Выбрать главу

W ciągu następnych sześciu tygodni powinni dać ogłoszenie. Nie napiszą, że szukają pięknej, młodej kobiety, która studiowała biznes i oceanografię, ale właśnie taka się zgłosi.

Wynajęła mieszkanie na Beach Street, o kilka przecznic od terenu projektu, i rozpoczęła codzienne życie. Każdego ranka i wieczoru biegała — mniej więcej w tym samym czasie, kiedy Russell jeździł na rowerze. Mówił, że wykorzystuje ten czas na myślenie, ale raczej nie zamyślał się tak bardzo, żeby nie zauważyć ślicznej blondynki w obcisłym stroju do joggingu z napisem „NICZYJA WŁASNOŚĆ” wypisanym szablonem na plecach.

Praca w banku nie była trudna i stawała się nawet dość interesująca w chwilach, gdy Sharon była potrzebna jako tłumacz. Przez resztę czasu musiała siedzieć przy okienku, bo była śliczna i gadatliwa, co nie przeszkadzało jej wykorzystywać tego czasu na myślenie wyłącznie o zerach i jedynkach.

Trzech mężczyzn z banku zaprosiło Sharon na randkę. Umawiała się z nimi na przemian, nie angażując się w żadną z tych znajomości. Była kobietą dostatecznie dużo razy, by wiedzieć, że mężczyźni akceptują długotrwały brak seksu, jeśli tylko jest się atrakcyjną i pozwala im mówić o sobie. Jeden był Brytyjczykiem, drugi Amerykaninem, trzeci Samoańczykiem. Powściągliwość, zuchwałość i nieśmiałość. Najciekawszy był Samoańczyk: zabierał swoją palagi — białą kobietę — w miejsca, gdzie nie było żadnych innych przedstawicieli rasy kaukaskiej. Razem żeglowali i pływali. Resztę wspólnych czynności fizycznych rezerwowała dla Russella.

Mijał ją na swoim rowerze niemal każdego ranka albo nadjeżdżając z naprzeciwka, kiwając głową i uśmiechając się niewinnie, jakby zapewniał: „Wcale się nie gapię na twoje piersi”, albo zwalniając, gdy zajeżdżał ją od tyłu.

W drugim tygodniu sprokurowała incydent. Słysząc odgłos znajomego roweru, gdy był jeszcze o przecznicę od niej, potknęła się i upadła, kalecząc kolano.

Russell podjechał szybko i z trzaskiem przewrócił rower. Sharon przyglądała się niewielkiemu zranieniu, ostrożnie oczyszczając je ze żwiru. Wyprodukowała dość histaminy, by być bliska rozpłakania się.

— Nic pani nie jest? — zapytał nieco zdyszany Russell.

— Wszystko w porządku — odparła. — Ależ ze mnie niezdara.

— Chwileczkę. — Podszedł do roweru i odczepił butelkę. Otworzył i, dotykając lekko łydki Sharon, by ją podtrzymać, polał otarcie chłodną wodą.

— Au! — Oczywiście nie czuła bólu, ale skrzywiła się. — Nie, nie, to nic takiego.

Nie tylko nie czulą bólu, ale była w swoim żywiole. Ten znajomy dotyk, zapach potu… Gdyby była odrobinę bardziej ludzka, schwyciłaby Russa i przygarnęła do siebie.

— Mamy w biurze apteczkę — powiedział, robiąc ruch głową w kierunku projektu, znajdującego się w odległości przecznicy. — Powinniśmy to oczyścić i zabandażować. Tutaj rany szybko łapią infekcje.

— Dzięki, ale… nie chcę robić kłopotu…

— Bzdura. — Podał jej ramię i pomógł wstać. Zadrżała lekko, gdy dotknął jej w talii.

Kulała nieco, wsparta na jego ramieniu.

— A pański rower?

— Nikt go nie weźmie. To rupieć. Nawet nie wożę zapięcia.

— Ludzie są tutaj inni, prawda? U nas ktoś na pewno by go ukradł. Nieważne, czy jest coś wart, czy nie.

— „U nas” to znaczy gdzie?

— W Honolulu. Chociaż właściwie to pochodzę z Maui.

Skinął głową.

— Ale nie jest pani turystką, prawda? Już panią widywałem.

— Pracuję jako tłumaczka w banku.

— Zna pani samoański?

— Nie. — Pokręciła głową i odgarnęła włosy wdzięcznym gestem, innym niż u Rae. — Francuski i niemiecki, trochę japoński. Uczę się samoańskiego, ale nie jest łatwo.

— Jakbym nie wiedział. Dwa lata tu siedzę i nie umiem nawet powiedzieć: „Proszę podać te wstrętne warzywa”.

— Aumai sau fuala’au fai mea’ia ma — powiedziała. — Nie wiem tylko jeszcze, jak powiedzieć „wstrętne”. — Odkąd zajęła się studiowaniem zer i jedynek, ani przez moment nie pomyślała o samoańskim, ale zapamiętała trochę z pierwszych dni tego wcielenia.

— Jestem pod wrażeniem. Łatwo pani przychodzi nauka języków?

Testował ją z myślą o pracy?

— Kiedyś tak. Gdy byłam młodsza. Uczyłam się japońskiego i trochę mandaryńskiego.

— No i hawajskiego?

— Nie — rzekła szybko, pamiętając, że Jack umie co nieco po hawajsku. — To zabawne, ale w życiu towarzyskim jest mi zupełnie niepotrzebny, a nikt nie oczekuje po kimś, kto wygląda tak jak ja, znajomości hawajskiego.

— Rozumiem. — Pomachał strażnikowi w budce i otworzył drzwi głównego budynku. — Mieszkaliśmy w Kalifornii i mój ojciec bynajmniej nie był zadowolony, gdy zacząłem się uczyć hiszpańskiego, choć był to najbardziej przydatny z języków obcych. — Uzurpatorka, rzecz jasna, dobrze o tym wiedziała.

Weszli do znajomej recepcji. Russell posadził Sharon na miejscu Michelle — miała nadzieję, że wkrótce zasiądzie tam na dłużej — i zaczął otwierać i zamykać szuflady. — Apteczka, apteczka — mruczał. W końcu wydobył białe plastykowe pudełko. — Jest.

Uzurpatorce przyszła do głowy nagła myśl.

— Przepraszam… Trochę mi słabo. Mogłabym dostać coś do picia?

— Jasne. Cola?

— Może być. — Otworzyła mały portfelik na nadgarstku.

Machnął ręką.

— Pobiorę na kartę służbową. — Oczywiście wiedziała o tym. Wiedziała też, że automat znajduje się w dalszej części korytarza, skąd nie widać tego miejsca.

Gdy Russell skręcił za róg, powoli obróciła swój fotel o 90 stopni, by siedzieć plecami do kamery umieszczonej za biurkiem Michelle, i wydobyła z portfelika kapsułkę sudafedu. Zgniotła ją między kciukiem a palcem wskazującym i skropiła skaleczenie odrobiną DNA. Rozprowadziła też trochę na palcach obu rąk, po czym wsunęła kapsułkę z powrotem i obróciła się ponownie, nim Russell wrócił. Czuła się trochę głupio, mając wrażenie, że przesadza z ostrożnością — ale Russ nie byłby Russem, gdyby dokładnie tego nie przemyślał i nie podejrzewał teraz każdej nowej kobiety, która pojawiała się w jego życiu.

— Dzięki. — Wzięła od niego colę i wypiła odpowiednią ilość, po czym rozejrzała się. — A więc to jest to miejsce.

Przycisnął jej do kolana tampon antyseptyczny.

— Właśnie. Witamy w domu wariatów.

— Na wyspie wariatów — sprostowała. — Z kosmitą i jego statkiem.

Pokręcił głową i wrzucił tampon do śmietnika.

— Istnieją inne wyjaśnienia. Ale są równie dziwaczne. — Potrząsnął puszką z bandażem w sprayu. — Zimne — ostrzegł i obficie spryskał kolano.

— A które wyjaśnienie pan woli?

— Każde może być prawdziwe. — Popukał w kolano wokół rany, sprawdzając bandaż. — A co sądzą ludzie z banku?

— Większość jest za UFO. Jeden gość uważa, że to sztuczka filmowców i że wszyscy wyjdziecie na durniów, gdy to ujawnią.

Russell wstał.

— Założyłbym się z nim. Rozmawiałem z filmowcami. Ze wszystkich sił starają się to wykorzystać, ale w rzeczywistości są równie zdumieni jak cała reszta.

— To samo mu powiedziałam. Po co mieliby wydawać pieniądze, skoro nikt tego nie nakręcił?

— Właśnie. To oczywiste. Może pani bez problemu zgiąć kolano?

Ostrożnie pomachała nogą.

— Chyba tak. — Wstała, wspierając się na jego ramieniu. — Dzięki.

— Ma pani jakieś plany na przerwę obiadową? — Zaśmiał się nerwowo i potarł brew.

— Dzisiaj jestem uwiązana — powiedziała, by nie wydać się zbyt chętną. — Ale jutro nie tak bardzo. — Wyciągnęła rękę. — Sharon Valida.