Выбрать главу

Wróciła do stolika i zobaczyła, że Grant kończy właśnie rozwiązywanie krzyżówki, nonszalancko rzuca gazetę na stół i rozpierając się na krześle, chowa długopis do kieszeni. Udawał przy tym, że nie zwraca uwagi na sąsiedni stolik, przy którym nad filiżanką kawy siedziała samotna kobieta z książką w ręku i wyraźnie zerkała w jego stronę.

Siobhan pochyliła się do przodu.

– Myślałam, że już ją przedtem rozwiązałeś – powiedziała, wskazując głową gazetę.

– Za drugim razem idzie łatwiej. – Powiedział to tak cicho, że nie była pewna, czy się nie przesłyszała. – Dlaczego się tak uśmiechasz?

Kobieta przy sąsiednim stoliku wróciła do czytania książki. Było to coś Muriel Spark.

– Przypomniałam sobie jedną starą piosenkę – odparła Siobhan.

Grant spojrzał na nią wyczekująco, ale ponieważ wyraźnie nie miała zamiaru kontynuować, wyciągnął dłoń i położył ją na krzyżówce.

– Wiesz, co to są homonimy?

– Nie, ale brzmi to nieprzyzwoicie.

– To są słowa, które brzmią tak samo, a znaczą co innego. W krzyżówkach jest ich pełno. W tej dzisiejszej też był jeden i za tym drugim razem zacząłem się zastanawiać.

– Zastanawiać nad czym?

– Nad tą ostatnią wskazówką. Sounds dear – brzmi drogo. Pomyśleliśmy od razu o słowie dear w znaczeniu drogi, kosztowny, prawda?

Siobhan kiwnęła głową.

– Ale to może być też homonim, o czym może świadczyć słowo sounds – brzmi.

– Nic z tego nie rozumiem – stwierdziła, jednak poprawiła się na krześle i pochyliła do przodu, wyraźnie zainteresowana.

– Może ono sygnalizować, że słowo, o które nam chodzi, to nie dear – drogo, tylko słowo, które brzmi tak samo, na przykład słowo deer – jeleń.

Zmarszczyła brwi.

– I wtedy nasza wskazówka brzmi B4 Prawo Szkotów jeleń? Czy ze mną jest coś nie w porządku, czy to brzmi jeszcze bardziej bezsensownie niż przedtem?

Wzruszył ramionami i znów odwrócił się ku oknu.

– Jeśli tak mówisz.

Klepnęła go w nogę.

– No, nie bądź taki.

– Uważasz, że tylko tobie wolno się dąsać?

– Przepraszam.

Spojrzał na nią i zobaczył, że znów się uśmiecha.

– Tak już lepiej – powiedział. – No więc tak… Pamiętam, że jest jakaś legenda o tym, skąd się bierze nazwa Holyrood. O tym, jak któryś z naszych królów w zamierzchłych czasach strzelał z łuku do jelenia, pamiętasz?

– Nie mam o tym pojęcia.

– Przepraszam – odezwał się głos od sąsiedniego stolika – ale mimo woli słyszałam państwa rozmowę. – Kobieta odłożyła książkę i patrzyła na nich. – Chodzi o Dawida Pierwszego z dwunastego wieku.

– Coś takiego – powiedziała Siobhan, ale kobieta zignorowała zaczepkę zawartą w jej głosie.

– Wybrał się na polowanie, podczas którego ogromny byk powalił go na ziemię. Król próbował go chwycić za poroże i wtedy ze zdumieniem stwierdził, że byk zniknął, a on trzyma w ręku krzyż. Holy rood to tyle co święty krzyż. Król Dawid uznał to za znak dany mu przez niebiosa i kazał w tym miejscu zbudować opactwo Świętego Krzyża, czyli Holyrood.

– Dziękuję pani – rzekł Grant, a kobieta skinęła głową i wróciła do lektury. – Miło spotkać osobę wykształconą – dodał, patrząc na Siobhan, która zareagowała zmrużeniem oczu i zmarszczeniem nosa. – Więc być może ma to jakiś związek z pałacem Holyrood.

– W którym jedna z sal ma numer B4 – dodała Siobhan. – Jak klasa w szkole.

Zorientował się, że sobie z niego pokpiwa.

– W Prawie Szkockim może być jakaś wzmianka o Holyrood. Byłby to wtedy kolejny ślad królewski, jak ten z Wiktorią.

Siobhan rozłożyła ręce.

– Wszystko jest możliwe – mruknęła.

– Więc teraz musimy znaleźć jakiegoś zaprzyjaźnionego speca od prawa.

– Może być ktoś z prokuratury? Bo jeśli tak, to chyba znam kogoś takiego…

Sąd cywilny, tradycyjnie zwany Sądem Szeryfa, mieścił się w nowej siedzibie na Chambers Street, dokładnie naprzeciwko kompleksu muzealnego. Grant znów popędził na Grassmarket, by wrzucić do parkomatu porcję monet, mimo iż Siobhan próbowała protestować, przekonując go, że mandat wyjdzie taniej. Sama weszła do budynku sądu i odnalazła Harriet Brough. I tym razem miała na sobie tweedowy kostium, a na nogach szare pończochy i czarne buty na płaskim obcasie. Siobhan zwróciła uwagę na jej zgrabne kostki.

– Drogie dziecko, to wspaniale – powiedziała Brough, chwytając rękę Siobhan i potrząsając nią w górę i w dół, jakby pompowała wodę. – Po prostu wspaniale. – Siobhan pomyślała, że makijaż na jej podstarzałej twarzy jedynie podkreśla zmarszczki i fałdy skóry, nadając jej nieco wulgarny wygląd.

– Mam nadzieję, że nie przeszkadzam – zaczęła Siobhan.

– Ależ nic a nic. – Stały w głównym holu wejściowym do budynku, pełnym kręcących się wokół prawników, pracowników sądu i zatroskanych rodzin. Gdzieś głębiej w trzewiach budynku decydowały się ich losy i zapadały decyzje o tym, kto jest winny, a kto nie. – Przyszłaś tu na rozprawę?

– Nie, mam tylko pewien problem i pomyślałam, że może będziesz mogła mi pomóc.

– Z największą przyjemnością.

– Chodzi o znalezioną notatkę. Może się ona wiązać z jedną ze spraw, ale napisana jest czymś w rodzaju szyfru.

– Ależ to podniecające! – sapnęła prawniczka, szeroko rozwierając oczy. – Znajdziemy sobie jakieś miejsce, usiądziemy i wszystko mi opowiesz.

Znalazły wolną ławkę i usiadły. Brough czytała notatkę, nie wyjmując jej z przezroczystej osłonki, a Siobhan patrzyła, jak w milczeniu porusza wargami i marszczy czoło.

– Przykro mi – odezwała się w końcu. – Może byłoby łatwiej, gdybyś mi objaśniła kontekst…?

– Chodzi o poszukiwania zaginionej osoby – wyjaśniła Siobhan. – Podejrzewamy, że uczestniczyła w grze.

– I żeby przejść do następnego poziomu musisz najpierw rozwiązać to, czy tak? Wszystko to strasznie dziwne.

Zjawił się zadyszany Grant, a Siobhan go przedstawiła.

– No i coś się udało? – zapytał, ale Siobhan potrząsnęła tylko głową. Spojrzał na prawniczkę. – Czy B4 może coś oznaczać w Prawie Szkockim? Jakiś paragraf albo podpunkt?

– Mój drogi chłopcze – roześmiała się Brough. – Takich oznaczeń może być nawet kilkaset, choć raczej w postaci 4B, a nie B4. Obowiązuje generalna zasada, że najpierw są cyfry.

Grant kiwnął głową.

– I wtedy znaczyłoby to „paragraf 4, punkt b”, czy tak?

– Właśnie tak.

– Pierwsza wskazówka miała kontekst królewski, a poszukiwanym hasłem była Wiktoria. Zastanawialiśmy się, czy z kolei ta nie nawiązuje może do Holyrood – wyjaśniła Siobhan, a Brough znów przyjrzała się notatce.

– No cóż, zdaje się że oboje jesteście ode mnie bardziej domyślni – przyznała po chwili. – Może mój prawniczy umysł podchodzi do wszystkiego zbyt dosłownie. – Wyciągnęła rękę z notatką ku Siobhan, ale ją nagle cofnęła. – Zastanawiam się tylko, czy to określenie prawo Szkotów nie prowadzi was świadomie na manowce.

– Jak to? – spytała Siobhan.

– Chodzi mi o to, że skoro wskazówka ma być z założenia mglista, to ten, kto ją pisał, mógł świadomie używać słów o podwójnych znaczeniach.