Выбрать главу

– Nie, panie komisarzu. A to ma jakieś znaczenie?

– Nie wiem. Ale na ogół członków loży pisze się przez duże M.

– Więc to może po prostu oznaczać kamieniarza?

– Poczekaj, nie spiesz się. Nie powiedziałem, że się mylisz. Po prostu muszę pomyśleć. Możesz mi dać z pół godzinki?

– Naturalnie.

– Jesteś na St Leonard’s?

– Tak jest, panie komisarzu.

– Siobhan, już nie musisz mnie tytułować „panem komisarzem”.

– Jasne… panie komisarzu. – Uśmiechnęła się. – Przepraszam, to jest silniejsze ode mnie.

Wydawało się, że Farmerowi zły humor już minął.

– No to pomyślę trochę nad tym i zadzwonię. Nie zbliżyliście się nic a nic do ustalenia, co się z nią stało, prawda?

– Wszyscy robią co mogą, panie komisarzu.

– Nie wątpię, Siobhan, nie wątpię. A jak Gill sobie radzi?

– Sądzę, że jest w swoim żywiole.

– Ona zajdzie bardzo daleko, Siobahn, wspomnisz moje słowa. Od Gill Templer można się naprawdę dużo nauczyć.

– Tak jest, panie komisarzu. To czekam na telefon.

– Na razie, Siobhan. Odłożyła słuchawkę.

– Będzie myślał – powiedziała do Granta.

– On będzie sobie myślał, a nasz zegar tyka.

– No dobra, mądralo, to posłuchajmy twoich genialnych pomysłów.

Patrzył na nią przez chwilę w zadumie, potem uniósł w górę palec.

– Po pierwsze, moim zdaniem brzmi to, jak fragment jakiegoś tekstu literackiego. Może coś z Szekspira albo coś w tym rodzaju. – W górę powędrował jego drugi palec. – Po drugie, czy słowo corny należy rozumieć w przenośni jako „wieśniacki” albo „ckliwy”, czy też może odnosi się po prostu do miejsca, gdzie rośnie kukurydza.

– Czyli że corny beginning oznaczałoby miejsce, gdzie się zaczęła kukurydza?

Wzruszył ramionami.

– Albo to, że cały cykl życia zaczyna się od ziarna. Słyszałaś kiedyś powiedzenie „zasiać kukurydzę idei”?

Pokręciła przecząco głową, a on uniósł kolejny palec.

– Powiedzmy, że mason jest tu w sensie kamieniarz. Czy na przykład może chodzić o jakąś płytę nagrobną? W końcu tam przecież kończą się wszystkie nasze marzenia. Może chodzi o rzeźbę w kształcie kolby kukurydzy. – Zwinął wyprostowane palce w pięść. – Na razie tyle.

– Jakby to miała być nagrobna płyta, to musielibyśmy wiedzieć, na jakim cmentarzu jej szukać. – Siobhan wzięła kartkę z zapisanym hasłem. – A tu nic takiego nie ma, ani kwadratu na mapie, ani numeru strony…

Grant kiwnął głową.

– Bo to innego typu wskazówka. – Nagle coś jeszcze mu przyszło do głowy. – A może pierwsze słowa w a corny beginning należy czytać razem jako acorny, od słowa acorn, czyli „żołądź”, a więc „żołędziowy”.

Siobhan zmarszczyła twarz.

– No i co nam to daje?

– Dąb… może liście dębowe. Jakiś cmentarz ze słowem „żołądź” albo „dąb” w nazwie.

Siobhan wydęła policzki.

– I gdzie niby mamy szukać tego cmentarza? Może mamy odwiedzić każde miasto i miasteczko w całej Szkocji?

– Tego nie wiem – przyznał Grant, rozcierając sobie skronie. Siobhan rzuciła kartkę na stół.

– Czy mi się zdaje, czy te zagadki stają się coraz trudniejsze? – mruknęła. – A może to mój umysł już wysiada?

– Może po prostu musimy sobie zrobić przerwę – powiedział Grant, moszcząc się na fotelu. – Właściwie to możemy na tym ogłosić fajrant.

Siobhan spojrzała na zegar na ścianie. Grant miał rację, mieli już za sobą pełne dziesięć godzin pracy. Całe przedpołudnie stracili na bezowocną wycieczkę na Hart Fell. Jeszcze czuła w kościach tę wspinaczkę. Przydałaby się teraz długa kąpiel z dodatkiem soli aromatycznych i kieliszkiem zimnego chardonnay… Perspektywa była kusząca, wiedziała jednak, że kiedy obudzi się jutro rano, do upływu terminu rozwiązania zagadki zostanie bardzo mało czasu. Zakładając oczywiście, że Quizmaster będzie chciał egzekwować narzucone przez siebie reguły. Problem polegał na tym, że o tym, czy je będzie egzekwował czy nie, można było się przekonać w jeden tylko sposób: nie wykonując zadania w terminie. Wiązało się to jednak z ryzykiem, którego nie chciała podejmować.

A ta wizyta w banku Balfour… Zastanawiała się, czy ją też należy uznać za stratę czasu. Ten Ranald Marr ze swoimi żołnierzykami… Podpowiedział im to David Costello… i do tego ten uszkodzony żołnierzyk w jego mieszkaniu. Zastanowiła się, czy Costello próbował jej może powiedzieć coś więcej o Ranaldzie Marr. Jeśli tak, to nie wiedziała co. I jeszcze na dokładkę, gdzieś w jej podświadomości tkwiła myśl, że całe to ćwiczenie to jedna wielka strata czasu i że Quizmaster tylko się nimi bawi i owa gra nie ma nic wspólnego ze zniknięciem Flipy… Więc może jednak ten drink z dziewczynami to nie taki głupi pomysł… Kiedy zadzwonił telefon, gwałtownie szarpnęła słuchawkę.

– Posterunkowa Clarke, wydział śledczy – wyrecytowała do mikrofonu.

– Posterunkowa Clarke, tu oficer dyżurny. Ktoś tu przyszedł i mówi, że chce porozmawiać.

– Kto taki?

– Niejaki pan Gandalf. – Dyżurny ściszył głos. – Z wyglądu niezły cudak, jakby dostał udaru słonecznego podczas Lata Miłości w sześćdziesiątym ósmym i od tamtej pory jeszcze nie zdążył dojść do siebie…

Siobhan zeszła na dół. Gandalf ściskał w ręce ciemnobrązowy kapelusz, a na głowie miał przepaskę z zatkniętym za nią wielobarwnym piórem. Ubrany był w brązową skórzaną kamizelkę założoną na tę samą koszulkę z nazwą zespołu Grateful Dead, którą miał w sklepie. Jasnoniebieskie sztruksowe spodnie pamiętały lepsze czasy, podobnie jak sandały na jego stopach.

– Witam – powiedziała Siobhan.

Oczy rozwarły mu się szeroko, jakby jej w pierwszej chwili nie poznał.

– Siobhan Clarke – przedstawiła się, wyciągając rękę. – Poznaliśmy się w pańskim sklepie.

– Tak, tak – zamruczał. Spoglądał na jej wyciągniętą rękę, ale nie kwapił się z podaniem swojej, więc ją w końcu opuściła.

– Co pana sprowadza, panie Gandalf?

– Obiecałem, że popytam o tego Quizmastera.

– Tak, pamiętam – rzekła. – Zechce pan wejść na górę? Spróbuję zorganizować dla nas po filiżance kawy.

Popatrzył na drzwi, z których przed chwilą wyszła i wolno pokręcił głową.

– Nie lubię komisariatów policji – powiedział ponuro. – Czuję tu złe wibracje.

– To mnie nie zaskakuje – skinęła głową. – Woli pan porozmawiać na zewnątrz? – Wyjrzała przez drzwi na ulicę. Trwała godzina szczytu: samochody wlokły się, stykając się niemal zderzakami.

– Tu za rogiem jeden znajomy prowadzi sklep…

– I w nim są dobre wibracje?

– Doskonałe – odparł Gandalf, po raz pierwszy reagując z widocznym ożywieniem.

– A nie będzie o tej porze zamknięty?

Potrząsnął głową.

– Jeszcze otwarty. Sprawdziłem.

– A więc dobrze, tylko niech mi pan da minutkę. – Siobhan podeszła do dyżurnego, który siedząc w samej koszuli za ochronną szybą, obserwował całą scenę. – Mógłbyś zadzwonić na górę do Granta Hooda i powiedzieć mu, że wrócę za dziesięć minut?

Dyżurny kiwnął głową.

– To proszę, idziemy – zwróciła się do Gandalfa – Jak się ten sklep nazywa?

– Namiot Nomadów.

Siobhan znała to miejsce. Był to właściwie bardziej magazyn niż sklep i można w nim było kupić wspaniałe dywany i wyroby sztuki ludowej. Skusiła się tam kiedyś na kilim, bo dywan, którym się zachwyciła, był cenowo poza jej możliwościami. Dużo sprzedawanego tu towaru pochodziło z Indii i Iranu. Weszli do środka i Gandalf przyjaźnie pomachał na powitanie właścicielowi, który mu odmachnął, nie odrywając się od jakichś papierów.