– Było przybite gwoździami – wyjaśniła. – Sama je oderwałam.
Wewnątrz leżała ubrana w strzępy muślinu mała drewniana laleczka z rękami ułożonymi wzdłuż ciała i z główką zaokrągloną, ale pozbawioną rysów twarzy. Ktoś ją wyrzeźbił z kawałka drewna, lecz dość niestarannie, bo widać było głębokie zadziory po dłucie. Rebus spróbował ją wyjąć, jednak jego palce okazały się zbyt grube i nie zmieściły się w szparze między lalką a ścianką trumienki. W końcu odwrócił pudełko i laleczka wypadła mu na dłoń. Pierwszą jego myślą było porównanie jej odzienia z materiałami zalegającymi salonik, jednak nie znalazł żadnego oczywistego podobieństwa.
– Ta jej sukienka jest zupełnie nowa i czysta – szepnęła, a on kiwnął głową. Najwyraźniej trumienka nie przebywała zbyt długo na wolnym powietrzu, bo nie miała czasu ani się pobrudzić, ani zamoknąć.
– Widywałem już różne dziwne rzeczy, Bev… – powiedział Rebus, i głos mu tajemniczo zamarł. – Nic tam więcej nie było? Nic niezwykłego? – dodał.
Wolno potrząsnęła głową.
– Chodzę tamtędy co tydzień. To – dotknęła dłonią trumienki – było tam jedyną rzeczą nie na swoim miejscu.
– A jakieś ślady stóp…? – zaczął Rebus i przerwał. Pomyślał, że wymaga od niej zbyt wiele. Ale ona miała już gotową odpowiedź.
– Żadnych nie zauważyłam. – Oderwała wzrok od trumienki i spojrzała na niego. – A rozglądałam się, bo wiedziałam, że nie mogło to tam spaść z nieba.
– Czy w wiosce jest ktoś, kto zajmuje się drewnem. Może jakiś stolarz…?
– Najbliższy stolarz mieszka w Haddington. Tak na pierwszy rzut oka nie znam nikogo, kto… kogoś, kto świadomie zrobiłby coś takiego.
– Ale założę się – powiedział Rebus z uśmiechem – że jednak trochę pani nad tym myślała.
– Myślę nad tym cały czas, panie inspektorze. To znaczy, być może w zwykłych okolicznościach aż tak bardzo nie zawracałabym sobie tym głowy, ale jak się weźmie pod uwagę to, co się stało z panną Balfour…
– Tymczasem nic nam nie wiadomo, żeby coś się stało – uznał za stosowne jej przypomnieć.
– Ale to na pewno ma jakiś związek, prawda?
– Co nie znaczy wcale, że nie mamy do czynienia z jakimś pomyleńcem. – Mówiąc, nie spuszczał z niej wzroku. – Z tego, co wiem, w każdej wiosce jest jakiś miejscowy głupek.
– Chce pan przez to powiedzieć, że to ja… – Przerwała na dźwięk samochodu podjeżdżającego pod dom. – Oho – powiedziała, wstając – to na pewno ten reporter.
Rebus poszedł za nią do okna. Zza kierownicy czerwonego forda focusa gramolił się właśnie młody człowiek. Siedzący obok fotoreporter był w trakcie zakładania obiektywu na aparat fotograficzny. Kierowca przeciągnął się i zatarł dłonie, jakby miał za sobą długą podróż.
– Już tu kiedyś byli – wyjaśniła Bev. – Zaraz po zniknięciu panny Balfour. Zostawili mi wtedy wizytówkę, więc teraz jak się to wydarzyło…
Rebus podążył za nią do sieni prowadzącej do drzwi wejściowych.
– To nie było najmądrzejsze posunięcie, pani Dodds. – Rebus starał się nie wybuchnąć.
Trzymając rękę na klamce, odwróciła się w jego stronę.
– Ale przynajmniej oni nie uważają, że jestem pomylona, panie inspektorze.
Miał ochotę odpowiedzieć: „Jeszcze nic straconego”, jednak pomyślał, że wystarczająco już narozrabiał.
Reporter nazywał się Steve Holly i zatrudniony był w edynburskim biurze brukowca z Glasgow. Był młody, ledwie po dwudziestce, co pozwalało mieć nadzieję, że może pozwoli się zastraszyć. Gdyby wysłali tu jednego ze swych starych wyjadaczy, Rebus nawet by nie próbował.
Holly był niski i miał lekką nadwagę. Włosy nażelował w ząbki, co Rebusowi przypomniało drut kolczasty biegnący u szczytu płotu okalającego pole. W jednej ręce trzymał notes i długopis, drugą podał Rebusowi.
– Chyba się jeszcze nie znamy. – Powiedział to takim tonem, że Rebus był pewien, że jego nazwisko nie jest mu obce. – Ten tu, to Tony, mój genialny artysta. – Fotoreporter parsknął. Na ramieniu dźwigał torbę ze sprzętem. – Wymyśliliśmy, Bev, że zabierzemy cię do wodospadu, a ty nam tam pokażesz, jak podnosisz trumnę z ziemi.
– Tak, oczywiście.
– I nie będziemy musieli zawracać sobie głowy robieniem zdjęć w środku – ciągnął dalej Holly. – To znaczy, Tony nie miałby nic przeciwko, tylko że jak się go wpuści do środka, to się w nim od razu zaczyna budzić kreatywny artysta.
– Doprawdy? – Popatrzyła na fotoreportera z podziwem.
Rebus zdusił w sobie uśmiech: najwyraźniej słowa „kreatywny” i „artysta” znaczyły zupełnie co innego dla Bev niż dla reportera. Holly też się szybko zorientował, bo dodał:
– Oczywiście mogę go później tu przysłać, jakbyś chciała, zrobiłby ci jakiś ładny portrecik, może w twoim studio.
– To nie jest znowu takie studio – odparła Bev, skrobiąc się palcem w szyję, wyraźnie mile połechtana. – Po prostu pokój, w którym mam koło i trochę rysunków. Do ścian przypięłam białe ekrany, żeby było lepsze światło.
– A skoro mowa o świetle – wtrącił Holly, zerkając znacząco na niebo – to chyba lepiej już chodźmy, co?
– Bo teraz światło jest idealne – wyjaśnił fotoreporter, zwracając się do Bev. – Ale długo tak nie będzie.
Bev też spojrzała w niebo i ze zrozumieniem pokiwała głową, jak jeden artysta do drugiego. Rebus musiał przyznać, że Holly jest niezły.
– Chce pan tu sam zostać na gospodarstwie? – zwrócił się teraz do Rebusa. – Bo nam to zajmie najwyżej piętnaście minut.
– Muszę wracać do Edynburga. Mogę dostać pański telefon, panie Holly?
– Gdzieś tu powinienem mieć wizytówkę. – Zabrał się do przeszukiwania kieszeni, znalazł portfel, a w nim wizytówkę.
– Dzięki – powiedział Rebus, chowając ją. – I gdybym mógł zamienić z panem słówko…?
Odchodząc z reporterem kilka kroków na bok, widział, jak Bev wdzięczy się do fotografa, pytając, czy jest właściwie ubrana. Pomyślał, że pewnie tęskni do pokrewnej artystycznej duszy w wiosce. Odwrócił się do nich plecami, by nie mogli wiedzieć, co chce powiedzieć.
– Widział pan tę lalkę? – zapytał Holly.
Rebus potwierdził, a Holly zmarszczył nos.
– Chyba tracimy tu czas, nie? – Powiedział to konfidencjonalnym tonem, co miało zachęcić do szczerej odpowiedzi.
– Niemal na pewno – odpowiedział Rebus, wbrew własnemu przekonaniu, wiedząc, że kiedy Holly zobaczy dziwaczną figurkę, też w to nie uwierzy. – Ale była okazja, żeby się na trochę wyrwać z miasta – dodał z udaną beztroską.
– Nienawidzę wsi – oświadczył Holly. – Jak na mój gust, za mało tu tlenku węgla. Ale dziwi mnie, że wysłali aż inspektora ze śledczego…
– Musimy do wszystkich poszlak podchodzić jednakowo poważnie.
– Jasne że tak, rozumiem. Tylko że ja bym wysłał posterunkowego albo najwyżej sierżanta z dochodzeniówki.
– Jak już powiedziałem… – zaczął, ale Steve Holly już się odwrócił, gotów wrócić do swych obowiązków. Rebus chwycił go za ramię. – Zdaje pan sobie sprawę, że jeżeli uznamy to za materiał dowodowy, to być może będziemy chcieli to wyciszyć?