Выбрать главу

– Czy nie do tego służą oficjalne poranne odprawy?

Spojrzał na Wylie.

– Więc potraktuj to jako nieoficjalną wieczorną odprawę.

– Z gorzałą dla zachęty?

– Zawsze byłem zwolennikiem stosowania zachęt i premii – powiedział i zmusił ją tym do bladego uśmiechu. – Więc tak. Oto, jak moim zdaniem obecnie wyglądamy. Chronologicznie, mamy najpierw zabójstwa dokonane przez Burke’a i Hare’a i wkrótce potem na Arthur’s Seat pojawia się kilkanaście trumienek. – Spojrzał na Jean i dopiero teraz zauważył, że choć na kanapie obok Devlina było wolne miejsce, ona przysunęła sobie krzesło od innego stołu i usiadła obok Siobhan. – Potem, w powiązaniu z tym lub nie, mamy dalsze podobne z wyglądu trumienki pojawiające się w różnych miejscach, w których w tym samym czasie znikają lub ponoszą śmierć kolejne kobiety. Jedna taka trumienka pojawia się ostatnio w Kaskadach, tuż po zniknięciu Philippy Balfour. Następnie znajdujemy jej zwłoki na Arthur’s Seat, tam, gdzie znaleziono pierwsze trumienki.

– Czyli kawał drogi od Kaskad – wtrąciła Siobhan. – Chodzi mi o to, że wszystkie poprzednie trumny znajdowano w pobliżu miejsc zdarzeń, prawda?

– Oraz że trumna z Kaskad różni się od pozostałych – dodała Wylie.

– Ja nie twierdzę, że jest inaczej – powiedział Rebus. – Ja tylko próbuję ustalić, czy jestem w tym towarzystwie jedyny, który dostrzega w tym wszystkim jakąś prawidłowość.

Spojrzeli po sobie, ale nikt się nie odezwał. Dopiero po chwili Wylie, obracając w palcach szklankę z Krwawą Mary, przypomniała o niemieckim studencie.

– Zajmuje się grami z dziedziny Dungeons amp; Dragons, bierze udział w grach fabularnych typu RPG i znajduje śmierć na szkockim pogórzu.

– Właśnie.

– Tyle – dodała Wylie – że trudno to dopasować do tych wszystkich zniknięć i utonięć.

Devlin sprawiał wrażenie przekonanego.

– Jak również i to – dodał – że te utonięcia, wtedy gdy się wydarzyły, u nikogo nie wzbudziły żadnych podejrzeń, a moje analizy wszystkich dostępnych mi danych zdają się to potwierdzać. – Wyjął dłonie z kieszeni blezera i położył je na wyświeconych kolanach swych workowatych szarych spodni.

– W porządku – odezwał się Rebus. – Czyli wynika z tego, że jestem jedyny, który choć trochę w to wierzy, czy tak?

Tym razem nawet Wylie się nie odezwała. Rebus pociągnął kolejny długi łyk piwa.

– No cóż – powiedział – zatem dziękuję za okazanie mi zaufania.

– Posłuchaj – odezwała się Wylie, kładąc dłonie na stole – a właściwie, to po co nas tu zebrałeś? Chcesz z nas zrobić jeden zespół?

– Twierdzę jedynie, że te wszystkie kawałki mogą się w końcu okazać częściami jednej większej całości.

– Zaczynając od Burke’a i Hare’a, a kończąc na poszukiwaniu skarbów pod wodzą Quizmastera?

– Otóż to. – Jednak zachowanie Rebusa świadczyło, że sam ma coraz większe wątpliwości. – Chryste, sam już nie wiem… – Przeczesał sobie włosy palcami.

– No cóż, dzięki za drinka… – Szklanka Ellen była pusta, a ona podniosła torebkę i zaczęła się szykować do odejścia.

– Ellen…

Spojrzała na niego.

– Jutro mam ważny dzień, John. Pierwszy dzień prawdziwego śledztwa w sprawie morderstwa.

– Do czasu ogłoszenia wyników sekcji przez patologa nie może być jeszcze mowy o morderstwie – przypomniał jej Devlin. Wyglądało, jakby chciała mu coś odpowiedzieć, potem jednak zrezygnowała i obdarzyła go tylko lodowato zimnym uśmiechem. Następnie przecisnęła się między krzesłami, rzuciła ogólne „do widzenia” i wyszła.

– Jest coś, co to wszystko łączy – rzekł Rebus półgłosem, prawie do siebie. – Nie mam zielonego pojęcia co, ale coś jest…

– Może być niedobrze – oświadczył Devlin – kiedy człowiek zaczyna, jak mawiają nasi kuzyni zza wielkiej wody, czymś się obsesjonować. I to niedobrze dla niego, jak i dla sprawy.

Rebus spróbował powtórzyć uśmiech, jaki wcześniej zademonstrowała Ellen Wylie.

– Teraz chyba pora na pańską kolejkę – powiedział.

Devlin rzucił okiem na zegarek.

– Jeśli o mnie chodzi, to nie będę mógł niestety dłużej wam towarzyszyć. – Wydawało się, że wstawanie od stołu sprawia mu poważną trudność. – Pewnie żadna z młodych dam nie zechce mnie podwieźć?

– Mieszka pan po drodze do mnie – powiedziała Siobhan.

Wrażenie, że wszyscy go opuszczają, zostało nieco złagodzone, gdy zauważył, że Siobhan rzuca porozumiewawcze spojrzenie w stronę Jean. Po prostu nie chce im przeszkadzać i zostawia ich samych, nic więcej.

– Ale zanim pójdę, to postawię jeszcze kolejkę – dodała Siobhan.

– To już może innym razem – odparł Rebus i puścił do niej oko. Po ich odejściu siedzieli przez chwilę w milczeniu, a gdy Rebus właśnie otwierał usta, by się odezwać, nagle przy stole znów pojawił się Devlin.

– Czy mam rozumieć, że moja przydatność w sprawie już się skończyła? – zapytał, a Rebus kiwnął głową. – Czy w związku z tym wszystkie akta zostaną odesłane z powrotem do miejsc pochodzenia?

– Poinstruuję sierżant Wylie, by jutro z samego rana się tym zajęła – odparł Rebus.

– Zatem serdeczne dzięki. – Uśmiech Devlina skierowany był do Jean. – Było mi bardzo miło panią poznać.

– Mnie również – odparła.

– Może kiedyś odwiedzę panią w muzeum. Mam nadzieję, że zechce mnie pani zaszczycić i posłużyć za przewodniczkę…

– Z przyjemnością.

Devlin uroczyście skłonił głowę i ponownie ruszył w kierunku schodków.

– Mam nadzieję, że tego nie zrobi – mruknęła pod nosem, kiedy był już wystarczająco daleko.

– Dlaczego?

– Na jego widok dostaję dreszczy.

Rebus spojrzał na oddalającą się sylwetkę patologa, jakby ten ostatni rzut oka mógł mu to potwierdzić.

– Nie pierwsza to mówisz – powiedział i zwracając ku niej głowę, dodał: – Ale nic się nie martw. Ze mną jesteś najzupełniej bezpieczna.

– Och, mam nadzieję, że nie – odparła i rzuciła mu spojrzenie znad szklanki.

Leżeli już w łóżku, kiedy nadeszła wiadomość. Rebus odebrał telefon, siedząc nagi na krawędzi materaca i z niepokojem myśląc o tym, jaki widok przedstawia sobą dla Jean. Dwie zbędne opony w pasie, a na karku i ramionach więcej tłuszczu niż mięśni. Jedyną pociechą było to, że od przodu widok byłby jeszcze gorszy…

– Uduszona – poinformował ją, wślizgując się z powrotem pod kołdrę.

– Czyli długo się nie męczyła?

– Zdecydowanie. Jest wyraźne zasinienie tuż obok arterii szyjnej. Najprawdopodobniej najpierw pozbawił ją przytomności, a potem udusił.

– Dlaczego w taki sposób?

– Bo łatwiej jest zabić kogoś, kto jest bezwładny. Nie stawia oporu.

– Jesteś w tych sprawach prawdziwym ekspertem, co? Zdarzyło ci się kiedyś kogoś zabić, John?

– Nie tak, by to zauważyć.

– To wykręt, prawda?

Spojrzał na nią i powoli kiwnął głową, a ona pochyliła się i pocałowała go w ramię.

– Nie chcesz o tym rozmawiać. Ale ja to rozumiem.

Objął ją ramieniem i ucałował jej włosy. W sypialni stało lustro, jedno z tych wielkich, sięgających do samej podłogi i pozwalających na obejrzenie się od stóp do głowy. Stało odwrócone tyłem do łóżka, a Rebus już się wcześniej zastanawiał, czy stoi tak celowo, czy przypadkowo, nie miał jednak zamiaru o to pytać.

– W którym miejscu jest ta arteria szyjna? – zapytała.

Przytknął palec do swojej szyi.

– Jak w tym miejscu naciśniesz, to ofiara w ciągu paru sekund traci przytomność. Nazywają ją też kariotydą.