Выбрать главу

— Russell Sutton. W południe w Rainforest?

— Z przyjemnością. — Uśmiechnęła się do niego, zastanawiając się, czy dziurki w jej policzkach nie są zbyt urocze. — Mój ty rycerzu w lśniącej zbroi.

— Raczej rowerzysto z butelką wody. — Odprowadził ją do wyjścia. — Do zobaczenia. — Patrzył, jak kobieta oddala się truchtem, trochę oszczędzając skaleczone kolano, po czym poszedł po rower.

Czy to możliwe? — zastanawiał się. W niczym nie przypominała Rae, ale zakładali, że „Rae” potrafi wyglądać jak każdy.

Postawił rower przy wejściu i wrócił do środka. W biologicznej sekcji laboratorium znalazł lateksową rękawicę i woreczek foliowy. Wrócił do recepcji, wyjął z kosza zakrwawiony tampon i włożył go do woreczka. W ubikacji opróżnił puszkę coli i ją także włożył do woreczka, ostrożnie trzymając za skraj, po czym napisał na woreczku markerem „Sharon Valida”.

Zastanawiając się, co zrobi Obcy, doszli do wniosku, że oczywistym sposobem powrotu do artefaktu będzie wykorzystanie słabości Russella do pięknych kobiet — szczerze mówiąc, w ogóle do kobiet. Gdyby Sharon była niewysoką, atrakcyjną Azjatką, wzbudziłaby w nim większe podejrzenia.

Jedna jego część chciała, żeby próbki nie zawierały DNA, bo wtedy mogliby zamknąć pułapkę. Druga, mniejsza część miała nadzieję, że dziewczyna jest po prostu seksowną blondynką z poczuciem humoru i całkiem ludzką inteligencją.

Włożył woreczek do biurka z karteczką dla Naomi. Potem wrócił do roweru i sprawdził licznik: przejechał dopiero cztery mile, została mu jeszcze jedna.

Pedałował w kierunku, w którym odeszła Sharon, ale nie zobaczył jej ponownie. Wróciła do domu, by wziąć prysznic przed pracą — albo może po to, by sprawdzić stan paliwa w swoim drugim pojeździe kosmicznym.

* * *

Siedzący przed monitorem, zatopiony w myślach Russell wzdrygnął się, gdy Naomi ze stukotem puszki położyła obok niego woreczek.

— Obawiam się, że twoja Sharon ma mnóstwo DNA. Następny ruch należy do ciebie.

— Co? A. Obiad.

— Mam nadzieję, że jest smaczna — rzekła Naomi z lubieżnym mrugnięciem. Russell zwinął w kulkę kartkę papieru i rzucił w nią.

Potem wrócił do tajnej wiadomości. Zakładał jednostronicową witrynę internetową, którą tylko Rae mogła w pełni zrozumieć. Nosiła tytuł „Rae w ciemnościach” i znajdowały się na niej trzy zdjęcia: Russella, Rae, a pośrodku napis na nagrobku Stevensona, sfotografowany przez Russa na godzinę przed tym, jak Rae sprowadziła go ze wzgórza do hotelu.

Przejrzał tomik wierszy Stevensona. Większość mu się nie podobała, ale jeden czterowiersz w miarę pasował, więc Russell wklepał go na stronę:

MIŁOŚĆ, CZYMŻE JEST MIŁOŚĆ? MIŁOŚĆ — czymże jest miłość? Wielkim, zbolałym sercem; Załamanymi rękoma; i nieskończoną rozpaczą. A życie — czymże jest życie? Patrzeniem, jak na pustym wrzosowisku Miłość przychodzi i miłość odchodzi.
— Robert Louis Stephenson

Następnie wkleił trzydzieści cyfr wiadomości artefaktu:

110100101101001011101001001011

A dalej swoją własną wiadomość:

Rae, kiedy widziałem, jak odchodzisz — naprawdę odchodzisz — nie wiedziałem, że to Ty. To pogłębiło tajemnicę.

Jeśli musisz zniknąć, decyzja należy do Ciebie. Ale wiesz, że jeśli na tym świecie jest ktokolwiek, komu możesz zaufać, tym kimś jestem ja.

Wiem, że Cię nie znam, ale kocham Cię. Wróć — w jakimkolwiek przebraniu.

— Russ

W rubryce „pokrewne”, gdzie należało umieścić słowa, które skierują poszukującego — lub surfującego — na tę stronę, wpisał „Poseidon”, „Apia”, „artefakt”, „Obcy”, i tak dalej, a na końcu „Rae Archer” i „Russell Sutton”. Wiedział, że pierwszymi osobami, jakie tam trafią, będą prawdopodobnie ludzie z CIA i im podobni, ale tego nie dało się uniknąć. Zakładał, że Rae także domyśli się ich obecności.

* * *

Rainforest Cafe było nostalgiczną knajpą w stylu lat 90., z wystrojem rodem z dżungli. Bambusy, palmy i alokazje, a nad nimi niebieskie światła i dysze emitujące mgiełkę, w tle zaś sączący się cicho, osobliwie gniewny rap.

Russell czuł się niemal jak nagi w swoich szortach i lokalnej koszuli. Był weekend, ale Sharon przyszła prosto z pracy i miała na sobie kostium oraz krawat. Poluzowała go i uroczym gestem otarła brew chusteczką.

— Powinienem był zaproponować jakiś lokal z klimatyzacją.

— Dobrze, że tego nie zrobiłeś. W biurze marzłam. — Zrzuciła marynarkę.

— Zawsze mieszkałaś w tropikach?

— W każdym razie w upale. A ty?

— Odkąd mogłem sam wybierać. — Opowiedział jej o dzieciństwie spędzonym w Dakocie. Potem wyjechał na studia na Florydę i już nigdy nie musiał przeżywać zimy. — Teraz zimno mi tylko pod wodą, gdy pracuję w stroju piankowym.

— Skądś to znam. — Zaśmiała się, zakrywając usta. — Kiedy nie ma czym sikać, żeby go ogrzać.

Nalał jej mrożonej herbaty.

— Dużo nurkujesz?

— Nurkowałam trochę, gdy byłam jeszcze w szkole. Teraz głównie pływam z fajką, jeden facet z pracy zabrał mnie w zeszłym tygodniu na rafę w Palolo. Nie wierzyłam własnym oczom, że mogą istnieć tak ogromne małże!

— Są niezłe. — Nalał sobie herbaty. — Co studiowałaś, naukę o morzu?

— Nie, zarządzanie w biznesie. Miałam dodatkową specjalizację z oceanografii. To było moje prawdziwe doświadczenie z zimną wodą. Letni kurs nurkowania w Prądzie Peruwiańskim. — W rzeczywistości była tam jako nauczyciel, nie jako studentka, ale rejestry uniwersyteckie potwierdzały fakt, że ukończyła kurs z oceną bardzo dobrą.

— Kiedyś mieliśmy tam siedzibę — rzekł Russell. — Moja firma, Poseidon. Zajmowaliśmy się techniką okrętową w Baja California.

— Dopóki nie znaleźliście tego kosmicznego obiektu.

— Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, co to jest. — Przekroił bułkę i starannie posmarował jedną połówkę grubą warstwą masła. — Sonar go wyłapał, więc postanowiliśmy zająć się nim później. Minęło sporo czasu, nim w końcu zeszliśmy na dół i przyjrzeliśmy mu się. No a potem stało się to, co się stało.

— To musi być pasjonujące.

— Pasjonujące i frustrujące zarazem. Stoimy w miejscu. — Narysował paznokciem na serwetce jakiś kształt. — A jakie są twoje fascynacje? I frustracje?

— Nie wiem… Wychodzę na dwór, biegam, przewracam się. — Parsknęli śmiechem. — Tak jakoś dryfuję. Moi rodzice zginęli, gdy byłam w college’u, dziesięć, jedenaście lat temu.

— Przykro mi…

Opuściła głowę.

— Tak… Zostawili mi trochę pieniędzy. Włóczyłam się po Europie, potem po Japonii. Teraz, kiedy forsa się skończyła, żałuję, że nie uczyłam się dalej. Licencjat z zarządzania w biznesie niewiele daje.

— Nadal jesteś młoda. Mogłabyś wrócić na uczelnię.

— Trzydzieści jeden lat to jeszcze nie emerytura. — Wbiła wzrok w dno szklanki. — Ale dla komisji rekrutacyjnej mogłoby to tak wyglądać.

— Wróciłabyś do biznesu?

Pokręciła głową.