— Może. — Zrobił ruch ręką. — Tam jest jedna rafa. Podniosę siatkę, żebyś mogła przepłynąć pod spodem.
— Dobra. — Wsunęli ustniki do ust i przepłynęli sto jardów dzielących ich od siatki. Bez problemu prześliznęli się pod nią i płynęli ku rafie. Russell podał Sharon rękę, a ona przyjęła ją, jakby to było coś oczywistego. Płynęli swobodnie, zgodnym rytmem, poruszając się szybko dzięki płetwom.
Rafa nie robiła specjalnego wrażenia w porównaniu z dramatycznym pięknem tej położonej za farmą olbrzymich małży w Palolo, ale kręciło się wokół niej trochę jaskrawo ubarwionych rybek i małych muren, obserwujących intruzów ze zwykłym skwaszonym wyrazem pysków. Russell znalazł ośmiornicę wielkości swojej dłoni i zaczęli ją sobie przerzucać z ręki do ręki, aż w końcu znudziła się zabawą i umknęła.
Russ wykonał gest naśladujący jedzenie, a Sharon skinęła głową. Skierowali się z powrotem ku siatce, nadkładając trochę drogi, by pościgać średniej wielkości płaszczkę.
— Fajna zabawa — powiedziała Sharon, stojąc po kolana w wodzie i zdejmując płetwy. Doskonale zdawała sobie sprawę z faktu, że przy mokrym kostiumie całe ciało jest widoczne jak na dłoni. — Ośmiornica była super.
— Mieliśmy szczęście. Ktoś kiedyś nazwał je „miękką inteligencją”.
— Jacques Cousteau. — Russell uniósł brwi. — Mój nauczyciel oceanografii miał jego książkę.
Gdy wychodzili na brzeg, Russell pomachał do sześcio-, może siedmioletniego chłopca, siedzącego z wiadrem przy ich stoliku.
Wiadro było w połowie wypełnione lodem i zawierało dużą salaterkę oka, samoańskiej wersji ceviche — ryby marynowanej w soku z limony i podawanej z kremem kokosowym oraz chili.
— Dzisiej złapał, doktor Russell.
Zajrzał do salaterki.
— Tuńczyk paskowany?
Chłopak wzruszył ramionami.
— Dziesińć tala.
— Nie mam przy sobie ani grosza.
— Ja mam.
Chłopak gapił się na jej krocze jak zaczarowany. Sharon owinęła się w pasie lavalava, wyjęła z kieszeni kilka banknotów i podała mu dziesiątkę.
— Fa’afetai — powiedział, podając jej miskę i wycofując się nieśmiało. — Dziękuje.
— Afio mai — odparła, a on obrócił się i pobiegł.
Patrzeli, jak się oddala. Russell zaśmiał się cicho.
— Zabawni są. Liberalni w kwestii nagości, ale konserwatywni, jeśli chodzi o ubiór.
Skinęła głową.
— Nigdy nie zrozumiem religii. Ani mody, nawiasem mówiąc. — Postawiła miskę na stole i przeszukała torbę z jedzeniem w poszukiwaniu plastykowych widelców. — Przekąska?
— Dzięki. Najpierw nastawię hot dogi. — Wygładził pogrzebaczem białą stertę węgielków i wyjął z lodówki cztery hot dogi.
Ryba była chłodna, chrupiąca i ostra.
— Mogłabym się do tego przyzwyczaić — rzekła uzurpatorka. — Od jak dawna tu mieszkasz?
— Przyjechałem zeszłego lata razem z Jackiem Halliburtonem, żeby zbudować laboratorium. — Ułożył hot dogi w równych rządkach. — Przez kilka miesięcy dojeżdżałem. Kończyłem starą pracę w Baja. Ale odkąd budowa została ukończona i wydobyliśmy artefakt, właściwie jestem tu uziemiony.
— I niezadowolony?
— Hm, miejsce jest w porządku, ale raczej do wypoczynku. Trudno się tu zajmować nauką. — Usiadł obok niej i nadział na widelec kawałek oka. — Nawet przy nowoczesnych środkach komunikacji, konferencjach internetowych i tak dalej, jest się na końcu świata. Wystarczy, że zepsuje się jakiś element za pięćdziesiąt centów, a samolot jest dopiero za dwa dni, i cala robota staje. Poza tym tęskni się… Wiem, że to brzmi snobistycznie, ale tęsknię za towarzystwem ludzi podobnych do mnie — naukowców, artystów i tak dalej.
— A mnie się zdawało, że jesteś samotnikiem.
— Hm, jestem, a przynajmniej byłem. To miejsce w Baja było położone na uboczu. Dlatego je wybrałem. Ale jeśli chciałem, w ciągu godziny mogłem dojechać do L.A., gdzie miałem mieszkanie koło campusu uniwersyteckiego.
— I podrywałeś studentki. Znam ten typ.
Zaśmiał się i poczerwieniał.
— Gdy jeszcze miałem włosy. — Wstał, by zajrzeć do hot dogów. — Tęsknię za atmosferą uniwersytecką. Za księgarniami, kawiarniami, barami. Za bibliotekami na campusie. No i za dziewczętami…
— Campus jest fajny. Mieszkałam tam przez dwa tygodnie podczas letniego kursu nurkowania.
— Gdzie?
— W jakimś akademiku. — Wiedziała, gdzie teraz nocują studenci Jimmy’ego Coleridge’a. A jedenaście lat temu? — Conway? Conroy?
— To niedaleko mojego mieszkania. — Szczypcami obrócił hot dogi o 180 stopni, po czym podszedł do lodówki. — Piwa? A może kieliszeczek wina?
— Masz tam wino?
— Nie, w biurze. To potrwa tylko minutkę.
— Jeśli byłbyś tak uprzejmy… Nie przepadam za piwem. Może się skuszę, jak już hot dogi będą gotowe.
— Pilnuj ich — polecił i potruchtał do biura.
Zastanawiała się nad swoją sytuacją. Znajdowała się w punkcie zwrotnym: gdyby teraz zaczęła romansować z Russem, prawdopodobnie zaprzepaściłaby swoje szanse na pracę, ale przecież praca miała być tylko środkiem do celu, jakim był kontakt z artefaktem. Może dziewczyna Russa będzie miała na to większe szanse niż recepcjonistka.
Dlaczego tak bardzo pragnęła znaleźć się w fizycznej bliskości tego obiektu? Widziała wszystkie zdjęcia, przestudiowała dane, czytała dywagacje sfrustrowanych naukowców.
Pamiętała to mgliste uczucie, które ją ogarnęło, gdy płynęła z Bataan do Kalifornii; wahanie towarzyszące przepływaniu nad rowem Tonga.
Teraz też to czuła, silniej niż kiedykolwiek przedtem. Coś nabierało kształtu.
Russell wrócił z dwoma kieliszkami na długich nóżkach, wypełnionymi białym winem i już zaparowanymi od ciepła.
— Pij, póki zimne — rzekł, wręczając jej jeden, po czym wypił duszkiem jedną trzecią swojej porcji. Przewrócił hot dogi o ćwierć obrotu. — Za minutę będą gotowe.
— Więc dlaczego nie ściągnąłeś obiektu do Baja? Po co zaczynać wszystko od zera w tym miejscu?
— Chciałbym, żeby to było możliwe — odparł ze wzrokiem wbitym w grill. — Częściowo z racji problemu z transportem tego przeklętego obiektu, ale głównie z powodów politycznych. Meksyk leży zbyt blisko Stanów Zjednoczonych, nie tylko terytorialnie, ale także politycznie i ekonomicznie. Jack nie chciał, żebyśmy mieli na karku Wuja Sama ani żeby meksykańscy żołnierze walili nam do drzwi. Albo nawet je rozwalali.
— Mogliby?
— Jasne. Zagrożenie dla bezpieczeństwa półkuli. — Przekroił dwie bułki i położył na grillu. — Niepodległe Państwo Samoa naprawdę jest niepodległe. I stabilne. Tonga wprawdzie znajduje się bliżej miejsca znalezienia artefaktu, ale nie chcieliśmy mieć do czynienia z tamtejszymi politykami. Jack przestudiował dane na temat wysp Samoa i metodą eliminacji wylądowaliśmy tutaj.
— A pierwszym czynnikiem, jaki braliście pod uwagę, było: „Czy jest tam jakieś miasto?”.
Skinął głową.
— Nazywają je jedynym miastem na Samoa, choć, jak sama wiesz, nie przypomina zbytnio Hongkongu. Tak naprawdę to kilka ściśniętych do kupy miasteczek, ale ma aptekę, sklep żelazny i tak dalej. — Wskazał główny budynek. — Ten kawałek ziemi leżał odłogiem, był prywatną własnością i miał dostęp do morza. Jack skontaktował się z matai rodu i załatwił dzierżawę. Przyjął nawet obywatelstwo samoańskie.
— I przystąpił do rodu, aiga?
— Nie, chociaż brał pod uwagę taką możliwość. Technicznie rzecz biorąc, musiałby się jednak podzielić z rodem całym swoim majątkiem. — Russell uniósł brew. — A to nie leży w jego naturze.