Po raz pierwszy powiedziała coś, co nie było prawdą — nie mogła jednak wiedzieć, że w pobliżu kręci się ktoś jeszcze bardziej odmienny.
— Udało mi się częściowo rozszyfrować wiadomość — kontynuowała. — Nie jako algorytm Drake’a i z pewnością nie jako tłumaczenie słowne. To wygląda na coś w rodzaju pieśni i sądzę, że jest zaadresowane do mnie. Chcę tam iść i odpowiedzieć.
— Dziś?
— To musi być dziś. Dlatego przyspieszyłam bieg spraw.
Russell podniósł się powoli.
— Sądzę, że strażnik wpuściłby cię ze mną. Ale co potem? Najprawdopodobniej nic by się nie wydarzyło. I co wtedy? Przyłączyłabyś się do zespołu? Jako nasza zakładowa Marsjanka?
— Jasne. Ale tylko ty, Jack i Jan wiedzielibyście, że nie jestem słodką Sharon z Hawajów, która sypia z szefem.
Pogłaskał ją po plecach.
— Dziś wartę ma albo Simon, albo Theodore. Obaj rozpoznają Rae. Możesz się zmienić w Jan, przybrać jej twarz?
— Prościzna. W pięć minut. — Wstała.
Dotknął jej biodra.
— Zaczekaj. Mogę popatrzeć?
Odwróciła się.
— Nikt nigdy nie widział, jak to robię. — Russell skinął głową. — W porządku. — Usiadła twarzą do niego.
Mrugnęła, po czym rozległ się cichy odgłos miażdżenia. Kości policzkowe stały się bardziej wyraziste i przesunęły się bliżej nosa. Zniknął dołek w brodzie, a ona sama uległa wydłużeniu. Zmarszczki i zagłębienia powstałe pod wpływem uśmiechu pogłębiły się, a skóra pod oczyma stała się nieco obwisła. Oczy z jasnoniebieskich przeszły w brązowe. Włosy urosły do ramion i posiwiały, a następnie rozłożyły się i uczesały we „francuza”.
— Jak ty to robisz? Włosy… to przecież nie jest żywa tkanka!
— Nie mam pojęcia, jak to wszystko robię. — Wstała i rozłożyła ręce. Skóra jej pięknego ciała pomarszczyła się i stała trupio biała, po czym przeszła w jednoczęściowy nylonowy kombinezon. Skóra dłoni wyhodowała zmarszczki i plamy starcze.
Potarł nylon na jej ramieniu, chwytając go między kciuk a palec wskazujący.
— Umiesz robić syntetyki.
— Metale, wszystko. W latach 60. przez tydzień byłam telewizorem w motelu. Pouczające doświadczenie.
— Transmutacja pierwiastków?
Uśmiechnęła się na widok jego miny.
— Wiem. Mam całkiem świeży doktorat z astrofizyki. Najdziwaczniejsze fizyczne hipotezy nie są w stanie tego wyjaśnić… Myślę, że jedynym ograniczeniem jest masa. Jeśli przeobrażam się w osobę lub rzecz znacznie cięższą czy lżejszą, muszę nabierać ciała lub je tracić. Pewnie nie chciałbyś patrzeć, jak wcinam baranią nogę. Albo wielki słownik.
— To dlatego mogłaś stracić rękę i dalej funkcjonować?
— Tak. Bolało, bo utratę spowodowało obce ciało, i to z zaskoczenia. Gdybym musiała pozbyć się ręki, by stracić na wadze, zabrałoby mi to kilka minut i wyglądało bardzo dziwacznie, ale odbyłoby się bezboleśnie.
Odchylił się do tyłu i pokręcił głową, nie przestając się gapić.
— Jest was więcej?
— Nie wiem. Nigdy nie spotkałam nikogo innego. Potrafię stać się więcej niż jedną jednostką: gdybyś mi dał godzinę, mogłabym podzielić swoje ciało między troje dzieci. Ale osobowość, inteligencja, także zostaje wtedy rozdzielona i staje się słabsza. Swego czasu przeobraziłam się w ławicę ryb. Każdy pojedynczy osobnik był głupi jak cep.
— Więc nie reprodukowałaś się w ten sposób. Przez podział, jak ameba.
— Szczerze mówiąc, mam chyba jakiś instynkt, który mnie przed tym powstrzymuje. Kiedy jestem podzielona, czuję niepokój i chcę jak najszybciej stać się całością… Czasem się zastanawiam, jak to robią tam, skąd pochodzę. Może w ogóle się nie reprodukują. Po co nieśmiertelni mieliby to robić?
— Ale nie możesz mieć pewności, że jesteś nieśmiertelna, prawda?
— Nie, dopóki nie przeżyję kolapsu wszechświata. Ale wiele przeszłam i zawsze wracałam do zdrowia. — Wstała, wzięła świeczkę i podeszła do lustra w szafce, by się przyjrzeć swojemu nowemu wizerunkowi. — Idziemy? — zapytała głosem Jan.
— Za minutkę. Niektórzy z nas muszą się ubrać.
Znajdowali się zaledwie o dziesięć minut od terenu projektu. Po drodze pozdrowili kilka osób rozkoszujących się nocnym powietrzem albo siedzących na gankach, prawdopodobnie dając im pretekst do plotek: ludzie od dawna podejrzewali, że Russella i Jan coś łączy.
Dyżur w wartowni miał Theodore, potężny, pogodny Samoańczyk chińskiego pochodzenia.
— Denerwują się państwo przed jutrem?
— Wiesz o naszych planach? — zapytał go Russell.
— Wiem tylko, że szykuje się coś ważnego. Simon mi powiedział.
— Pewnie w Pago Pago też już wiedzą — rzekła uzurpatorka.
— On mówił, że to tajemnica.
— Mam nadzieję, że nadal nią jest — mruknął Russell. — Idziemy do artefaktu.
— OK. — Strażnik nacisnął jakiś przycisk. — Droga wolna.
Minęli recepcję i przeszli pogrążonym we śnie korytarzem do drzwi przeciwwybuchowych, pokrytych tabliczkami ostrzegawczymi. Russ odblokował je odciskiem palca. Ciężkie wrota westchnęły i rozsunęły się.
W przedsionku znajdowały się dwie skomplikowane konsole. Russell zasiadł przy większej i wklepał kilka linijek.
— OK… Wyłączyłem kamery pod pretekstem konserwacji. Będą mieli problem z wytłumaczeniem tego.
— Zerknę na to, gdy będziemy wychodzić — rzekła uzurpatorka. — Myślę, że sobie z tym poradzę.
— Na komputerach też się znasz?
— Studiowałam na MIT. Miałam mnóstwo czasu na studiowanie tego i owego. — Otworzyła szafkę. — Wkładamy kombinezony?
— Nie musimy. Nie prowadzą teraz żadnych nanooperacji. — Położył dłoń na drugich drzwiach. — Otwórz — powiedział cicho, miarowo, a drzwi bezszelestnie odsunęły się w głąb framugi. Po drugiej stronie znajdowały się kolejne, identyczne, bez panelu identyfikacyjnego.
— Zamknij — powiedział Russell, gdy znaleźli się w środku.
Drzwi zamknęły się za nimi, ale te z przodu nadal się nie otwierały.
— W śluzie znajdują się dwie osoby — rzekło pomieszczenie. — Potrzebny wzorzec mowy tej, która nie jest Russellem Suttonem.
— Jestem Jan — powiedziała uzurpatorka. — Otwórz.
Drzwi otworzyły się. Weszli do długiego korytarza, łączącego pomieszczenie, w którym znajdował się artefakt, z budynkiem głównym. Gdy drzwi zamykały się bezdźwięcznie, zamrugały fluorescencyjne światła. Pozbawione okien metalowe ściany pełne były przeróżnych napisów, rysunków i komiksów wykonanych za pomocą magnesów do lodówek; galaktyka magnetycznych słów zbiła się w skupiska poezji, nie zawsze obscenicznej.
Jedna, długa na kilka metrów płyta zawierała 31 433 jedynki i zera, cierpliwie wypisane czarnym markerem.
Ostatnie, prowadzące do samego artefaktu drzwi przeciwwybuchowe, grube jak w skarbcu bankowym, były uchylone. Gdy Russ i uzurpatorka przeszli przez nie, zespół reflektorów nad obiektem włączył się trzaskiem. Z ulgą ujrzeli artefakt leżący na swoich filarach, wielki laser, dwa bezużyteczne mikroskopy w pozycjach horyzontalnych, szereg urządzeń komunikacyjnych — i mężczyznę stojącego z założonymi rękami.
Kameleona.
— Jack? — zapytał Russ.
47.
Coś, co było Jackiem, skinęło głową.