Выбрать главу

Siobhan popatrzyła na Granta, ale ten tylko wzruszył ramionami. Brough wskazała na notatkę.

– Pamiętam to jeszcze z czasów moich pieszych wędrówek po górach – powiedziała. – Słowo law po szkocku może też znaczyć wzgórze…

Rebus rozmawiał przez telefon z menedżerem hotelu Huntingtower.

– Więc może leży gdzieś w magazynie?

– Nie wiem, nie jestem pewien – odparł menedżer.

– A mógłby pan sprawdzić? Albo popytać, bo może ktoś inny wie?

– Mogła zostać wyrzucona podczas remontu.

– Przepadam za takim pozytywnym podejściem, panie Ballantine.

– A może ten, kto ją znalazł…

– Oświadczył, że ją oddał w hotelu. – Rebus miał już za sobą rozmowę z reporterem z „Couriera”, który wówczas zajmował się tą sprawą. Dziennikarz zaczął go od razu wypytywać i Rebus wyjawił mu, że w Edynburgu pojawiła się kolejna trumienka, choć z całą mocą podkreślił, że wiązanie tych zdarzeń ze sobą jest „na pograniczu czystej fantazji”. Brakowało mu tylko wścibskich dziennikarzy węszących wszędzie, gdzie się da. Od reportera dostał nazwisko człowieka, którego pies odnalazł wtedy trumienkę. Po kilku dalszych telefonach Rebus dotarł do niego i usłyszał, że zaraz po znalezieniu przekazał trumienkę komuś w hotelu i więcej się tą sprawą nie interesował.

– No cóż – westchnął menedżer – niczego nie mogę obiecać…

– Proszę dać mi znać natychmiast, jak tylko pan ją znajdzie – odparł Rebus i raz jeszcze powtórzył nazwisko i numer telefonu. – To sprawa nie cierpiąca zwłoki, panie Ballantine.

– Zrobię, co będę mógł – jęknął menedżer.

Rebus odłożył słuchawkę i spojrzał na biurko vis a vis, przy którym siedzieli Ellen Wylie i Donald Devlin. Profesor miał na sobie jeden ze swych niezliczonych blezerów, tyle że tym razem nie brakowało w nim guzików. Wspólnie ślęczeli nad dokumentacją z sekcji zwłok ofiary utonięcia w Glasgow i sądząc z wyrazu twarzy Ellen, nie bardzo im to wychodziło. Devlin ustawił sobie krzesło tuż obok niej i w czasie, gdy rozmawiała przez telefon, co chwilę się ku niej nachylał. Może tylko starał się dosłyszeć, o czym rozmawia, jednak Rebus widział wyraźnie, że ona nie jest tym zachwycona. Próbowała ukradkiem odsuwać swoje krzesło i tak się na nim wykręcać, by stary miał przed nosem jedynie jej ramię i plecy. Jak dotąd, udawało jej się też unikać wzroku Rebusa.

Zrobił notatkę z rozmowy z menadżerem z hotelu Huntingtower, potem znów chwycił za słuchawkę. Prześledzenie losów trumienki z Glasgow było znacznie trudniejsze. Ktoś, kto się wtedy zajmował tą sprawą, już tu nie pracował, a nikt inny w dziale miejskim niczego sobie nie przypominał. W końcu Rebus zdobył numer telefonu na plebanię i dodzwonił się do pastora Martine’a.

– Czy wiadomo wielebnemu, co się stało z tą trumienką? – zapytał.

– Zdaje się, że zabrał ją ktoś z gazety – odparł pastor Martine.

Rebus podziękował i zadzwonił ponownie do redakcji, gdzie udało mu się ostatecznie dotrzeć do naczelnego, który zażądał najpierw, by mu opowiedzieć całą historię. Rebus zaserwował mu więc opowieść o „edynburskiej trumience” i swoim zaangażowaniu w sprawę z ramienia Wydziału Czystej Fantazji.

– A gdzie dokładnie w Edynburgu znaleziono tę trumienkę?

– W pobliżu zamku – oświadczył Rebus bez wahania i oczyma duszy ujrzał, jak tamten robi notatki i pewnie już planuje wysłanie kogoś na miejsce.

Po następnej minucie oczekiwania ze słuchawką przy uchu, Rebusa przełączono do działu personalnego, gdzie odnaleziono osobę, która wtedy się tym zajmowała. Reporterka nazywała się Jenny Gabriel i obecnie mieszkała w Londynie.

– Pracuje w jednej z tamtejszych ogólnokrajowych płacht – oznajmił Rebusowi szef personelu. – Jenny zawsze o tym marzyła.

Rebus wyszedł więc z biura, kupił kawę, trzy ciastka i cztery londyńskie gazety: „Times”, „Telegraph”, „Guardian” i „Independent”. Przejrzał je wszystkie bardzo uważnie, zwracając szczególną uwagę na nazwiska autorów, nigdzie jednak nie znalazł nazwiska Jenny Gabriel. Niezrażony, zaczął po kolei dzwonić do redakcji i pytać o nią. Przy trzeciej próbie telefonistka kazała mu czekać. Ze słuchawką przy uchu patrzył, jak Devlin posypuje biurko Ellen okruchami z ciastka.

– Łączę – odezwała się wreszcie telefonistka.

Było to chyba najmilsze słowo, jakie udało mu się dziś usłyszeć. A potem ktoś podniósł słuchawkę.

– Dział miejski.

– Poproszę z Jenny Gabriel.

– Przy telefonie.

Rebus po raz kolejny wygłosił swój tekst.

– Mój Boże! – wykrzyknęła reporterka po wysłuchaniu całej opowieści. – Przecież to było ze dwadzieścia lat temu!

– Mniej więcej – przyznał Rebus. – Więc pewnie już jej pani nie ma?

– Istotnie, nie mam – odpowiedziała, a Rebus poczuł, że serce podchodzi mu do gardła. – Kiedy przenosiłam się na południe, dałam ją w prezencie przyjacielowi. Zawsze był nią zafascynowany.

– Czy może mi pani pomóc w skontaktowaniu się z nim?

– Proszę poczekać, poszukam jego numeru…

Nastąpiła przerwa, którą Rebus wykorzystał na dokładne rozkręcenie całego długopisu. Zdał sobie nagle sprawę, że ma tylko bardzo mgliste pojęcie, jak działa taki mechanizm. Sprężynka, obudowa, wkład… mógł go w całości rozkręcić i złożyć z powrotem, i mimo to nie być ani trochę mądrzejszym.

– Mieszka akurat w Edynburgu – odezwała się Jenny Gabriel i podała numer telefonu. Przyjaciel nazywał się Dominie Mann.

– Bardzo pani dziękuję – powiedział Rebus i rozłączył się.

Pana Manna nie było w domu, ale jego aparat zgłoszeniowy podawał numer komórki, pod którym należało spróbować. Rebus spróbował i ktoś odebrał.

– Halo?

– Czy rozmawiam z panem Mannem…? – Potem Rebus kolejny raz wszystko opowiedział i tym razem się udało. Mann w dalszym ciągu miał tę trumienkę i mógł ją w ciągu dnia podrzucić na St Leonard’s.

– Byłbym panu bardzo zobowiązany – oświadczył Rebus. – To zdumiewające, że uchowała się u pana przez tyle lat…

– Miałem zamiar ją wykorzystać w jednej z moich instalacji.

– Instalacji?

– Jestem artystą malarzem. A przynajmniej byłem. Teraz prowadzę własną galerię.

– Ale wciąż pan jeszcze maluje?

– Rzadko. No i całe szczęście, że jej w końcu nie użyłem. Równie dobrze mogłem ją pokryć farbą i owinąć bandażami, i teraz tkwiłaby gdzieś u jakiegoś kolekcjonera.

Rebus podziękował malarzowi i odłożył słuchawkę. Devlin skończył jeść swoje ciastko. Ciastko Ellen leżało odsunięte na bok i teraz profesor uporczywie na nie zerkał. Trumienka z Nairn okazała się dużo łatwiejsza do odnalezienia: wystarczyło tylko kilka rozmów, by dotrzeć do celu. Najpierw reporter z gazety powiedział, że musi się rozejrzeć, a potem oddzwonił i podał czyjś numer w Nairn. Ten ktoś też się trochę rozejrzał i w rezultacie odnalazł trumienkę w szopie u sąsiada.

– Chce pan, żeby ją wysłać pocztą?

– Tak, poproszę – odparł Rebus. – Ekspresem z dwudziestoczterogodzinnym doręczeniem. – Przez chwilę zastanawiał się nawet, czy nie wysłać po nią samochodu, pomyślał jednak, że może mieć kłopoty z uzasadnieniem kosztu. Od dawna już krążyły różne memoranda na temat niezbędnych oszczędności.

– A kto za to zapłaci?

– Proszę podać wszystkie swoje dane, koszty zostaną panu zwrócone.

Rozmówca przez chwilę się zawahał.

– No dobra – powiedział w końcu. – Będę musiał panu zaufać, nie?

– Jeśli nie można by ufać policji, to komu? – oświadczył Rebus uroczyście. Odłożył słuchawkę i znów spojrzał w stronę biurka Wylie. – No i co? Macie coś? – spytał.