– Może replika? – podsunął Rebus.
– Tego to ja już nie wiem – wzruszył ramionami Patullo.
– No to możemy teraz… – odezwała się Jean Burchill, sięgnęła ręką do torby na ramieniu, wyciągnęła z niej drewnianą szkatułkę i otworzyła ją. Wewnątrz znajdowała się owinięta w bibułkę jedna z trumienek z Arthur’s Seat. Rebus wyprosił to u Jean i wyciągając trumienkę ze szkatułki, kobieta spojrzała na niego wymownie. Jej wzrok raz jeszcze poświadczył to, co mu wcześniej powiedziała w kawiarni: że w ten sposób kładzie na szalę swoją pracę w muzeum. Gdyby się wydało, że potajemnie wynosi z muzeum jeden z eksponatów, lub gdyby coś mu się stało… zostałaby z miejsca wyrzucona z pracy. Rebus kiwnął głową na znak, że pamięta, a Jean wstała i położyła trumienkę obok innych na biurku.
– Z tą proszę ostrożnie – ostrzegła Patullo.
Devlin i Wylie podnieśli się z miejsc, by lepiej widzieć.
– O mój Boże – sapnął Devlin. – Czy ja się dobrze domyślam?
Jean kiwnęła głową, a Patullo nie wziął trumienki do ręki, tylko pochylił się nad nią tak nisko, że niemal dotknął jej nosem.
– Chcielibyśmy wiedzieć – odezwał się Rebus – czy pańskim zdaniem trumienki, które pan wcześniej oglądał, stanowią kopie tej.
Patullo potarł sobie policzek.
– Ta ma dużo prostszą budowę. Też jest przyzwoicie zrobiona, ale ścianki są dużo prostsze. Nie ma kształtu, jaki dziś nadaje się trumnom. Wieczko ozdobiono żelaznymi ćwiekami. – Znów potarł sobie policzek, potem wyprostował się i oparł o krawędź biurka. – Tamte nie są kopiami tej. Tylko tyle mogę powiedzieć.
– Nigdy nie widziałem ich inaczej niż przez szybę gabloty muzealnej – oznajmił Devlin, przysuwając się do biurka i zajmując miejsce Patullo. Potem spojrzał na Jean i dodał: – Wie pani, że mam swoją teorię, co do tego, kto je zrobił?
Jean uniosła brwi.
– Mianowicie?
Devlin nie odpowiedział i zwrócił się do Rebusa.
– Pamięta pan ten portret, który panu pokazywałem? Doktora Kenneta Lovella? – Kiedy Rebus przytaknął, Devlin znów zwrócił się do Jean. – Lovell był anatomem, który przeprowadził sekcję zwłok Burke’a. I o ile mi wiadomo, resztę życia spędził z brzemieniem winy z powodu tej całej sprawy.
To Jean wyraźnie zainteresowało.
– Czy to znaczy, że kupował zwłoki od Burke’a?
Devlin potrząsnął przecząco głową.
– Nie ma na to żadnych historycznych dowodów. Jednak pewnie jak większość ówczesnych anatomów kupował zwłoki i nie zadawał zbyt wielu pytań, co do ich pochodzenia. No i właśnie chodzi o to – Devlin oblizał wargi – że nasz doktor Lovell interesował się też stolarką.
– Profesor Devlin – wtrącił Rebus – posiada stół wykonany przez niego.
– Lovell był uczciwym człowiekiem – ciągnął dalej Deblin – i dobrym chrześcijaninem.
– I zostawił trumienki na Arthur’s Seat dla uczczenia ofiar? – spytała Jean.
Devlin wzruszył ramionami i spojrzał po obecnych.
– Oczywiście nie mam na to żadnych dowodów… – zamilkł, jakby dochodząc do wniosku, że takie podniecanie się trochę mu nie przystoi.
– To ciekawa teoria – przyznała Jean, jednak Devlin tylko wzruszył ramionami. Pomyślał pewnie, że go jedynie poklepuje po plecach.
– No więc, jak już mówiłem, jest to całkiem nieźle zrobione – powtórzył Patullo.
– Istnieją też inne teorie – dodała Jean – które głoszą, że trumienki na Arthur’s Seat zostawiły czarownice albo marynarze.
Patullo pokiwał głową.
– Wśród marynarzy bywało wielu dobrych cieśli i stolarzy. Czasami brało się to z konieczności, a czasami służyło do zabicia czasu podczas długich rejsów.
– No cóż – powiedział Rebus – raz jeszcze serdecznie dziękujemy za poświęcenie nam czasu. Czy możemy pana podwieźć do domu?
– Dziękuję, poradzę sobie.
Pożegnali się i Rebus poprowadził całą grupę do kawiarni Metropole, gdzie wszyscy ścieśnili się przy jednym stole i zamówili kawy.
– No to krok do przodu, dwa kroki do tyłu – powiedziała Wylie.
– Dlaczego tak myślisz? – spytał Rebus.
– Bo jeśli nie ma związku między trumną z Kaskad a pozostałymi, to uganiamy się za fantomem.
– Ja tak tego nie widzę – wtrąciła Jean. – Może nie powinnam zabierać głosu, ale wydaje mi się, że ten, kto zostawił trumienkę w Kaskadach, musiał skądś ten pomysł zaczerpnąć.
– Zgoda – potwierdziła Wylie – ale nie sądzi pani, że znacznie bardziej prawdopodobne jest to, że źródłem pomysłu było muzeum?
Rebus popatrzył na Wylie.
– Zmierzasz do tego, że powinniśmy dać sobie spokój z tymi czterema poprzednimi przypadkami, tak?
– Chcę powiedzieć, że zajmowanie się nimi ma sens tylko wtedy, jeśli istnieje jakiś związek między nimi a trumną z Kaskad. Oczywiście przy założeniu, że ta z kolei ma jakiś związek ze zniknięciem Balfour. A przecież nawet tego nie wiemy na pewno. – Rebus otworzył usta, by coś powiedzieć, jednak ona nie dopuściła go do głosu. – I jeżeli teraz pójdziemy z tym do komisarz Templer, tak jak powinniśmy, to ona na pewno powie to samo. Powie, że w naszych działaniach coraz bardziej oddalamy się od sprawy Philippy Balfour. – Uniosła filiżankę do ust i pociągnęła łyk herbaty.
Rebus spojrzał na Devlina.
– A co pan o tym myśli, profesorze?
– Niestety muszę się zgodzić, choć znaczy to oczywiście, że znów zapadnę w mrok samotności starego emeryta.
– Z protokołów sekcji też nic nie wynika?
– Jak dotąd, nic. Wszystko wskazuje na to, że w momencie wpadnięcia do wody obie kobiety żyły. Na obu ciałach znaleziono ślady urazów, ale nie ma w tym nic dziwnego. W rzekach zdarzają się kamienie, więc przebywając w wodzie, ofiara mogła się o nie poobijać. Jeśli chodzi o ofiarę z Nairn, to zarówno przypływy, jak i morska fauna potrafią straszliwie pokiereszować ciało, szczególnie jeśli ofiara przebywa w wodzie przez dłuższy czas. Przykro mi, że nie mogę niczego wnieść.
– Wszystko się może przydać – odezwała się Jean. – Nawet jeżeli nie wnosi się niczego nowego, to można pomóc w wyeliminowaniu czegoś zbędnego.
Spojrzała na Rebusa w nadziei, że ta parafraza jego słów wywoła uśmiech, jednak on myślami był gdzie indziej. Martwiło go to, że Wylie może mieć rację. Cztery trumienki wykonane przez tę samą osobę i jedna zrobiona przez kogoś innego oraz brak związku między tymi dwiema osobami. Czuł przez skórę, że coś je z sobą łączy, tyle że to „coś” nie wystarczy, by przekonać kogoś takiego jak Wylie. Czasami, niezależnie od wszystkiego, trzeba zawierzyć instynktowi. Jego zdaniem tak właśnie było teraz, wątpił jednak, by Wylie dała się przekonać.
I trudno się było dziwić.
– To może na zakończenie zechciałby pan jeszcze raz to przejrzeć.
– Z największą przyjemnością – odparł profesor, skłaniając głowę.
– I może porozmawiać z patologami, którzy wykonywali te sekcje. Mogli coś zapamiętać…
– Absolutnie.
Rebus zwrócił się do Wylie.
– A ty złóż raport komisarz Templer. Opowiedz jej o tym, co zrobiliśmy. Na pewno znajdzie dla ciebie coś do roboty w zasadniczym nurcie śledztwa.
Wyprostowała się.
– Czy to znaczy, że ty się nie poddajesz?
Przez uśmiech Rebusa przebijało zmęczenie.
– Jestem bliski poddania. Ale jeszcze nie przez parę dni.
– I co przez te parę dni będziesz robił?
– Utwierdzał się w przekonaniu, że to ślepy zaułek.
Widział z miny Jean, że chciałaby go jakoś podtrzymać na duchu, trochę pocieszyć – choćby tylko ściskając mu dłoń czy wypowiadając kilka ciepłych słów. Pomyślał, że na szczęście nie są przy stole sami, co uniemożliwia takie gesty. Inaczej mogłoby się zdarzyć, że chlapnąłby coś niegrzecznego, na przykład że nie życzy sobie żadnego współczucia.