siedział i rozmawiał. Uzurpator powiedział gospodarzowi, że wychodzą tylko na chwilę.
Gdy drzwi się otwarły, jakiś zwierzak odskoczył i czmychnął. Poza tym w ciemnym lesie panowała cisza, jeśli nie liczyć kapania wody.
— Sprawa jest taka: muszę jutro wylecieć do Ameryki, ale nie mam biletu ani paszportu.
Facet zmrużył oczy i przyglądał mu się w słabym świetle, dochodzącym zza żaluzji.
— No i?
— Masz paszport?
— Jasne. Ale nie ma szans, żebyś mógł się pode mnie podszyć.
— To nie problem. Robiłem już takie rzeczy.
— No ale wtedy ja będę tu uziemiony. I co z tym zrobię?
— Co ty. Odeślę ci go ekspresem z L.A. Ale nie musisz mi ufać. Jeśli go nie dostaniesz, odczekaj parę dni, a potem idź do ambasady i zgłoś kradzież. Sprawdzą cię i wydadzą tymczasowy, który będziesz mógł wymienić, gdy wrócisz do Stanów.
— Musiałbym się zastanowić. Ile?
— Pięć kawałków z góry, plus koszty biletu. Pewnie zostały tylko na pierwszą klasę, czyli kolejny kawałek. Ale dam ci następnych pięć, jeśli bez problemów dotrę do L.A. Przyślę je w paczce razem z paszportem.
— I tu mam ci po prostu zaufać? Całkiem obcemu facetowi, którego spotkałem w dilerni?
— Potraktuj to jako moją polisę ubezpieczeniową. Nie leży w moim interesie, żebyś zgłaszał kradzież paszportu.
Murzyn zamyślił się, a uzurpator wykorzystał ten moment, by przyjrzeć się jego oczom z rozszerzonymi źrenicami i na wszelki wypadek skopiować wzór na siatkówce.
— Dodaj dwa woreczki złotej foki i załatwione. — Podali sobie ręce, co pozwoliło uzurpatorowi powielić odciski palców. Potem spisał adres, na który miał wysłać pieniądze i paszport.
Kazał tamtemu zaczekać w drzwiach, a sam poszedł z powrotem, by kupić haszysz. Cztery stówy, powiedział diler, i ani grosza mniej, chyba że weźmiesz znacznie więcej towaru. Za dziesięć woreczków zapłaciłbyś tysiąc pięćset. Uzurpator odmówił i wyszedł z dwoma.
Jego wspólnik chciał je wziąć od razu, ale uzurpator odmówił. Dopiero jak będę mieć bilet w ręku, rzekł. Z chrzęstem ruszyli po podjeździe do zardzewiałej toyoty. Dziewczyna spała, rozłożona w fotelu kierowcy, chrapiąc cichutko. Uzurpator łagodnie przeniósł ją na tylne siedzenie i wyjął jej kluczyki z kieszeni.
Murzyn także przysnął, gdy jego towarzysz prowadził, zmierzając z powrotem do miasta. Wolał się trzymać z dala od Beach Road i centrum: policja prawdopodobnie rozpoznałaby samochód i mogłaby się zastanawiać, któż to nim kieruje. Nie znał bocznych dróg, więc jechał „na czuja”, trzymając się z grubsza kierunku południowo-zachodniego, póki nie dotarł do ulicy Fugalei. Wiedział, że po jej prawej stronie znajduje się centralny rynek, Maketi Fou, a po lewej mokradła. Następnie dojechał do plaży i przy pchlim targu skręcił w drogę na lotnisko.
Niespieszny dojazd trwał pół godziny. Uzurpator łagodnie przejeżdżał przez garby, by nie obudzić pasażerów. Lotnisko było jaskrawo oświetlone, a na parkingu czekało wiele samochodów i taksówek. Samolot, którym zamierzał wylecieć nazajutrz, miał za godzinę wylądować. Uzurpator pamiętał, że kiedy przyleciał tu przed miesiącem, kasa była otwarta mimo późnej godziny.
Murzyn przetarł oczy i ziewnął. Nie było miejsca, by mógł się przeciągnąć.
— OK. Daj mi forsę, a ja pójdę i kupię bilet do L.A. Potem wrócę i odbiorę swój hasz.
— Prawie dobrze. — Uzurpator podał mu zwitek banknotów owiniętych gumką. — Z tym że ja będę ci towarzyszył. Hasz zostanie tutaj na wypadek, gdyby mieli psy. Potem wrócimy. Dasz mi bilet i paszport, zachowasz resztę i hasz. A ja odwiozę cię do miasta. — Zaparkował niedaleko poczekalni.
— Zgoda, ale bez odwożenia. Pojadę taryfą.
— A co, nie ufasz mi?
Murzyn prychnął.
— Jak już dostaniesz swój bilet i paszport, będę więcej wart dla ciebie martwy niż żywy.
— Nawet mi to nie przyszło do głowy — rzeki szczerze uzurpator. — Chyba wiesz o umyśle przestępcy więcej niż ja.
— Zapytaj gościa, do którego należę — odparł tamten.
Wysiedli i weszli do budynku. Parter był otwarty, bez ścian.
Wokół na plastykowych krzesłach siedziały dziesiątki osób, czytające lub oglądające telewizję. Grupka dziewcząt i chłopców w tradycyjnych strojach gawędziła wesoło. Mieli przywitać wracających ze Stanów śpiewem i tańcem.
Uzurpator poszedł na górę, do baru, a jego wspólnik ruszył w stronę kasy. Nie było kolejki, a przy okienku siedziała tylko jedna kasjerka, która bynajmniej nie starała się wyglądać na zadowoloną lub czujną.
Kupił sobie piwo i usiadł w pobliżu schodów, skąd mógł obserwować transakcję. Już sobie wyobrażał, co by się działo w Stanach, gdyby ktoś po północy próbował kupić bilet międzynarodowy za gruby plik pięćdziesiątek i setek, w dodatku nie mając żadnego bagażu.
Kobieta zaś zachowywała się, jakby klient kupował bochenek chleba, choć w paszport zerknęła.
Po powrocie do samochodu uzurpator sprawdził paszport i bilet, po czym podał Murzynowi kluczyki.
— Możesz prowadzić?
— Jak będę jechał tak wolno jak ty, to spoko. Chcesz tu czekać do wylotu?
Uzurpator sięgnął na tylne siedzenie i wetknął banknot w kieszeń koszuli dziewczyny.
— Wracaj do dilerni i nie mów nikomu, gdzie byłeś.
— Mogę po prostu wrócić, zabrać swój wóz i jechać do domu. Wystarczy mi wrażeń na jedną noc. A jak dziewczyna się obudzi?
Zastanowił się.
— Najlepiej będzie, jeśli jej powiesz, że wysadziłeś mnie pod jakimś domem w mieście. I… nie wracaj jutro na lotnisko, bo mogą z tego być kłopoty.
— Jasne. Sam na to wpadłem. — Odpalił silnik, po czym pokręcił głową. — To wariactwo.
— Zaglądaj do skrzynki pocztowej. — Przez chwilę spoglądali na siebie; potem Murzyn odjechał.
Uzurpator miał kilka spraw do załatwienia, ale nie musiał się spieszyć; bramkę otwierali dopiero o dwunastej. Wrócił do środka, zostawił paszport i portfel w zamykanej szafce, a potem wyruszył na poszukiwanie dwudziestu funtów ciała.