– Był pan u niego w sklepie?
– Przez te wszystkie lata kupiłem u niego trochę rzeczy. Ale najczęściej kupuję w firmach wysyłkowych.
– I przez Internet?
Marr kiwnął głową.
– Tak, kilka razy. A właściwie, to kto wam o tym wszystkim powiedział?
– O pańskim zamiłowaniu do gier? – spytał Grant.
– Tak.
– Długo pan czekał z tym pytaniem – zauważyła Siobhan.
Popatrzył na nią ze złością.
– Ale się doczekałem i teraz pytam.
– Nie możemy tego niestety ujawnić.
Wyraźnie ta odpowiedź nie była mu w smak, jednak powstrzymał się od dalszych komentarzy.
– Czy słusznie się domyślam – zapytał – że gra, w którą grała Flipa, w niczym nie przypominała tej tutaj?
– W niczym, proszę pana – odparła Siobhan.
Wyglądało, że Marr odetchnął.
– Wszystko w porządku, panie prezesie? – zapytał Grant.
– Wszystko w porządku. Tylko, że… że to nam wszystkim tak bardzo leży na sercu.
– Nie wątpię – rzekła Siobhan. Potem znów się rozejrzała wokół i dodała: – No cóż, dziękujemy, że pokazał nam pan swoje zabawki. Myślę, że nie będziemy pana już dłużej odrywać od pracy… – Ruszyła ku wyjściu, jednak w pół drogi stanęła. – Pewna jestem, że już gdzieś takiego żołnierzyka widziałam – powiedziała, jakby głośno myśląc. – Czy nie przypadkiem w mieszkaniu Davida Costello?
– O ile pamiętam, dałem mu jednego – potwierdził Marr.
– Czy to właśnie od niego… – Przerwał i pokręcił głową. – Zapomniałem. Nie wolno wam przecież ujawnić…
– Otóż to, panie prezesie – kiwnął głową Hood.
Po wyjściu z budynku Grant zachichotał.
– Nie był zachwycony, kiedy nazwałaś jego wojsko „zabawką” – powiedział.
– Wiem i dlatego to zrobiłam.
– W każdym razie lepiej nie próbuj tu otwierać konta. Pewnie by ci i tak odmówili.
Siobhan uśmiechnęła się.
– A ja ci mówię, że on się zna na Internecie. A skoro bawi się w takie gry, to pewnie ma analityczny umysł.
– Quizmaster?
Zmarszczyła nos.
– Sama nie wiem. Tylko po co miałby to robić? Co by z tego miał?
– Może nic specjalnego. – Grant wzruszył ramionami. – To znaczy nic z wyjątkiem kontrolowania banku Balfour.
– Tak, oczywiście, to możliwe – powiedziała Siobhan i wróciła myślami do żołnierzyka w mieszkaniu Davida Costello. Upominek od Ranalda Marra…? Tylko że Costello stwierdził, że nie ma pojęcia, skąd się u niego wziął ten żołnierzyk z ułamanym muszkietem i skręconą głową. A zaraz potem do niej zadzwonił i opowiedział o hobby Marra…
– A nawiasem mówiąc – dodał Grant – ani o krok nie zbliżyliśmy się do rozwiązania naszej zagadki.
To zmieniło jej tok myślowy. Zwróciła ku niemu głowę i powiedziała:
– Grant, tylko musisz mi coś obiecać.
– Co takiego?
– Obiecaj mi, że nie zjawisz się znów pod moim domem w środku nocy.
– Mowy nie ma – odpowiedział Grant z uśmiechem. – Nasz zegar cały czas tyka, pamiętasz?
Popatrzyła na niego i przypomniało jej się jego zachowanie na szczycie Hart Fell, to, jak się wtedy uczepił jej rąk. Wyglądało, że już się otrząsnął i że cała sprawa – wyścig z czasem i stojące przed nimi wyzwanie – znów go bawi. Może nawet ciut za bardzo.
– Obiecaj – powtórzyła.
– No dobra – powiedział – obiecuję.
A zaraz potem zwrócił ku niej twarz i puścił oko.
Po powrocie do komisariatu Siobhan poszła do toalety i usiadła w kabinie. Dłonie jej lekko drżały. To zdumiewające, że człowiek potrafi być od środka rozdygotany, a jednocześnie nie okazywać tego po sobie. Wiedziała jednak, że jej ciało potrafi uzewnętrzniać emocje na różne inne sposoby: czasami była to pokrzywka na skórze, kiedy indziej trądzik na brodzie i szyi albo egzema pojawiająca się na kciuku i palcu wskazującym lewej ręki.
Rozdygotanie brało się stąd, że trudno jej było skupić się na tym, co ważne. A ważne było to, żeby dobrze wykonywać pracę i nie podpaść Gill Templer, ale wiedziała, że nie jest tak gruboskórna jak Rebus. Ważna była sprawa, którą się zajmowała, i być może ważny był Quizmaster, ale męczyło ją to, że nie była tego pewna. Natomiast pewna była jednego: istniała realna groźba, że ta gra ją wciągnie i stanie się jej obsesją. Próbowała postawić się na miejscu Flipy Balfour i myśleć tak jak ona, jednak nie była pewna, czy i na ile jej się to uda. Do tego wszystkiego dochodził jeszcze Grant, który stawał się coraz bardziej uciążliwy, ale jednocześnie wiedziała, że bez niego nie udałoby się jej dojść tak daleko, więc może trzymanie się go też było ważne. Nie miała nawet pewności, czy Quizmaster jest mężczyzną. Miała za to przeczucie, a jednocześnie wiedziała, że poddawanie się przeczuciom może być niebezpieczne. Wielokrotnie była świadkiem tarapatów, w jakie wpadał Rebus tylko dlatego, że zawierzał swojemu przeczuciu co do czyjejś winy lub niewinności.
Wciąż męczyła ją też sprawa przejścia na stanowisko rzeczniczki prasowej i nie dawała jej spokoju myśl, czy już definitywnie spaliła za sobą mosty. Sukces Gill na tym stanowisku brał się głównie stąd, że potrafiła się przystosować do otaczających ją mężczyzn, takich jak zastępca komendanta Carswell. Pewnie uważała, że w ten sposób wygrywa z systemem, Siobhan podejrzewała jednak, że tak naprawdę było odwrotnie: to system wygrywał z nią, na nowo ją kształtował, zmieniał i wymuszał dostosowywanie się do niego. Stąd brała się konieczność budowania wokół siebie barier i trzymania ludzi na dystans. I dawania innym nauczek, takich, jaka stała się udziałem Ellen Wylie.
Usłyszała najpierw skrzypnięcie drzwi do toalety, a chwilę później delikatne pukanie do jej kabiny.
– Siobhan? Jesteś tam?
Znała ten głos. Należał do jednej z policjantek mundurowych, Dilys Gemmill.
– O co chodzi, Dilys? – spytała.
– Chodzi o naszego drinka wieczorem. Chciałam tylko zapytać, czy to wciąż aktualne?
Był to ich stały zwyczaj. Cztery czy pięć policjantek mundurowych plus Siobhan. Szły do jakiegoś baru z głośną muzyką na plotki i kilka Moskiewskich Mułów. Siobhan była honorowym członkiem grupy, jako jedyna nie mundurowa uczestniczka, którą zapraszały na te spotkania.
– Dziś chyba nie dam rady, Dilys.
– No daj spokój, dziewczyno…
– Następnym razem już na bank, zgoda?
– Twoja decyzja, twoja strata – rzuciła Gemmill, wychodząc z toalety.
– Jeszcze jedna – mruknęła Siobhan pod nosem, odblokowując drzwi toalety.
Rebus stał po drugiej stronie ulicy i patrzył na kościół. Specjalnie wstąpił do domu, aby się przebrać, ale teraz nie mógł się przemóc, by wejść do środka. Podjechała taksówka i wysiadł z niej doktor Curt. Stanął, by zapiąć marynarkę, i zauważył Rebusa. Kościółek był mały, lokalny, taki, jakiego Leary sobie życzył. Podczas ich rozmów wielokrotnie do tego wracał. „Szybko, skromnie i sprawnie – mawiał. – Tylko tak to sobie wyobrażam”.
Choć kościółek był nieduży, przybyły do niego tłumy. Nabożeństwo miał odprawić arcybiskup, który wraz z ojcem Leary uczęszczał niegdyś do Kolegium Szkockiego w Rzymie, a do kościoła przybyło kilkudziesięciu księży i kleryków. Może będzie „sprawnie”, pomyślał Rebus, ale wątpliwe, by mogło się to odbyć „szybko” i „skromnie”…
Curt ruszył przez jezdnię w jego kierunku. Rebus wyrzucił niedopałek i wsunął ręce do kieszeni. Zauważył, że trochę popiołu spadło mu na rękaw, ale nie chciało mu się go czyścić.
– Pogoda jak ulał – zauważył Curt, spoglądając na niebo zakryte ciężkimi ołowianymi chmurami, które wisiały tak nisko nad głowami, że nawet na wolnym powietrzu powodowały uczucie klaustrofobii. Rebus przeciągnął dłonią po tyle głowy i poczuł, że włosy ma wilgotne od potu. W takie dni jak ten czuło się, jakby cały Edynburg był jedną wielką celą otoczoną niewidzialnymi murami.