Выбрать главу

Wszystko we właściwej kolejności. Najpierw poleciała do Maui, nadal pod postacią bladolicego turysty, i bez trudu znalazła biuro, w którym trzymano dokumentację dotyczącą narodzin i zgonów.

Spędziła noc w szafie, nasłuchując i upewniając się, że następnej nocy budynek będzie pusty. Zaistniała pewna komplikacja: choć nie było stróża, w każdym korytarzu znajdowały się kamery.

Nie lubiła przybierać postaci obiektów nieożywionych: było to trudne, bolesne i czasochłonne. W tym przypadku jednak nie widziała innego wyjścia.

Stała się warstwą brudnego linoleum. Podłogi wszystkich korytarzy pokryte były takim samym szarym plastykiem. Mogła więc prześliznąć się przez milimetrową szparę między podłogą a drzwiami i powoli, falistym ruchem, przemieszczać się wzdłuż korytarza ku działowi statystyki. W samym biurze nie było kamer, więc zwinęła się w rolkę i zmieniła w coś w rodzaju animowanego ludzika, albo przynajmniej zwoju linoleum ze stopami i dwiema dwupalcymi dłońmi, zachowującymi ponurą barwę i fakturę linoleum.

Szuflady z aktami nie były zamknięte na klucz, więc wyciągnięcie papierowej wersji świadectwa zgonu nie stanowiło problemu. Inaczej z wersją elektroniczną. Nawet gdyby wiedziała, którego urządzenia użyć, istniały jeszcze hasła i protokoły. Musiała rozwiązać ten problem spoza systemu, już jako Sharon Valida.

Znalazła akt urodzenia Sharon i zapamiętała odcisk dłoni i stopy. W 1990 roku nie przeprowadzano jeszcze skanów siatkówki.

Wydała sobie prawo jazdy z roku 2007. Wtedy też nie robili jeszcze skanów. Musiała zaryzykować w sprawie numeru ubezpieczenia społecznego, zmieniając kilka cyfr w innym, należącym do osoby urodzonej w Maui w tym samym roku co Sharon.

Prawa jazdy jej rodziców wciąż były w aktach, ze zdjęciami. Mieszkali w Maui do 2009 roku, a więc wyprowadzili się na rok przed śmiercią. Matka była uderzająco piękną blondynką, co bardzo odpowiadało uzurpatorce. Stworzyła sobie nastoletnią wersją Sharon, z fryzurą z 2007 roku, całkiem konwencjonalną. Żadnych tatuaży na twarzy czy blizn rytualnych. Do rubryki „znamiona i znaki szczególne” wpisała niewielki tatuaż na lewej piersi, przedstawiający kolibra.

Russellowi by się to spodobało. Atrament pod sutkiem.

Znalazła mapę z podziałem rejonowym szkół, ale miała świadomość, że w 2007 roku wyglądał on całkiem inaczej. Zgadywanie byłoby niebezpieczne; jakiś diabelski komputer mógłby przeprowadzić rutynową kontrolę systemów i zgłosić anomalię. Trochę się naszukała, ale w końcu dotarła do segregatora z napisem „Archiwa rejonowe szkól średnich”, zlokalizowała tę położoną najbliżej miejsca zamieszkania jej rodziców i zapisała się do niej.

Jako uczennica śledziła dokonania naukowe APS, miała świetne wyniki z przedmiotów ścisłych, ale z humanistycznych i artystycznych wypadała znacznie gorzej. Doskonale też radziła sobie z biznesem i klawiaturą, co mogło jej dać więcej niż dyplom z college’u. Ten pozostawiła sobie na następny dzień.

Wykorzystując informacje o innych uczniach, dodała klub szachowy i siatkówkę. Religia: brak. Potem cofnęła się do gimnazjum i podstawówki, by sfabrykować dane, co było w zasadzie zajęciem rutynowym. W czwartej klasie jedna z nauczycielek napisała, że uczennica odrabia prace „kompetentnie i bez wysiłku”. Tym samym komplementem obdarzyła połowę klasy. Przeskoczyła od razu z czwartej do szóstej klasy, dzięki czemu ukończyła college w tym samym roku, w którym zginęli jej rodzice.

Przed świtem ponownie przeobraziła się w płaskie linoleum i prześliznęła wzdłuż korytarza do miejsca, w którym nie było kamer — klatki schodowej wiodącej do zatęchłej piwnicy. Tam przybrała znajomą postać sprzątacza, zapamiętaną z Berkeley, i zaczekała do dziesiątej, by następnie wyjść na górę, przedrzeć się przez tłum i wydostać się na ulicę.

W kabinie toalety biblioteki publicznej zamieniła się z powrotem w turystę, a następnie wykorzystała system komputerowy biblioteki, by nakreślić przebieg studiów Sharon Validy na University of Hawaii, bardziej prawdopodobnej uczelni dla ambitnej dziewczyny niż podyplomówka w Maui. Studiowała biznes i specjalizowała się w problematyce związanej z oceanografią, a nawet zrobiła kurs z tej dziedziny, prowadzony przez samą siebie pod postacią charyzmatycznego profesora Jimmy’ego Coleridge’a. Wykorzystała doskonałą znajomość struktur akademickich i biurokratycznych, by zapewnić Sharon cztery lata dobrych, acz mało spektakularnych wyników. Podłożenie papierowych i komputerowych akt potwierdzających jej istnienie było nawet prostsze niż praca wykonana minionej nocy w Maui.

(Nie porzuciła wszystkiego, gdy zmieniała się z Jimmy’ego Coleridge’a w Rae Archer. Moment był idealny, ogłoszenie w „Sky and Telescope” ukazało się akurat pod koniec semestru. Profesor podpisał więc indeksy i powiedział wszystkim, że jedzie na całe lato do Polinezji, co niezupełnie było kłamstwem).

Przed powrotem do Honolulu musiała zrobić jeszcze jedno. Poszła do centrum handlowego i kupiła dla Sharon modne ubranie, po czym wróciła do Crossed Palms i spędziła bolesne pół godziny na przemianie w nią. Wynajęła na jedną noc inny pokój i o wpół do piątej, na pół godziny przed zamknięciem, poszła ponownie do urzędu statystycznego.

— W czym mogę pomóc? — Kobieta przy okienku, mniej więcej czterdziestoletnia, miała nieruchome, błyszczące oczy, jakby wlewała w siebie litry lawy, by nie zasnąć przed piątą, i tak naprawdę w ogóle nie wydawała się chętna do pomocy.

— Nie mogę znaleźć swojego aktu urodzenia — rzekła uzurpatorka. — Potrzebuję poświadczonego duplikatu, by dostać paszport.

— Dowód tożsamości ze zdjęciem — zażądała kobieta, a uzurpatorka wręczyła jej świeżutkie, choć wytarte prawo jazdy.

Kobieta siadła przy konsoli i wklepała imię i nazwisko Sharon. Gapiła się na ekran, po czym wymazała i na nowo wpisała nazwisko.

— Tu jest napisane, że pani zmarła w 1991 roku.

— Co? Zmarłam?

— Jak pani miała rok. — Kobieta spojrzała na nią podejrzliwie.

— Hm. Jak pani widzi, żyję.

— Chwileczkę. — Kobieta ruszyła w kierunku pomieszczenia, w którym uzurpator spędził poprzednią noc.

Wróciła i pokręciła głową.

— Błąd w komputerze — powiedziała i kilkoma uderzeniami skasowała dane. Bez słowa skopiowała akt urodzenia i zatwierdziła. Poszła do innego pokoju, by poprosić kogoś o poświadczenie. Uzurpatorka wyszła z urzędu ze świadectwem swojej nowej tożsamości.

W pewnym sensie łatwiej było Sharon otrzymać dyplom uniwersytecki, niż przejść przez klasy od 1 do 12, bo uzurpatorka mogła to załatwić od środka. Zmieniła wzór swojej siatkówki tak, by pasował do profesora Jimmy’ego Coleridge’a i pojechała taksówką z lotniska w Honolulu do jego mieszkania w pobliżu campusu Manoa.

Nie sądziła, by ktokolwiek widział, jak Sharon wchodzi do mieszkania, ale gdyby nawet, nie byłby to aż tak niezwykły widok.

Następnego ranka spędziła pół godziny na ponownej przemianie w Jimmy’ego, który na szczęście ważył niewiele więcej niż Sharon. Włożyła profesorskie ubranie i udała się do pokoju Coleridge’a w Instytucie Nauki i Technologii Oceanu i Ziemi.

Sekretarka działu była zdumiona jej widokiem.

— Już pan wrócił z Samoa? Myślałam, że nie będzie pana do sierpnia!

— Przyjechałem tylko na parę dni. Mam otwarty bilet na Polynesian Airways. Postanowiłem nadrobić trochę zaległości i zjeść kilka porządnych posiłków.

— A co jedzą na Samoa? Siebie?

— Różne rzeczy. Na ogół z McDonalda.

— A jak ten ich Obcy? Był pan tam?