Выбрать главу

– Niezupełnie. Odwiedzimy pewien zakład pogrzebowy.

Wylie spojrzała na niego ponuro.

– Chyba żartujesz?

Rebus potrząsnął jednak głową i wskazał na trumienki ułożone na biurku.

– Jak się chce uzyskać fachową opinię, to należy się zwrócić do fachowca.

– Rozumie się samo przez się – oznajmił Devlin.

Z St Leonard’s do zakładu pogrzebowego był tylko krótki spacer. Po raz ostatni Rebus odwiedził taki zakład, kiedy zmarł jego ojciec. Podszedł wtedy do trumny i dotknął czoła, tak jak go tego ojciec nauczył, kiedy zmarła jego matka. „Jeśli dotkniesz zmarłego, Johnny, to nigdy potem nie musisz się go obawiać”. Gdzieś w jakimś innym zakładzie zapewne kładziono właśnie Conora Leary’ego do pudła. Jedyne przed czym nie da się uciec to śmierć i podatki, mawiali niektórzy. Tyle że Rebus znał kryminalistów, którzy przez całe życie nie zapłacili złamanego grosza. Ale nie szkodzi: kiedy przyjdzie ich pora, od pudła już się nie wykręcą.

Jean Burchill już czekała i na ich widok z widoczną ulgą podniosła się z krzesełka w sali recepcyjnej. Pomimo kilku bukietów świeżo ciętych kwiatów panowała tu przytłaczająca atmosfera powagi i przygnębienia. Rebusowi przemknęło przez głowę pytanie, czy i jaki rabat dają dostawcy wieńców. Ściany były wyłożone drewnianą boazerią i całe pomieszczenie lekko pachniało pastą do drewna. Mosiężne okucia lśniły, a marmurowa podłoga z białych i czarnych płytek ułożona była w szachownicę. Rebus przedstawił sobie wszystkich i Devlin, ściskając dłoń Jean, zapytał:

– A od czego dokładnie jest pani kustoszem?

– Specjalizuję się w dziewiętnastym wieku – wyjaśniła. – Wierzenia, stosunki społeczne i tak dalej…

– Pani doktor uzupełnia nasze śledztwo o historyczną perspektywę – dodał Rebus.

– Chyba nie bardzo rozumiem – powiedział Devlin i spojrzał pytająco na Rebusa.

– To ja skompletowałam ekspozycję trumienek z Arthur’s Seat – poinformowała Jean.

Brwi Devlina wystrzeliły w górę.

– Och, jakież to fascynujące! – wykrzyknął. – I uważa pani, że istnieją jakieś związki z obecną serią?

– Nie wiem, czy tu w ogóle można mówić o „serii” – wtrąciła się Wylie. – Mamy do czynienia z pięcioma przypadkami w ciągu trzydziestu lat.

Devlin wyglądał na zaskoczonego. Chyba nie przywykł, by ktoś poddawał w wątpliwość jego dobór słów. Popatrzył z wyrzutem na Wylie, potem zwrócił się do Rebusa.

– Ale mamy do czynienia z jakimś kontekstem historycznym, czy tak?

– Tego nie wiemy. I to właśnie próbujemy dziś ustalić.

Otworzyły się wewnętrzne drzwi i stanął w nich jakiś mężczyzna. Miał około pięćdziesiątki i ubrany był w ciemny garnitur, śnieżnobiałą koszulę i srebrzysty krawat. Miał krótko przycięte srebrzyste włosy i bladą, pociągłą twarz.

– Pan Hodges? – zapytał Rebus, a mężczyzna lekko się skłonił. Rebus podał mu rękę. – Rozmawialiśmy telefonicznie. Detektyw inspektor John Rebus – powiedział i przedstawił pozostałych.

– Muszę powiedzieć, że jest to jedna z najbardziej niezwykłych próśb, z jakimi się do mnie zwrócono. – Pan Hodges mówił niemal szeptem. – Niemniej, w moim gabinecie czeka na państwo pan Patullo. Czy mogę zaproponować filiżankę herbaty?

Rebus zapewnił go, że to zbyteczne i poprosił, by ich poprowadził do gabinetu.

– Jak już panu mówiłem przez telefon, panie inspektorze, w dzisiejszych czasach większość trumien montuje się z elementów na czymś w rodzaju taśmy montażowej. Pan Patullo jako stolarz należy do wyjątków. Wykonuje całe trumny na indywidualne zamówienia. Od wielu lat korzystamy z jego usług, w każdym razie od czasu, kiedy ja tu pracuję. – Korytarz, którym szli, był podobnie jak sala recepcyjna wyłożony drewnianą boazerią i pozbawiony dostępu światła dziennego. Hodges otworzył jakieś drzwi i przepuścił ich przodem. Gabinet był przestronny i wolny od wszelkich ozdób. Rebus sam nie wiedział, czego oczekiwać – wzorów kart kondolencyjnych, może fotografii trumien. Jedyną oznaką tego, że znajdują się w gabinecie przedsiębiorcy pogrzebowego, był brak jakichkolwiek oznak. Gabinet urządzony był z dyskretną prostotą. Klienci nie chcieli, by im przypominać o celu ich wizyty, a przedsiębiorcy pogrzebowemu zapewne nie zależało, by jego klienci co chwilę wybuchali płaczem.

– Zostawię państwa samych – powiedział Hodges, zamykając drzwi.

Mimo iż w gabinecie było dość miejsc siedzących, zastali Patullo stojącego pod oknem z matowymi szybami. Trzymał płaski tweedowy kaszkiet i przebierał palcami po jego krawędzi. Miał kościste palce obciągnięte skórą wyglądem przypominającą pergamin. Rebus pomyślał, że stolarz jest dobrze po siedemdziesiątce. Mimo to na głowie miał dość bujną jeszcze siwą czuprynę, a jego oczy patrzyły jasnym, choć czujnym spojrzeniem. Był już jednak mocno przygarbiony, a dłoń, którą podał Rebusowi, lekko drżała.

– Witam pana, panie Patullo – odezwał się Rebus. – Jestem panu szczerze zobowiązany, że zechciał się pan z nami spotkać.

Patullo wzruszył ramionami, a Rebus raz jeszcze przedstawił wszystkich obecnych, po czym poprosił, by usiedli. Miał trumienki w plastikowej torbie i teraz wyjął je i ułożył na lśniącym czystością biurku Hodgesa. Były cztery: z Perth, z Nairn, z Glasgow i ta najnowsza z Kaskad.

– Chciałbym prosić, żeby się pan im przyjrzał – zwrócił się do Patullo – i opowiedział nam, co pan widzi.

– Widzę parę malutkich trumien. – Głos Patullo brzmiał chrapliwie.

– Miałem na myśli standard wykonania.

Patullo sięgnął do kieszeni po okulary, potem podszedł i pochylił się nad biurkiem.

– Jeśli pan chce, proszę je wziąć do ręki – powiedział Rebus, a Patullo posłusznie zabrał się do uważnych oględzin.

– Użył gwoździków tapicerskich i stolarskich – zauważył. – Spoiny są trochę nierówne, ale przy tej skali…

– To znaczy?

– No wie pan, przy tej wielkości trudno oczekiwać spoin na wpusty – powiedział i wrócił do oględzin. – Chce pan wiedzieć, czy te pudełka wykonał trumniarz?

Rebus kiwnął głową, a on odparł:

– Nie sądzę. Zrobił je ktoś znający się trochę na rzeczy, ale nie zanadto. Proporcje są niewłaściwe, kształt jest za bardzo rombowaty. – Po kolei odwrócił trumienki i przyjrzał się im od spodu. – Widzi pan tu ślady po ołówku, którym obrysowywał sobie kształt?

Rebus potwierdził.

– Najpierw wymierzył, potem przyciął ręczną piłką. To w ogóle nie było heblowane, przetarte tylko papierem ściernym. – Spojrzał na Rebusa znad okularów. – Chce pan wiedzieć, czy wszystkie wyszły spod jednej ręki?

Rebus ponownie przytaknął.

– Ta jest trochę bardziej koślawa – powiedział Patullo, biorąc do ręki trumienkę z Glasgow. – I zrobiona z innego drewna. Cała reszta jest z sosny, ta jest z drewna balsowego. Ale spoiny są takie same, wymiary też.

– Zatem myśli pan, że to ta sama osoba?

– Jeśli nie muszę ręczyć głową, to tak. – Patullo wziął do ręki następną z trumienek. – Na przykład w tej proporcje są inne i spoiny nie są takie dokładne. Więc albo robił to w pośpiechu, albo powiedziałbym, że zrobił ją kto inny.

Rebus sprawdził. Patullo trzymał trumienkę z Kaskad.

– Więc mamy dwóch różnych winowajców? – odezwała się Wylie, a kiedy Patullo twierdząco pokiwał głową, z głośnym sykiem wypuściła powietrze i uniosła oczy ku górze. Dwóch winowajców oznaczało dwa razy więcej pracy i o połowę mniejszą szansę na sukces.