— Ręka już całkiem zdrowa?
Przekrzywiła głowę.
— Jasne.
— Szkoda. — Z całej siły pociągnął w dół. Staw barkowy wydał przeraźliwy trzask i ręka oderwała się od ciała. Chwilę później druga uniosła się i uderzyła go w brodę z taką silą, że żuchwa wyskoczyła się z zawiasu i zwisała luźno.
Kameleon zatoczył się i odrzucił rękę, po czym obiema dłońmi wcisnął sobie żuchwę na miejsce.
— Co ty wyprawiasz? — zapytała kobieta. Tryskająca z jej ramienia krew zakrzepła.
Chwilę potrwało, nim szczęka wskoczyła na swoje miejsce.
— Robię to, dla czego żyłem przez tysiące lat.
— Dlaczego?
— Na planecie może żyć tylko jedno z nas.
— Nie należę do twojej rasy.
— Ale jesteś…
Russell wskoczył mu na plecy i ścisnął łokciami za gardło. Kameleon zrzucił go jak lalkę wprost na ciężką podstawę lasera.
— Moim jedynym rywalem w tym miejscu jesteś ty. To nic osobistego. Po prostu musisz umrzeć.
Podeszła do leżącego nieruchomo Russa.
— To stało się osobiste, kiedy go zraniłeś. A poza tym ja nie mogę umrzeć.
— Wierzę, że potrafię doprowadzić cię do stanu równoznacznego ze śmiercią. Muszę jedynie rozedrzeć cię na kawałki i postarać się, by pozostały osobno. Na wieki.
Znalazła tętno na szyi Russella, po czym stanęła pomiędzy nim a potworem.
— Mogłabym zrobić to samo tobie.
— Wątpię. Masz tylko jedną rękę. Nie zdążysz wyhodować sobie drugiej. I nie wyjdziesz stąd, żeby zyskać na czasie.
Popatrzyła na ściany.
— Mylisz się. Mogłabym w ciągu kilku sekund znaleźć się po drugiej stronie tej ściany i wskoczyć do morza. A nie sądzę, żebyś chciał się ze mną mierzyć w wodzie. Nawet jeśli mam tylko jedną rękę. — Jeśli to zrobisz, zabiję go. Decyzja należy do ciebie. Kobieta zawahała się. Jack nie mógł pozostawić Russa przy życiu, niezależnie od tego, co stałoby się z nią.
— Nie krępuj się — podjudzał ją kameleon. — Nie będę nawet próbował cię zatrzymać. I tak wrócisz, a ja tymczasem będę go powolutku zabijał. Niełatwo się z nim pracowało.
Spróbowała innej taktyki.
— Nie rozumiem cię. Jesteś jak naukowiec, który przez całe życie czegoś szukał, ale gdy już to znajduje, chce to zniszczyć, nim się czegokolwiek dowie.
— Dowiedziałem się dość, nim wyszłaś z sypialni, by przyjść tutaj. Poza tym nie jestem naukowcem w większym stopniu niż ty kobietą. — Nagle spojrzał w lewo. — No, no. Niezłe.
Oderwana ręka przeobrażała się w broń. Paznokcie stały się długimi, metalowymi szponami, a nad dwoma kłykciami uformowały się oczy. Wyrosłe z boków nibynóżki zmieniały się w pajęcze nogi.
Kameleon ponownie obrócił wzrok ku uzurpatorce.
— Pozwól, że ci pokażę, jak wyglądałem, gdy zaczynałem cię szukać. — Po tych słowach skrócił się o ponad stopę i spotężniał tak, że szorty i koszulka pękły. Całe ciało pokryło się czarnymi włosami, a twarz przybrała prymitywne rysy neandertalczyka. Zdarł z siebie strzępy ubrania, ukazując masywne mięśnie i wielkie, nabrzmiałe genitalia.
Rzuciła się na niego, a on odkopnął ją na bok jak piórko. Zrogowaciały pazur rozdarł ubranie i skórę między piersiami; rozległ się trzask łamanej kości. Kobieta przeturlała się i podniosła na czworaki, blada i niepewna.
Kameleon gładził się przez chwilę, spoglądając na nią.
— Nie — mruknął.
— Spróbuj — powiedziała, napinając się.
Rzucił się na oślep w bok z szybkością węża i pochwycił coś, co kiedyś było oderwaną ręką. Wiło się i usiłowało walczyć, ale on zacisnął łapę na pazurach i odginał je do tyłu, aż się połamały. Wtedy z hukiem rzucił nimi o podłogę. Następnie obrał ze skóry, jakby czyścił krewetkę.
Wgryzł się w biceps, oderwał pasek ciała, po czym, żując go, złamał rękę w łokciu. Długim, brudnym paznokciem z lubością wydłubał oczy znad kłykci i włożył sobie do ust.
Uśmiechnął się czerwonymi od krwi zębami i ugryzł ponownie.
Uzurpatorka rozglądała się po pomieszczeniu za czymś, czego mogłaby użyć jako broni. Ale panował tam zbyt wielki porządek; nic nie walało się luzem. Ogromny laser z pewnością mógłby roznieść kameleona na kawałki, ale był ciężki jak głaz i można go było uruchomić jedynie zdalnie.
Russell odzyskał przytomność i przyglądał się mrożącej krew w żyłach scenie. Kameleon zdążył zedrzeć skórę niemal z całej kości powyżej łokcia. Odrzucił rękę i wypluł spory kawał mięsa.
— W tym momencie powinienem powiedzieć: „Cudownie smakujesz, kochanie”, ale skłamałbym. Chyba w życiu nie jadłem niczego tak obrzydliwego.
— Jesteś pierwszym znanym mi stworzeniem, które ugryzło więcej niż raz. Napraw sobie kubki smakowe. — Zauważyła, że Russell grzebie w kieszeni, po czym wyciąga z niej wielofunkcyjny scyzoryk.
— Russ, nie!
Kameleon obrócił się ku niemu i parsknął śmiechem.
— Złe narzędzie, Russell.
— Tak? — Russ wykonał półobrót i wepchnął scyzoryk w gniazdko wysokiego napięcia w ścianie. W deszczu iskier prąd powalił go na ziemię. Światła zgasły.
Po sekundzie włączył się generator awaryjny napędzany benzyną. Światła zamrugały, po czym zabłysły równie jasno jak przedtem. Russ usiadł, trzymając się za bolącą dłoń.
— Nie zyskałeś wiele czasu.
— Nie taki był mój zamiar. Ludzie przyjdą sprawdzić, co się dzieje.
— I odkryją, że nie mogą otworzyć drzwi przeciwwybuchowych.
— Nie przemyślałeś tego zbyt dokładnie, prawda? Zabijesz nas i co potem? Zwołasz konferencję prasową?
— Po prostu wyjdę w ten sposób, w jaki ona…
Odwrócił się, ale jej już tam nie było.
Skoczyła z belki sufitu dokładnie w momencie, w którym uniósł wzrok. Wylądowała na ramionach kameleona i dwukrotnie zakręciła jego głową. Strzyknęło w karku, a po kolejnym pociągnięciu głowa odskoczyła z taką silą, że wyrżnęła o sufit. Kameleon zdążył jednak złapać kobietę za nogę i lukiem wyrzucił ją w górę, tryskając krwią z szyi. Uderzyła ciężko o ziemię i potoczyła się do podstawy artefaktu, zatrzymując się w pobliżu Russella.
Do tego czasu kameleon zdążył sobie wyhodować nową głowę — groteskową kombinację neandertalczyka i Jacka.
— To naprawdę bolało. Chcesz zobaczyć, co ja potrafię?
Podniosła się z wysiłkiem i dotknęła artefaktu.
Rozległ się dźwięk przypominający pojedyncze uderzenie odległego dzwonu.
Uzurpatorka po raz pierwszy od miliona lat przybrała swój prawdziwy kształt. Wydłużała się, aż osiągnęła osiem metrów. Jej twarz miała tylko jeden otwór i nie posiadała widocznych zmysłów. Ciało ulegało nieustannym przemianom, połyskując całą gamą barw; kończyny wyrastały, zanikały, przeistaczały się. Cała postać była nieludzko piękna.
Artefakt spłynął ze swego stojaka niczym rtęć. Prostym strumieniem popłynął ku kameleonowi i utworzył wokół niego zakończoną kopułą klatkę.
Uzurpatorka rozmawiała z nim kolorami.
Kameleon schwycił płynne pręty klatki, te jednak się nie ugięły. Jego ciałem wstrząsnął paroksyzm; po chwili znieruchomiało i pokryło się szronem.
Artefakt roztopił się w kałużę wokół kameleona, po czym ponownie utworzył srebrzystą elipsę, trzy lub cztery razy większą od jego pierwotnej postaci, z zastygłym stworzeniem w środku. Kolory błyskały po całym pomieszczeniu, po czym zgasły; uzurpatorka ponownie stała się Jan, potem Sharon, a na końcu Rae.