– Mam dosyć tej zabawy w kotka i myszkę. Ostrzegam cię, Lynn, nie będę tego dłużej tolerował.
Od razu zdał sobie sprawę, że popełnił błąd. Lynn nie lubi, by ją zapędzać w kozi róg. W takich sytuacjach staje się tylko jeszcze bardziej uparta. Spojrzała na niego spokojnie.
– Annie nie życzy sobie, byś wydzwaniał do niej do domu.
– Trudno.
– Jest naprawdę zła.
– Annie jest na mnie zła, odkąd skończyłem osiem lat.
– Nieprawda. Zdrowie jej szwankuje.
– Jeśli nie przestanie topić wszystkiego w tłuszczu, nie poczuje się lepiej. – Usiadł wygodniej. – Wiesz doskonale, dlaczego ona nie chce, żebyśmy rozmawiali. Wygodnie jej z tobą. Nie podda się tak łatwo.
– Naprawdę tak myślisz?
– A żebyś wiedziała.
– Mylisz się. Stara się mnie chronić.
– Przede mną? Akurat. – Nagle złagodniał. – Do licha, Lynn, byłem dobrym mężem. Nie zasługuję na to.
Opuściła wzrok na talerz, ale zaraz spojrzała na niego oczami pełnymi bólu.
– Zawsze chodzi o ciebie, prawda, Jim? Od samego początku wszystko się kręciło wokół ciebie. Na co zasłużyłeś. Jak się czułeś. W jakim byłeś humorze. Przez całe życie starałam się ciebie zadowolić, ale nic z tego nie wyszło.
– To śmieszne. Robisz z igły widły. Posłuchaj, zapomnij, co wtedy powiedziałem. Nie mówiłem poważnie. Przechodziłem… boja wiem, chyba kryzys wieku średniego. Podobasz mi się taka, jaka jesteś. Byłaś najlepszą żoną, jakiej można sobie życzyć. Zapomnijmy o tym i niech będzie jak dawniej.
– Nie mogę. Ty też nie.
– Nie wiesz, co mówisz.
– Gdzieś w głębi tkwi w tobie złość i żal, które pojawiły się w dniu naszego ślubu i nigdy nie ustąpiły. Chcesz, żebym wróciła… to tylko przyzwyczajenie. Wiesz co, Jim? Ty mnie nawet nie lubisz. Chyba nigdy nie lubiłeś.
– To absurd. Niepotrzebnie dramatyzujesz. Powiedz, czego chcesz. Dostaniesz to.
– Teraz chcę sprawić sobie przyjemność.
– Proszę bardzo! Zrób to! Nie stoję ci na drodze, nie musisz w tym celu uciekać.
– Owszem, muszę.
– Będziesz mnie obwiniała o wszystko, prawda? No, proszę, do dzieła! Powiedz synom, jaki ze mnie drań. Tylko nie zapomnij dodać, że to ty odeszłaś po trzydziestu siedmiu latach małżeństwa, nie ja!
Patrzyła na niego spokojnie.
– Wiesz, co mi się wydaje? Że to ty odszedłeś ode mnie w dniu naszego ślubu.
– Wiedziałem, że będziesz mi wypominała przeszłość. Teraz chcesz mnie karać za błędy osiemnastolatka?
– Nie o to chodzi. Po prostu mam dosyć życia tą cząstką ciebie, która nadal ma osiemnaście lat, tą cząstką, która dotąd nie pogodziła się z faktem, że zrobiłeś dzieciaka Amber Lynn Glide i musisz ponieść konsekwencje. Z chłopakiem, któremu się wydaje, że zasługuje na coś lepszego. – Zniżyła głos, wyraźnie zmęczona. – Mam dosyć życia z poczuciem winy, Jim. Mam dosyć ciągłego sprawdzania się.
– Więc tego nie rób! Nie kazałem ci! Sama tego chciałaś!
– A teraz się zastanawiam, jak to odkręcić.
– Nie mieści mi się w głowie, że jesteś taka samolubna. Chcesz rozwodu, Lynn? O to ci chodzi? Bo jeśli chcesz rozwodu, powiedz od razu. Nie będę żył w próżni w nieskończoność. Powiedz od razu.
Myślał, że nią wstrząśnie, proponując coś niemożliwego. Tylko że szoku nie było. Wpadł w panikę. Dlaczego nie kazała mu przestać się wygłupiać, czemu nie powiedziała, że o rozwodzie nie ma mowy? Okazało się, że po raz kolejny niewłaściwie ocenił sytuację.
– Może tak byłoby najlepiej.
Zakręciło mu się w głowie.
Zamyśliła się, rozmarzyła.
– Wiesz, czego bym chciała? Żebyśmy mogli zacząć od nowa. Żebyśmy się dopiero poznali, żeby nie łączyła nas wspólna przeszłość. Wtedy, gdyby nam się nie udało, każde poszłoby w swoją stronę. A gdyby się udało… -ochrypła ze wzruszenia – bylibyśmy równorzędnymi partnerami. Byłaby… równowaga sił.
– Sił? – Strach plątał mu język. – Nie rozumiem.
Spojrzała na niego z litością.
– Naprawdę nie rozumiesz, Jim. Przez trzydzieści siedem lat naszego związku władza była w twoich rękach. Przez trzydzieści siedem lat byłam w naszym małżeństwie obywatelką gorszej kategorii. Nie mogę dłużej.
Mówiła spokojnie, jak dorosły tłumaczący coś dziecku, co rozwścieczyło go jeszcze bardziej.
– Możesz się rozwieść, proszę bardzo. Jeszcze ci to bokiem wyjdzie.
Cisnął na stół plik banknotów, nie zawracając sobie głowy liczeniem, i wybiegł nawet na nią nie patrząc.
W holu poczuł, że jest mokry od potu. Wywróciła jego życie do góry nogami, jak na początku ich znajomości.
Zachciewa jej się władzy! Odkąd skończyła piętnaście lat, miała władzę nad jego życiem, zmieniła jego tor! Gdyby nie ona, byłoby inaczej. Nie wróciłby do Salvation, o nie. Poświęciłby się pracy naukowej albo związał z międzynarodową organizacją i jeździł po całym świecie, badając różne choroby zakaźne. Zawsze o tym marzył.
Miał miliony możliwości, a raczej miałby, gdyby nie musiał się z nią ożenić. Miał żonę i dzieci na utrzymaniu, więc zamiast skorzystać z szansy, wrócił do rodzinnego miasteczka z podkulonym ogonem i przejął praktykę po ojcu.
Stare żale nadal piekły. Jego życie zmieniło się nieodwracalnie, gdy był jeszcze zbyt młody, by sobie to uświadomić. I to ona mu to zrobiła, ta kobieta, która przed chwilą powiedziała, że nie miała władzy. Spieprzyła mu życie, a teraz obwinia jego.
Zatrzymał się w pół kroku i cała krew odpłynęła mu z twarzy. Jezu. Miała rację.
Opadł na kanapę przy ścianie, ukrył twarz w dłoniach. Sekundy przechodziły w minuty, a w jego umyśle wszystkie zasłony, którymi odgradzał się od prawdy, stopniowo opadały.
Nie myliła się mówiąc, że miał do niej żal, ale rozgoryczenie tkwiło w nim od tak dawna, że właściwie już go nie zauważał. Miała rację. Po tylu latach ciągle miał do niej pretensje.
Przypomniał sobie, jak podczas minionych lat karał ją na różne sposoby: czepiał się drobiazgów, gasił ją, upierał się ślepo przy swoim, nie dostrzegał jej potrzeb. Tak traktował kobietę najbliższą jego sercu.
Chciało mu się płakać. Lynn miała rację. We wszystkim.
Rozdział siedemnasty
Jane drżąca ręką rozsmarowała migdałowy balsam na całym ciele, nie pomijając zaokrąglonego brzucha. Przez okno sypialni wpadało światło słoneczne. W pokoju obok czekała walizka Cala, spakowana na wyjazd do Austin. Rano podjęła decyzję i zamierzała wcielić plan w życie, zanim opuści ją odwaga.
Czesała włosy, by nabrały blasku, i nerwowo przyglądała się swojemu odbiciu. Usiłowała spojrzeć na siebie oczami Cala, ale myślała nie tyle o tym, jak wygląda, tylko jak nie wygląda. Z całą pewnością nie wygląda jak dziewczyna z rozkładówki „Playboya".
Z gniewnym okrzykiem wróciła do sypialni i włożyła najładniejszy szlafrok – morelowy, z zielonym szlaczkiem, jedwabny. Jest naukowcem, do licha! Kobietą sukcesu! Odkąd to jej wartość mierzy się obwodem bioder?
I od kiedy szanuje mężczyznę, który widzi w niej jedynie ciało? Jeśli jej wymiary nie spotkają się z aprobatą Cala, najwyższy czas się o tym dowiedzieć. Nie mają szans na trwały związek, jeśli trzyma go przy niej tylko ciekawość, jak wygląda nago.
A trwałego związku pragnęła najbardziej na świecie. Za bardzo bolała świadomość, że tylko ona angażuje się emocjonalnie. Nie może się dłużej zamartwiać, musi się dowiedzieć, czy łączy ich coś więcej, czy może jest kolejną zdobyczą Cala Bonnera.
Słyszała z oddali otwierane drzwi garażu. Serce podskoczyło jej w piersi. Więc wrócił do domu. Ogarnęły ją wątpliwości. Może powinna była wybrać bardziej odpowiedni moment, a nie dzień, w którym wybierał się na drugi koniec kontynentu? Może lepiej poczekać, aż będzie spokojniejsza? – tłumaczyła sobie.