— Długo się znacie?
— Nie. Skontaktował się ze mną w sprawie katastrofy łodzi podwodnej, która następnie zaprowadziła nas do artefaktu. — Uzurpatorka, jako Rae, wiedziała, że tkwi w tym jakaś tajemnica. Może w tym wcieleniu uda jej się wyciągnąć z niego jakieś informacje.
— W normalnych okolicznościach nigdy byśmy się nie spotkali. On urodził się w bogatej rodzinie, ale wybrał służbę wojskową. A ja jestem bardzo daleki od obu tych rzeczy. — Przyjrzał się hot dogom. — Te dwa są gotowe. — Wyciągnęła papierowe talerzyki, a on położył na nich hot dogi i bułki, po czym obrócił dwa pozostałe zgodnie z jakąś tajemną zasadą termodynamiki i przekroił dwie kolejne bułki.
W milczeniu nakładali sobie musztardę, ketchup i przyprawy — wszystko z małych, zamkniętych próżniowo paczuszek, które Russell uwolnił z przeróżnych lotnisk.
Ugryzła.
— Smaczne. — Szczerze mówiąc, było trochę mdłe.
Russell wzruszył ramionami.
— Czasem byłbym gotów zabić za jakieś proste amerykańskie jedzenie z budki ulicznej. Z bakteriami i tym wszystkim.
— Może nie urodziłeś się bogaty, ale musiałeś sporo uzbierać. Nie podniósłbyś Titanica za grosze.
Pokręcił głową, żując.
— Zawsze wykorzystuj pieniądze innych. Czasem czuję się bardziej jak domokrążca niż jak inżynier. — Przerwał, by wycisnąć do bulki kolejny woreczek musztardy. — Jack myśli, a przynajmniej mówi, że na tym obiekcie można zarobić fortunę. Może kiedyś ktoś ją zarobi, ale prawdopodobnie nie on. On musi jeszcze odpracować mnóstwo eurodolców. I jest stary.
— A ty?
— Ja jestem młodszy.
— Mam na myśli forsę. Myślisz, że zrobisz na tym biznesie fortunę?
— Nie, co ty. Ja to robię dla idei.
— Tak myślałam. To znaczy miałam nadzieję.
— To największe wydarzenie w XXI wieku. Może największe w historii. — Wbił wzrok w budynek kryjący obiekt. — Nawet jeśli to coś nie pochodzi z innego świata. To by znaczyło, że nasz obraz rzeczywistości i nauka są całkiem błędne. Nie niekompletne, lecz po prostu nietrafne.
— Ale jeśli nie pochodzi stąd, czy nie jest tak samo?
— W pewnym sensie nie. W ubiegłym wieku pewien facet zauważył, że odpowiednio zaawansowana technologia jest nie do odróżnienia od magii…
Arthur C. Clarke, zmilczała uzurpatorka. Spotkała go podczas startu statku Apollo w latach 70.
— I to nam otwiera furtkę. Nasza nauka nadal mogłaby być podzbiorem tej, którą dysponują oni. To tak, jakbyśmy cofnęli się w czasie i pokazali Newtonowi hologram.
Zaabsorbowany własnymi wyjaśnieniami, nie zauważył mężczyzny, który podszedł po cichu i stanął za nim. Dopiero na widok cienia podskoczył jak oparzony.
— Jack!
— Przepraszam. Nie zamierzałem się podkradać.
— To Sharon Valida. Jack Halliburton.
Wyciągnęła rękę.
— Spotkaliśmy się przelotnie. Pracuję w Pacific Commercial Bank.
— I ma pani dobrą pamięć do twarzy.
Szczególnie do twojej, pomyślała.
— Hot doga? — zaproponował Russell.
— Dzięki, idę do hotelu. Zauważyłem, że tu siedzisz, i przyszedłem zapytać, czy moglibyśmy się spotkać jutro rano trochę wcześniej, przed… tą całą hecą.
— Znaczy, koło ósmej?
— Może być. Zostawię wiadomość dla Jan. — Skinął głową uzurpatorce.
— Do widzenia, panno Valida. Do jutra, Russell.
— Zawsze się tak ubiera? — zapytała, gdy się oddalił. Jack miał na sobie biały płócienny garnitur, panamski kapelusz i samoańską koszulę.
— Owszem, o ile nie pracuje w laboratorium. Jest spóźniony o jakiś wiek.
— Kilku innych bogatych gości, którzy przychodzą do banku, też się tak ubiera. Mój szef nazywa ich postaciami w stylu Somerseta Maughama. To jakiś aktor?
— Chyba pisarz. — Zjadł ostatniego kęsa i wstał. — Gotowa do następnego?
— Niech się jeszcze trochę podpiecze. Ale piwem nie pogardzę.
— Świetny pomysł. — Russ wyjął dwa heinekeny i otworzył.
Sharon dopiła wino i wzięła z jego ręki piwo.
— Za niedzielne pijaństwo. — Stuknęli się butelkami. — Mówiłeś coś o pokazywaniu Newtonowi hologramu.
— Tak. Przyszło mi do głowy, że to coś może wcale nie pochodzić z innej planety, lecz z ziemskiej przyszłości.
— Serio? Myślałam, że można się poruszać tylko w jednym kierunku.
— Wiesz coś o tym?
— Widziałam taką rzecz na sześcianie. Akcelerator cząstek.
— Mhm. Udało im się przesunąć cząstkę o ułamek sekundy w przyszłość. Co absolutnie zgadza się z teorią względności.
— Ale nie da się wyekspediować cząstki w przeszłość?
— Właśnie. Nie chodzi tylko o względność, lecz także o przyczynowość, zdrowy rozsądek. Przyczyna i skutek przestają mieć sens.
— Ale ty myślisz…
— Wiem, że to brzmi jak: „Skoro wydarzyła się jedna niemożliwa rzecz, to teraz już wszystko może się zdarzyć”, ale w pewien przewrotny sposób ma to sens. Wysłali ten niezniszczalny obiekt o milion lat w przeszłość i umieścili go w miejscu, w którym nikt nie mógł go dosięgnąć. Potem poszli go wykopać i…
— I nie było go tam! — Pokiwała gwałtownie głową. — Więc wysłali tego robota, żeby się dowiedział, co się stało.
— Nie robota — rzekł. — Kogo jak kogo, ale nie robota.
— Znałeś ją?
Zawahał się.
— Dość dobrze. A przynajmniej tak mi się zdawało. Jak na robota była wyjątkowo ludzka. Albo transludzka. Postludzka.
— Coś, co wyewoluowało z ludzi?
— Bingo. To bynajmniej nie musi potrwać milion lat. Obecnie tylko prawo i obyczaje, a nie nauka, bronią nas przed sterowaniem własną ewolucją.
Zamyśliła się. Jej wspomnienia sięgały tak daleko w przeszłość, że zawsze uważała się za przybysza z bardzo dawnych czasów. W gruncie rzeczy mogła jednak pochodzić z przyszłości i zatracić pamięć tamtej podróży.
Wiedziała, że sposobem na uniknięcie paradoksu przyczynowo-skutkowego mogłaby być niemożność zabrania jakichkolwiek informacji przez podróżnika cofającego się w czasie. Nigdy nie pomyślała o zastosowaniu tej zasady do wyjaśnienia własnej amnezji sprzed wieków, które spędziła jako żarłacz biały. Być może wysłano ją w przeszłość jako pozbawioną pamięci istotę, która nie potrzebowała wspomnień, by przeżyć i ewoluować.
— Rozmawiałeś o tym z Jackiem?
— Z Jackiem? Nie. On jest zwolennikiem hipotezy Obcych z innej planety. Zwłaszcza od czasów Rae, naszej „kosmitki”.
— Ale ty tego nie kupujesz.
— Cóż… Przypuszczam, że hipotezę pozaziemskiego pochodzenia można lepiej uzasadnić naukowo, a przynajmniej logicznie. Ale jeśli tak było, dlaczego po prostu się nie ujawniła i nie powiedziała: „Zaprowadźcie mnie do swego przywódcy”?
— Może się bała.
— Na pewno nie mnie.
— A Jacka? — Uzurpatorka uśmiechnęła się. — Przypuszczam, że nie byłaby jedyna.
— Czasami można się go przestraszyć — Russell wstał, by przewrócić hot dogi. — Podsmażmy je z drugiej strony.
Milczała, gdy obracał mięso i bułki. Kiedy uniósł głowę, Sharon wpatrywała się w morze, z dziwnym, zamyślonym wyrazem twarzy.
— Sharon?
Ani przez chwilę nie przestała manipulować jedynkami i zerami. Na udawanie człowieka poświęcała jedynie niewielką część swej inteligencji, więc podczas wykonywania codziennych zajęć w banku albo prowadzenia życia towarzyskiego, nawet tego oscylującego wokół Russa, większość jej jestestwa pływała w binarnym morzu informacji.