Przejdź poziom Rygory. Może tam się spotkamy.
Przez chwilę zastanawiała się.
Jaki jest cel gry? Kiedy gra się skończy?
Tym razem odpowiedź nie nadeszła. Poczuła, że ktoś stoi za jej plecami. Rebus.
– No i co ci twój kochaś napisał?
– „Mój kochaś”?
– Wygląda na to, że spędzacie ze sobą mnóstwo czasu.
– Taką mam pracę.
– Pewnie masz rację. No więc, co ci napisał?
– Chce, żebym kontynuowała grę.
– Powiedz mu, żeby się odpieprzył. Już go nie potrzebujesz.
– Jesteś tego pewien?
Zadzwonił telefon i Siobhan podniosła słuchawkę.
– Tak… w porządku… oczywiście. – Obejrzała się na Rebusa, ale on odszedł parę kroków dalej. Kiedy skończyła rozmowę, podszedł znów i pytająco uniósł brwi.
– Komisarz Templer – wyjaśniła. – Ponieważ Grant przeszedł teraz do biura prasowego, chce, żebym się zajęła tematem komputerowym.
– To znaczy?
– To znaczy, żebym się dowiedziała, czy jest jakiś sposób na wyśledzenie Quizmastera. Jak myślisz – zacząć od biura kryminalnego?
– Myślę, że ci frajerzy nie wiedzą nawet, jak się pisze słowo „modem”, nie mówiąc już o posługiwaniu się nim.
– Ale za to mają dojście do służb specjalnych.
Skwitował to lekkim wzruszeniem ramion.
– A druga sprawa, jaką mam się zająć, to ponowne rozmowy z rodziną i przyjaciółmi Flipy.
– Dlaczego?
– Bo ja bym nie potrafiła o własnych siłach dojść do poziomu Piekliska.
Rebus pokiwał głową.
– I myślisz, że ona też nie?
– Musiałaby w tym celu znać londyńskie metro, geografię i język szkocki, kaplicę Rosslyn i umieć rozwiązywać hasła krzyżówek.
– Myślisz, że to dla niej za trudne?
– Tak mi się zdaje.
Rebus zamyślił się.
– Kimkolwiek jest ten Quizmaster, on też to wszystko musiał wiedzieć.
– Zgoda.
– I wiedzieć, że Flipa ma przynajmniej szansę na odgadnięcie tych wszystkich zagadek.
– Podejrzewam, że w grze uczestniczyli też inni gracze… może nie teraz razem ze mną, ale kiedy grała Flipa. A to by znaczyło, że musieli walczyć nie tylko z czasem, ale także wzajemnie ze sobą.
– Ale Quizmaster nie chce tego potwierdzić?
– Nie.
– Ciekawe dlaczego?
Siobhan wzruszyła ramionami.
– Pewnie ma swoje powody.
Rebus oparł się o biurko dłońmi zwiniętymi w pięści.
– No to się myliłem. Nadal go jednak potrzebujemy.
Spojrzała na niego zdziwiona.
– My?
Uniósł ręce do góry.
– Chciałem tylko powiedzieć, że jest nadal potrzebny w sprawie.
– To dobrze, bo już mi się zdawało, że próbujesz swoich starych sztuczek.
– To znaczy?
– Podbierania wszystkiego innym i traktowania jak swoje.
– Uchowaj, Boże, Siobhan. – Zawiesił głos. – Tylko, że skoro masz wrócić do rozmów z jej przyjaciółmi…
– No to co…?
– To będzie wśród nich także David Costello.
– Z nim już rozmawialiśmy. Powiedział, że nic na temat gry nie wie.
– Ale masz zamiar i tak z nim porozmawiać, prawda?
Prawie się uśmiechnęła.
– Tak łatwo mnie przejrzeć?
– Nie, tylko że może mógłbym do ciebie dołączyć. Ja też mam do niego jeszcze parę pytań.
– Jakich pytań?
– Pozwól się zaprosić na kawę, a wszystko ci opowiem.
Tego wieczoru John Balfour w towarzystwie przyjaciela rodziny dokonał oficjalnej identyfikacji zwłok córki, Philippy Balfour. Żona czekała na niego na tylnym siedzeniu służbowego jaguara należącego do banku Balfour, za kierownicą którego siedział Ranald Marr. Nie chcąc tkwić w jednym miejscu na parkingu, Marr objechał w koło kilka ulic i zgodnie z sugestią Pryde’a, który czekał na Balfoura, by mu towarzyszyć w smutnej wizycie w kostnicy, wrócił po dwudziestu minutach.
Na miejscu znalazło się też kilku zawziętych reporterów, jednak bez aparatów fotograficznych – szkocka prasa wciąż jeszcze respektowała pewne zasady. Nikt też nie męczył pogrążonej w smutku rodziny pytaniami – reporterom chodziło tylko o uchwycenie ogólnego nastroju towarzyszącego tej smutnej powinności, tak by móc to później opisać w reportażach. Po skończonej identyfikacji Pryde zadzwonił na komórkę Rebusa i poinformował go o wyniku.
– No to po wszystkim – powiedział Rebus na głos po skończonej rozmowie. Siedzieli w czwórkę w barze Oxford: Siobhan, Ellen Wylie, Donald Devlin i on. Grant Hood też był zaproszony, ale wymówił się, tłumacząc, że musi przejść błyskawiczny kurs z dziedziny „kto jest kim” w mediach, tak, by umieć wiązać twarze z nazwiskami. Termin konferencji przesunięto na dziewiątą w nadziei, że do tej pory znane już będą wyniki sekcji zwłok i można będzie wyciągnąć pierwsze wnioski.
– Mój Boże – szepnął Devlin. Wcześniej zdjął marynarkę i wetknął teraz dłonie zwinięte w pięści w kieszenie swego przepastnego blezera. – Taka okropna strata.
– Przepraszam za spóźnienie – rzuciła Jean Burchill, podchodząc do stołu i ściągając z ramion płaszcz. Rebus wstał z miejsca, wziął od niej płaszcz i zapytał, czego się napije.
– Pozwólcie, że to ja postawię kolejkę – zaproponowała Jean, ale on przecząco potrząsnął głową.
– Ja zapraszałem, więc do mnie należy przynajmniej pierwsza rundka.
Zawładnęli całym głównym stołem w tylnej salce baru. W lokalu nie było zbyt tłoczno, a włączony w przeciwległym rogu salki telewizor gwarantował, że nikt ich nie będzie podsłuchiwał.
– Coś w rodzaju narady wojennej? – spytała, kiedy Rebus poszedł do baru po drinka dla niej.
– Albo stypy – poprawiła Wylie.
– Więc to jednak ona, tak? – Za odpowiedź wystarczyło jej ich milczenie.
– Ty się zajmujesz historią czarów i takich innych, prawda? – zapytała Siobhan.
– Historią wierzeń – poprawiła ją Jean. – Ale tak, czary też się w tym mieszczą.
– Chodzi mi o to, że biorąc pod uwagę te trumienki i znalezienie ciała Flipy w miejscu zwanym Pieklisko… sama kiedyś mówiłaś, że to może mieć jakiś związek z odprawianiem czarów.
Jean kiwnęła głową.
– To prawda, nazwa Pieklisko może się właśnie z tego wywodzić.
– Jak również prawdą jest, że trumienki znalezione na Arthur’s Seat też mogły mieć związek z odprawianiem czarów, prawda?
Jean spojrzała na Devlina, który z napięciem przysłuchiwał się rozmowie. Wciąż jeszcze zastanawiała się nad odpowiedzią, kiedy wyręczył ją, mówiąc:
– Bardzo wątpię, by trumienki z Arthur’s Seat miały jakikolwiek związek z praktykowaniem czarów. Ale mimo to pani hipoteza brzmi szalenie interesująco, oznacza bowiem, że niezależnie od tego, za jak bardzo oświeconych się wszyscy uważamy, zawsze jesteśmy gotowi dopuścić istnienie czynnika irracjonalnego, jakiegoś hokus-pokus. – Uśmiechnął się do Siobhan. – Jestem podbudowany tym, że detektyw policyjny może mieć takie zapatrywania.
– Wcale nie powiedziałam, że je mam – obruszyła się Siobhan.
– Czyli co: próbujemy się chwytać brzytwy?
Rebus wrócił ze szklanką wody sodowej z limonką dla Jean i zastał przy stole grobową ciszę.
– No to – zaczęła Wylie niecierpliwie – skoro wszyscy już jesteśmy…
– Skoro wszyscy już jesteśmy… – powtórzył Rebus, unosząc kufel -…to za nasze zdrowie.
Odczekał, aż wszyscy podniosą do ust drinki, dopiero wtedy zrobił to samo. Byli w Szkocji, a w Szkocji toast to rzecz święta, której się nie odmawia.
– A więc – powiedział, odstawiając kufel – mamy do rozwiązania zagadkę morderstwa i na mój własny użytek chciałbym się upewnić, na czym każde z nas stoi.