Выбрать главу

Otworzyły się jedne z drzwi, wyszła z nich kobieta w średnim wieku i cicho je za sobą zamknęła. Potem zaczęła bezszelestnie sunąć w ich kierunku.

– Pan Marr państwa oczekuje.

Spodziewali się, że wejdą przez te same drzwi, jednak ona ruszyła schodami na górę. Szła szybkim energicznym krokiem, cały czas pozostając kilka kroków przed nimi i uniemożliwiając próbę rozmowy. Na końcu korytarza na pierwszym piętrze zatrzymała się przed ogromnymi dwuskrzydłowymi drzwiami, zapukała i poczekała na odzew.

– Wejść!

Wykonała polecenie, otwierając równocześnie oba skrzydła, i ruchem ręki zaprosiła ich do środka.

Gabinet był olbrzymi z trzema dużymi oknami w weneckim stylu, sięgającymi od podłogi do sufitu, na których wisiały lniane zasłony w pastelowym kolorze. Wzdłuż ściany stał ogromny stół konferencyjny z polerowanego dębu z rozłożonymi na nim blokami papieru, długopisami i kilkoma dzbankami z wodą. Mimo swej wielkości zajmował zaledwie jedną trzecią powierzchni gabinetu. W pobliżu telewizora, na którego ekranie widać było aktualne notowania giełdowe, ustawiona była kanapa i fotel. Sam Ranald Marr stał za swym biurkiem, masywnym antykiem z ciemnego orzecha. Biurko i jego właściciel mieli zbliżoną karnację, a kolor opalenizny Marra wskazywał, iż pochodzi ona z Karaibów, a nie z gabinetu odnowy na Nicolson Street. Marr był postawnym mężczyzną z nienagannie ostrzyżonymi szpakowatymi włosami. Miał na sobie ciemny dwurzędowy garnitur w paseczki, niemal na pewno szyty na miarę. Poruszając się z godnością, wyszedł zza biurka, by ich powitać.

– Ranald Marr – przedstawił się, po czym zwracając się do kobiety, dodał: – Dziękuję, Camille.

Zamknęła za sobą drzwi, a Marr zaprosił ich gestem ręki na kanapę. Oboje usiedli, on zaś zasiadł w fotelu pokrytym identyczną skórą i założył nogę na nogę.

– Są jakieś wiadomości? – zapytał, a na jego twarzy pojawił się wyraz zatroskania.

– Śledztwo jest w toku, panie prezesie – oświadczył Grant, a Siobhan siłą się powstrzymała, by nie rzucić mu spojrzenia. „Śledztwo jest w toku…” Ciekawe z jakiego filmu to wziął.

– Powodem naszej dzisiejszej wizyty jest to – zaczęła Siobhan – że Philippa uczestniczyła w jakiejś grze.

– Doprawdy? – zdziwił się Marr. – A co to ma wspólnego ze mną?

– Doszły nas słuchy, panie prezesie – oświadczył Grant – że pan też lubi grać w takie gry.

– W takie gry…? – Marr klasnął w dłonie. – Och, już wiem, o co wam chodzi. O moich żołnierzyków. – Zmarszczył czoło. – I w to właśnie grała Flipa? Nigdy nie okazywała śladu zainteresowania…

– Tu chodzi o taką grę, w której podaje się zakodowane wskazówki, a gracz musi je odgadywać, by móc przejść do następnego etapu gry.

– Więc to coś zupełnie innego – powiedział Marr, klepnął się w kolana i wstał z fotela. – Chodźcie, pokażę wam. – Podszedł do biurka i z szuflady wyjął klucz. – Chodźcie za mną – rzucił dość opryskliwie i otworzył drzwi na korytarz. Poprowadził ich z powrotem do schodów, jednak nie zszedł na dół, tylko znacznie węższymi schodami poszedł w górę na drugie piętro. Siobhan zauważyła, że idąc, Marr lekko utyka. Starał się to skrzętnie ukrywać, jednak dało się to zauważyć. Pewnie przydałaby mu się laska, pomyślała Siobhan, jednak próżność nie pozwala mu jej używać. Idąc za nim, czuła, jak ciągnie za sobą smugę zapachu wody kolońskiej. Na palcu brak było obrączki. Kiedy wyciągnął rękę, by przekręcić klucz, zauważyła, że na przegubie miał na brązowym skórzanym pasku dopasowanym kolorystycznie do opalenizny skomplikowanie wyglądający zegarek.

Otworzył drzwi i wszedł do środka pierwszy. Okno wewnątrz zasłonięte było czarną tekturą, zapalił więc lampę na suficie. Pokój był mniej więcej o połowę mniejszy od jego gabinetu, a cały środek zajmowało coś w rodzaju olbrzymiego stołu. Była to plansza z makietą terenu z zielonymi pagórkami i przecinającą go niebieską wstęgą rzeki, o wielkości mniej więcej trzy na sześć metrów. Znajdowały się na niej drzewa i sterczały ruiny jakichś budynków, a większość terenu zajmowały dwie armie stojące naprzeciwko siebie. W sumie było kilkuset żołnierzy podzielonych na pułki. Figurki miały niewiele ponad dwa centymetry wysokości, natomiast wykonane były z ogromną pieczołowitością.

– Większość z nich sam pomalowałem. Każdemu starałem się nadać jakieś drobne cechy indywidualne, żeby się troszkę między sobą różnili.

– I rozgrywa pan tu bitwy? – spytał Grant, biorąc do ręki armatę. Marr wyraźnie nie dopuszczał intruzów na pole bitwy. Kiwnął głową, dwoma palcami delikatnie wyjął armatę z dłoni Granta i ustawił ją z powrotem na planszy. – Brałem udział w bitwie paintball – powiedział Grant. – Grał pan w to kiedyś?

Marr uśmiechnął się kwaśno.

– Wybraliśmy się kiedyś z całą załogą, ale nie mogę powiedzieć, żebym był zachwycony: strasznie to niechlujne. Ale Johnowi się podobało i nawet się odgraża, że jeszcze tam wrócimy.

– Johnowi, czyli panu Balfourowi – domyśliła się Siobhan.

Półka wisząca na ścianie wypełniona była książkami: część dotyczyła modelarstwa, część poświęcona była opisom słynnych bitew. Inne półki pełne były przezroczystych plastikowych pudełek wypełnionych całymi armiami czekającymi na swą szansę mszenia do boju.

– Zmienia pan czasami rezultaty bitew? – spytała Siobhan.

– Na tym polega cała strategia – wyjaśnił Marr. – Analizuje się, w którym momencie strona pokonana popełniła błąd i próbuje się zmienić bieg historii. – Jego głos znów był pełen pasji.

Siobhan przyjrzała się krawieckiemu manekinowi odzianemu w wojskowy mundur. Wiele innych mundurów – w lepszym lub gorszym stanie – wisiało rozpostartych na ścianach za szkłem jak obrazy. Nigdzie natomiast nie było żadnej broni – tylko żołnierskie ubiory.

– To z wojny krymskiej – wyjaśnił Marr, wskazując na jedną z kurtek oprawioną w oszkloną ramę.

– Czy rozgrywa pan też bitwy przeciwko innym graczom? – wtrącił pytanie Grant.

– Czasami.

– I odwiedzają tu pana?

– Tu nie, nigdy. W garażu przy domu mam znacznie większą makietę.

– To po co panu ta?

Marr uśmiechnął się.

– Zauważyłem, że mnie to odpręża, pomaga myśleć. A czasami udaje mi się na chwilę oderwać od biurka. – Zrobił pauzę i dodał: – Myślicie, że to takie dziecinne hobby?

– Ależ skąd – zapewniła go Siobhan, nie do końca szczerze. Pachniało jej to czymś w rodzaju „zabawki dla dużych chłopców”, znajdując potwierdzenie w zachowaniu Granta, który wpatrywał się w rozstawione armie z dziecinnym zachwytem w oczach. – A grywa pan też jakoś inaczej?

– To znaczy?

Wzruszyła ramionami, jakby chcąc podkreślić, że tak tylko pyta, wyłącznie dla podtrzymania rozmowy.

– Bo ja wiem? Może korespondencyjnie? Słyszałam, że szachiści tak rozgrywają swoje mecze. Albo może przez Internet?

Grant rzucił na nią krótkie spojrzenie, domyślając się do czego zmierza.

– Znam takie witryny internetowe – odparł Marr – tylko że potrzebne jest do tego takie specjalne urządzenie.

– Kamera sieciowa? – podpowiedział Grant.

– O właśnie. I wtedy można grać nawet międzykontynentalnie.

– Ale pan nigdy tego nie robił?

– Nie należę do ludzi szczególnie uzdolnionych technicznie.

Siobhan znów skierowała uwagę na półkę z książkami.

– Słyszał pan kiedyś o Gandalfie?

– O którym Gandalfie? – Siobhan patrzyła na niego w milczeniu. – Bo znam co najmniej dwóch: czarnoksiężnika z Władcy Pierścieni i pewnego dziwaka, który prowadzi sklep z grami na Leith Walk.