Chyba że współczucie to to samo, co zapadanie się w nicość.
Picie za dnia miało specyficzny urok. W barze czas przestawał istnieć, a wraz z nim cały zewnętrzny świat. Tak długo jak człowiek siedział w pubie, tak długo czuł się nieśmiertelny i ponadczasowy. A kiedy w końcu wychodził z mroku i zanurzał się w oślepiający blask dnia, wtapiając się w tłum przechodniów pędzących za swoimi sprawami, świat nabierał nowego kolorytu. W końcu wszyscy od wieków robili to samo: alkoholem próbowali zapełniać dziury w swej świadomości. Ale dziś nie… dziś Rebus miał zamiar ograniczyć się tylko do dwóch drinków. Wiedział, że potrafi stąd wyjść po drugim. Zostanie dłużej i wypicie trzeciego lub czwartego oznaczać będzie pozostanie już do zamknięcia albo do stoczenia się na podłogę. Ale dwa drinki… dwa to dobra liczba, bezpieczny numer. Uśmiechnął się na myśl, że dobry, bezpieczny numerek może też znaczyć coś zupełnie innego.
Wódka z sokiem z pomarańczy: to nie jego ulubiony drink, ale nie zostawia zapachu. Po wypiciu będzie mógł wrócić na St Leonard’s i nikt się nawet nie zorientuje. Tylko jemu świat będzie się wydawał nieco łagodniejszy. Kiedy zadzwoniła komórka, w pierwszym odruchu chciał ją zignorować, jednak jej przenikliwe brzęczenie na tyle przeszkadzało innym gościom, że nacisnął guzik.
– Halo?
– No niech zgadnę – odezwał się głos Siobhan.
– Jeśli ci o to chodzi, to nie jestem w żadnym pubie. – Widać akurat to stwierdzenie potrzebne było młodemu człowiekowi stojącemu przy jednorękim bandycie, by trafić większą wygraną, bo z automatu z ogłuszającym hurkotem posypał się nagle strumień monet.
– Mówiłeś coś?
– Czekam tu na kogoś.
– Miewasz czasami lepsze wymówki?
– A tak w ogóle, to po co dzwonisz?
– Muszę podpytać masona.
Przesłyszał się.
– Podpytać Charlesa Mansona?
– Masona. Wiesz, takiego od dziwnych uścisków dłoni i podwiniętych spodni.
– Nie mogę ci pomóc. Nie przyjęli mnie.
– Ale pewno paru znasz, nie?
Przez chwilę milczał, po czym zapytał:
– O co ci chodzi?
Powtórzyła mu treść ostatniej wskazówki.
– Czekaj, niech pomyślę – powiedział. – Może Farmer?
– A on do nich należy?
– Sądząc po tym, jak ściska dłoń.
– Myślisz, że się nie obrazi, jak do niego zadzwonię?
– Wręcz przeciwnie. – Zamilkł i po chwili dodał: – Teraz mnie pewnie zapytasz, czy może znam jego domowy numer, więc ci od razu mówię, że masz szczęście. – Wyciągnął notes i odczytał numer.
– Dzięki, John.
– Jak ci idzie?
– W porządku.
Wyczuł w jej głosie lekkie skrępowanie.
– Z Grantem wszystko w porządku?
– Tak, w porządku.
Spojrzał w górę na daszek nad barem.
– Stoi tam teraz obok ciebie, tak?
– Tak.
– Wszystko jasne. Pogadamy później. Ach, zaraz.
– Co jest?
– Czy miałaś kiedyś do czynienia z kimś nazwiskiem Steve Holly?
– A co to za jeden?
– Miejscowy pismak.
– Ach, ten. Rozmawiałam z nim może raz czy dwa razy w życiu.
– Dzwonił kiedyś do ciebie do domu?
– Nie wygłupiaj się. Tego numeru pilnuję jak oka w głowie.
– No to dziwne, bo twój numer wisi u niego w biurze na ścianie. – Po jej stronie zapadło milczenie. – Przychodzi ci do głowy, w jaki sposób mógł go zdobyć?
– Pewnie są na to jakieś sposoby. Nie udzielam mu żadnych informacji, jeśli o to ci chodzi.
– Chodzi mi tylko o to, Siobhan, że trzeba na tego palanta uważać. Jest gładziutki jak pupcia noworodka i tak samo pachnie.
– Urocze. Muszę już kończyć.
– Tak, ja też. – Rebus rozłączył się i dopił swego drugiego drinka. Więc to by było na tyle, trzeba się stąd zbierać. Ale w telewizji akurat zaczynała się następna gonitwa, a on zwrócił szczególną uwagę na kasztanka imieniem Daleki Rejs. Więc może jeszcze jeden nie zaszkodzi… I wtedy znów zadzwonił telefon. Rebus zaklął, pchnął drzwi i wyszedł na oślepiające światło dnia.
– Tak? – warknął.
– To nie było zbyt ładne.
– Kto mówi?
– Steve Holly. Poznaliśmy się w domu Bev.
– Zabawne, bo właśnie o panu rozmawiałem.
– A ja się cieszę, że się wtedy poznaliśmy, bo inaczej mógłbym cię nie rozpoznać z opisu Margot. – Margot to pewnie ta blond recepcjonistka ze słuchawką na głowie. Więc psikus psikusem, ale nie omieszkała jednak nadać na niego Holly’emu.
– O co ci chodzi?
– Daj spokój, Rebus. Trumna.
– Słyszałem, że już z nią skończyłeś.
– Więc teraz jest dowodem w śledztwie?
– Nie. Właśnie chciałem ją oddać pani Dodds.
– Już to widzę. Coś dziwnego się tu dzieje.
– Sprytny chłopiec z ciebie. To „coś” to po prostu policyjne śledztwo. A tak przy okazji, to właśnie siedzę w nim po uszy, więc jeśli pozwolisz…
– Bev wspominała coś o jakichś innych trumnach…
– Naprawdę? Może się przesłyszała.
– Nie sądzę. – Holly zawiesił głos, jednak Rebus milczał. – No dobra – rzucił w końcu. – Pogadamy później.
„Pogadamy później”, dokładnie to samo powiedział przedtem Siobhan. Przez ułamek sekundy zastanowił się nawet, czy Holly mógł ich podsłuchiwać. Nie, to przecież niemożliwe. Po skończonej rozmowie dwie rzeczy go zastanowiły. Po pierwsze, Holly ani słowem nie wspomniał o numerach telefonów, które znikły z jego ściany, więc pewnie jeszcze tego nie zauważył. Po drugie, zadzwonił na numer komórkowy Rebusa, a więc go zna. Zwykle Rebus podawał numer swojego pagera, nie komórki. Nie pamiętał jednak, który numer podał Bev Dodds…
Bank Balfour niczym nie przypominał banku. Przede wszystkim mieścił się na Charlotte Square, w jednym z najelegantszych miejsc na całym Nowym Mieście. Na zewnątrz, w hałasie i smrodzie ulicznym, klienci, objuczeni torbami zakupów, z utęsknieniem czekali w kolejkach na nie nadjeżdżające autobusy, natomiast wewnątrz był inny świat. Na podłodze leżał puszysty dywan, na górę wiodły wspaniałe szerokie schody z wiszącym nad nimi kryształowym żyrandolem, ściany błyszczały olśniewającą bielą po niedawnym malowaniu. W sali operacyjnej nie widać było ani kolejek klientów, ani okienek kasowych. Wszelkie transakcje prowadziło trzech konsultantów przy biurkach rozstawionych w takiej odległości od siebie, by zapewnić dyskrecję rozmów. Konsultanci byli młodzi i elegancko ubrani. Klienci czekający na zaproszenie do jednego z gabinetów siedzieli rozparci w wygodnych fotelach i czytali coś ze stosu gazet i czasopism wyłożonych na niskich stolikach. Panowała atmosfera pełna namaszczenia, było to bowiem miejsce, gdzie pieniądze nie tyle się szanuje, co się do nich modli. Siobhan skojarzyło się to od razu z kaplicą.
– No i co ci powiedział? – zapytał Grant.
Wsunęła telefon komórkowy z powrotem do kieszeni.
– Uważa, że powinniśmy porozmawiać z Farmerem.
– A to jego numer? – spytał Grant, wskazując na kartkę z zapisanym numerem telefonu.
– Tak – potwierdziła i przed numerem dopisała literkę F. F jak Farmer. System ten utrudniłby identyfikację adresów i numerów telefonu zapisanych w notesie w razie, gdyby dostał się w niepowołane ręce. Była poruszona tym, że dziennikarz, którego ledwie kojarzyła, zna jej telefon domowy. Nie obawiała się, że zacznie do niej wydzwaniać, ale zawsze…
– Myślisz, że jest ktoś tu z debetem na koncie? – zapytał Grant.
– Może ktoś z personelu, bo co do klientów, to nie sądzę.