Przechodząc przez jezdnię, Curt wyciągał sobie mankiety koszuli, tak by odpowiednio wystając, ukazywały srebrne spinki opatrzone wytłoczoną próbą. Miał na sobie ciemnoniebieski garnitur, białą koszulę i gładki czarny krawat. Czarne półbuty aż lśniły. Curt zawsze ubierał się bez zarzutu. Rebus miał świadomość, że jego ubranie, choć najlepsze, jakim dysponował, w porównaniu z tamtym wygląda dość mizernie. Miał go już od pięciu czy sześciu lat i, by dopiąć spodnie, musiał nieźle wciągać brzuch. Marynarki nie próbował już nawet dopinać. Kupił je w sklepie Austin Reed i najwyższa pora, by ich znów odwiedzić. Ostatnio rzadko zdarzały mu się zaproszenia na śluby czy chrzciny, za to z pogrzebami sprawa wyglądała zupełnie inaczej. Koledzy z pracy, kompani od kieliszka… coraz to któryś spadał z grzędy. Nie dalej jak trzy tygodnie temu był w krematorium na pogrzebie policjanta z St Leonard’s, który zmarł niecały rok po przejściu na emeryturę. Wtedy po powrocie odwiesił koszulę i krawat z powrotem do szafy. Dziś przed założeniem sprawdził tylko kołnierzyk u koszuli.
– To co, idziemy? – spytał Curt.
Rebus kiwnął głową.
– Idź, nie czekaj na mnie.
– A co jest?
Rebus potrząsnął głową.
– Nic. Po prostu nie jestem pewien… – Wyjął ręce z kieszeni i zapalił kolejnego papierosa. Wyciągnął paczkę w stronę Curta, który kiwnął głową i wziął jednego.
– Czego nie jesteś pewien? – zapytał, kiedy Rebus podawał ogień. Rebus najpierw długo przypalał swojego papierosa, potem zaciągnął się głęboko i z westchnieniem wypuścił dym.
– Chcę go zapamiętać takim, jaki był dla mnie za życia – powiedział. – Jeśli tam pójdę, to będę musiał wysłuchiwać mów i wspomnień innych. I wtedy to nie będzie już taki Conor, jakiego znałem.
– Z tego, co wiem, kiedyś byliście sobie dość bliscy – rzekł Curt. – Ja go prawie wcale nie znałem.
– Gates też tu będzie?
Curt potrząsnął przecząco głową.
– Miał jakieś wcześniejsze zobowiązania.
– Zrobiliście sekcję?
– Tak. Wylew krwi do mózgu.
Pojawiało się coraz więcej uczestników pogrzebu. Niektórzy przychodzili piechotą, inni podjeżdżali samochodami. Podjechała kolejna taksówka i wysiadł z niej Donald Devlin. Rebusowi wydało się, że pod ciemną marynarką od garnituru dostrzega szary blezer. Devlin raźnym krokiem pokonał schody prowadzące do kościoła i zniknął we wnętrzu.
– Wyszło coś z jego pomocy? – zapytał Curt.
– Czyjej?
Curt kiwnął głową w stronę odjeżdżającej taksówki.
– Naszego emeryta.
– Nie bardzo. Ale zrobił, co było można.
– Czyli tyle, ile zrobiłby Gates albo ja.
– Pewnie tak. – Przypomniał sobie widok Devlina pochylonego nad biurkiem i ślęczącego nad protokołami, a obok Ellen Wylie, starającą się odsuwać od niego jak najdalej. – On kiedyś był żonaty, prawda? – zapytał.
– Tak, jest wdowcem – potwierdził Curt. – Dlaczego pytasz?
– Tak sobie, bez powodu.
Curt spojrzał na zegarek.
– Chyba już trzeba iść. – Zdusił papierosa pod stopą. – No to jak, idziesz?
– Chyba nie.
– A na cmentarz?
– Chyba też dam sobie spokój. – Rebus spojrzał w górę na ciężkie chmury. – Jak mawiają Amerykanie, „inną razą”.
Curt kiwnął głową.
– No to do zobaczenia przy jakiejś innej okazji – powiedział.
– Na przykład następnego zabójstwa – potaknął Rebus, a potem obrócił się i ruszył przed siebie. Przez myśl przesuwały mu się obrazy z kostnicy podczas autopsji. Drewniane klocki do podparcia głowy zmarłego. Rowki w płaszczyźnie stalowego stołu do odprowadzania płynów organicznych. Instrumenty i słoje na organy… A potem przypomniał sobie słoje widziane w Czarnym Muzeum i uczucie potworności zmieszanej z fascynacją. Pewnego dnia, może już niezbyt odległego, jego ciało też się znajdzie na tym stole, a Curt i Gates będą się przy nim szykować do swych codziennych czynności. Bo tym właśnie stanie się wtedy dla nich: obiektem codziennych czynności, równie codziennych jak ta, która dokonuje się teraz w kościele za jego plecami. Miał nadzieję, że choć część nabożeństwa odbędzie się po łacinie. Leary był wielkim miłośnikiem mszy po łacinie i miał zwyczaj recytować Rebusowi fragmenty łacińskiej liturgii, wiedząc, że ten nie rozumie ani słowa.
– No ale przecież w czasach twojej młodości chyba uczono łaciny? – zapytał kiedyś.
– Może w szkołach dla paniczyków – odparł Rebus. – Tam, gdzie ja chodziłem, uczono obróbki drewna i metalu.
– I wychowywano na wyznawców religii przemysłu? – spytał wtedy Leary i zaśmiał się głębokim śmiechem pochodzącym z głębi jego jestestwa. Takie dźwięki chciał pamiętać: głośne cmokanie, gdy uważał, że Rebus mówi coś szczególnie idiotycznego i ostentacyjnie głośne stękanie, kiedy przychodziło mu się podnieść z miejsca, by pójść do lodówki po następne guinessy.
– Och, Conor – powiedział Rebus głośno i opuścił głowę, tak by nikt z przechodniów nie mógł dostrzec zbierających mu się w oczach łez.
Siobhan zadzwoniła do Farmera.
– To miło znów cię usłyszeć, Siobhan.
– Właściwie to dzwonię, żeby poprosić o przysługę, panie komisarzu. Przepraszam, że panu zakłócam wypoczynek i spokój domowy.
– Zapewniam cię, że istnieje coś takiego, jak wypoczynek i spokój domowy w nadmiarze. – Farmer zaśmiał się, by nie miała wątpliwości, że żartuje, jednak w jego głosie brzmiała też nutka smutku.
– Ważne jest, żeby człowiek na emeryturze starał się zachowywać aktywny tryb życia – powiedziała i niemal ugryzła się w język, bo zabrzmiało to jak mądrzenie się psychologa w gazetowej rubryce porad.
– Wszyscy tak mówią. – Znów się roześmiał, a jego śmiech zabrzmiał jeszcze bardziej sztucznie. – Więc, jakie mi nowe hobby proponujesz?
– Nie wiem – powiedziała, nerwowo wiercąc się na krześle. Rozmowa wcale nie rozwijała się tak, jak to sobie zaplanowała. Obok przy jej biurku zasiadł Grant, który przyciągnął sobie fotel od biurka Rebusa. Fotel był dziwnie podobny do dawnego fotela Farmera. – Może golf?
Teraz Grant zmarszczył twarz, zastanawiając się, o czym ona, do diabła, mówi.
– Zawsze byłem zdania, że machanie kijami psuje miły spacer po trawie – odpowiedział Farmer.
– No, spacery też się na pewno panu przydadzą.
– Tak sądzisz? Dzięki wielkie, że mi przypominasz. – Głos Farmera zabrzmiał zgryźliwie, a ona zupełnie nie wiedziała, czym i kiedy go uraziła.
– A co do tej przysługi… – zaczęła.
– No właśnie – przerwał jej – mów szybko, nim wybiegnę na jogging.
– To coś w rodzaju hasła do zagadki.
– Chodzi o krzyżówkę?
– Nie, panie komisarzu. To sprawa, którą się aktualnie zajmujemy. Philippa Balfour miała kilka takich zagadek do rozwiązania, a my staramy się podążać jej śladem.
– I w czym mogę ci być pomocny?
– No więc ta wskazówka, panie komisarzu, brzmi: A corny beginning where the mason’s dream ended. I tak się zastanawiamy, czy słowo mason może się odnosić do członka Loży Masońskiej.
– I ktoś wam powiedział, że ja należę do loży?
Przez chwilę zapadło milczenie.
– Poczekaj, wezmę coś do pisania – powiedział w końcu. Po chwili odezwał się i kazał jej powtórzyć hasło. – Mason przez duże „M”?