— Ile palców pani widzi? — zapytał.
— Pięć — wyszeptała panna Libella.
— Naprawdę? Chociaż może ma pani rację, to pani zna się na liczeniu. — Rozbój odsunął rękę. — Mieliśmy tu niewielki ciutwypa — deczek. Jest pani odrobinę ciutnieżywa.
Pannie Libelli głowa opadła na podłogę. Poprzez mgłę, która spowodowana była czymś, cojednak nie było bólem, usłyszała, jak Rozbój komuś tłumaczy:
— No przecież podałemjej to łagodnie, nawet dwa razy powiedziałem, że to było ciut.
— Czuję się tak, jakby część mnie… znajdowała się gdzieś bardzo daleko — wyszeptała.
— I nie myli się pani — zgodził się Rozbój, mistrz dobrych manier.
Jakieś wspomnienia wyrwały się na powierzchnię gęstej zupy, która wypełniała umysł panny Libelli.
— Zabiła mnie Akwila, prawda? — zapytała. — Pamiętam czarną postać, która odwróciła się ku mnie, miała taki straszny wyraz twarzy…
— To był współżycz — odparł Rozbój. — Nie Akwila. Ona z nim walczyła. Nadal walczy, wewnątrz siebie! Ale on nie pamiętał, że pani ma dwa ciała. Musimyjej pomóc!
Panna Libella podniosła się z wysiłkiem. To, co czuła, nie było bólem, było duchem bólu.
— Jak umarłam? — zapytała słabym głosem.
— Wybuch i dym, i to wszystko — odparł Rozbój. — Żadnego bałaganu.
— Przynajmniej los był odrobinę łaskawy. — Znowu upadła na podłogę.
— No właśnie, duża purpurowa chmura, jakby tuman — potwierdził GłupiJaś.
— Gdziejest… nie czuję… gdziejest moje drugie ciało?
— To właśnie ono zamieniło się w dużą chmurę — odparł Rozbój. — Dobrze, że ma pani zapasowe, co?
— Nie może sobie tego poukładać — wyszeptał Strasznie Ciut Wojtek. — Postępujcie z nią łagodnie.
— Jak dajecie sobie radę, widząc wszystko tylko z jednej strony? — sennie zapytała cały świat panna Libella. — Jak dam sobie radę z codziennymi obowiązkami, mając tylkojednąparę rąk i nóg? Będąc wjednym miejscu naraz… jak ludzie to robią? To niemożliwe.
Zamknęła oczy.
— Panno Libello, potrzebujemy pani! — krzyknął Rozbój prosto wjej ucho.
— Potrzebują, potrzebują, potrzebują — mruczała do siebie panna Libella. — Każdy potrzebuje czarownicy. Nikt nie dba o to, czego potrzebuje czarownica. Dawać i dawać przez cały czas… Powiem wam coś, dobra wróżka nigdy nie ma własnych życzeń…
— Panno Libello! — wydzierał się Rozbój. — Nie może pani zrzucać tego na nas!
— Jestem taka wyczerpana — wyszeptała panna Libella. — Nic mnie to nie obchodzi.
— Panno Libello! Duża ciutwiedźma leży na podłodze jak nieżywa, jest zimna niczym lód, a poci się jak koń w galopie! Walczy z siedzącym w niej potworem i przegrywa! — Rozbój wpatrywał się w twarz panny Libelli, ale po chwili potrząsnął głową. — Nic z tego. Zemdlała. Chodźcie, chłopaki, przeniesiemyją!
Jak wiele niewielkich stworzeń, Figle mają nieproporcjonalnie dużo siły. Ajednak aż dziesięciu potrzeba było, żeby przenieść pannę Libellę wąskimi schodami i nie poobijać jej więcej, niż to było konieczne, choć trzeba przyznać, że użyli jej stóp, by otworzyć drzwi do pokoju Akwili.
Dziewczynka leżała na podłodze. Od czasu do czasu któryśjej mięsień drgał.
Panna Libella siedziała przy ścianie podparta niczym lalka.
— Jak mamy ocucić dużą ciutwiedźmę? — zapytał DużyJan.
— Słyszałem, że trzeba położyć głowę między nogami. — W głosie Rozbója pobrzmiewało zwątpienie.
Głupi Jaś westchnął i wyciągnął miecz.
— Dla mnie to ciut drastycznie — oświadczył — ale jeśli ktoś mi pomoże i ją przytrzyma, żeby się nie ruszała…
Panna Libella otworzyła oczy. Na całe szczęście. Usiłowała skupić wzrok na Figlach, po chwili uśmiechnęła się dziwnie szczęśliwym uśmiechem.
— O, elfy — wyszeptała.
— O nie, ona bredzi! — jęknął Rozbój.
— Nie, ona myśli o elfach, takjakje sobie wyobrażająludzie _ odparł Strasznie Ciut Wojtek. — Malutkie brzęczące ciutstworzonka mieszkające w kwiatach i latające z motylami.
— Co? Nigdy nie widzieli prawdziwych elfów? Gorsze to od os! — burknął DużyJan.
— Nie mamy na to czasu! — huknął Rozbój. Wskoczył na kolano panny Libelli. — O tak, madame, jesteśmy elfami z krainy… z kra — i iny… — Spojrzał bezradnie na Wojtka.
— Brzęczącej? — podsunął mu Wojtek Wielkagęba.
— No właśnie, z Brzęczącej Krainy, gdzie znaleźliśmy prawdziwą ciutksiężniczkę, którą zaatakowała banda łobuzów…
— …złych goblinów — zaproponował Wojtek.
— No tak, złych goblinów, zgadza się, onajest w nie najlepszym stanie, więc zastanawiamy się, czy będzie pani tak miła i się nią zajmie…
— …zanim pojawi się przystojny książę na białym koniu w złotogłowiu, by obudzićją magicznym pocałunkiem — dokończył Wojtek.
Rozbój rzucił mu pełne desperacji spojrzenie i odwrócił się do zdezorientowanej panny Libelli.
— O to właśnie idzie, zanim stanie się to, co mówił mój przyjaciel. Panna Libella próbowała się skupić.
— Jak na elfyjesteście strasznie brzydkie — powiedziała.
— No tak, te, które zazwyczaj się widuje, zajmują się pięknymi kwiatami. — Umysł Rozbója pracował na pełnych obrotach. — My raczej jesteśmy od parzących pokrzyw, ostów i innych chwastów, rozumie pani, prawda? To nie byłoby w porządku, gdyby tylko śliczne kwiatuszki miały swoje elfy, prawda? Wydaje mi się to nawet niezgodne z prawem. A teraz czy mogłaby pani, proszę, pomóc przy księżniczce, zanim te łobuzy…
— …złe gobliny… — podpowiedział Wojtek.
— No właśnie, zanim wrócą — zakończył Rozbój.
W napięciu wpatrywał się w pannę Libellę. Najej twarzy pojawiło się coś sugerującego zachodzący w głowie proces myślenia.
— Czy ma szybki puls? — wymamrotała. — Czy oddycha gwałtownie? Mówiliście, że skórę ma zimną, ale się poci? To wygląda na szok. Musicie ją ogrzać. Podnieść jej nogi w górę. Nie spuszczajcie z niej oka. Usuńcie przyczynę… — Głowajej opadła.
— Koń w złotogłowiu? — Rozbój obejrzał się w stronę Wojtka. — Skąd ty wziąłeś te wszystkie bzdury?
— W pobliżu Długiego Jeziora stoi duży dom i oni tam czytają swoim ciutmaluchom takie opowieści. Siadałem w mysiej dziurze i słuchałem — odparł Strasznie Ciut Wojtek Wielkagęba. — Pewnego dnia zakradłem się i obejrzałem obrazki, były tam Wielkiedzieła, które nazywano rycerzami, w zbrojach, z mieczami i tarczami, i konie w pióropuszach…
— No cóż, choć to bzdury, podziałały — stwierdził Rozbój. Spojrzał na Akwilę. Ponieważ leżała na ziemi, sięgał jej do policzka. To było jak spacer wokół wzgórka. — Na litość, smutno mi się robi, kiedy patrzę na tę biedną ciutdziewczynkę. — Potrząsnął głową. — Chodźcie, chłopaki, zdejmijmy przykrycie z łóżka, a poduszkę położymy pod stopy.
— Rozboju — zagadnął Głupi Jaś.
— No? — Rozbój wpatrywał się w nieprzytomną Akwilę.
— Jak my się dostaniemy do jej głowy? Musi być coś, co nas tam zaprowadzi.
— Tak jest, Jasiu, i ja wiem, co to może być, ponieważ używam swojej głowy do myślenia! — odparł dumnie Rozbój. — Przyglądałem się dużej ciutwiedźmie wystarczająco często, prawda? Widzisz ten naszyjnik?
Sięgnął po prezent od Rolanda. Srebrny koń zsunął się z szyi Akwili i leżał na podłodze pomiędzy amuletami na tle czarnego lśniącego materiału.