Obmacywała sobie szyję tak długo, aż ją znalazła.
– Interesujące – powiedziała. – Czy poza mną wszyscy o tym wiedzą?
– Wiedzą o czym?
– Gdzie jest i co może spowodować?
– Nie, myślę że chyba nie. A do czego zmierzasz?
– No bo ten, który to zrobił, musiał wiedzieć.
– Wszyscy gliniarze to wiedzą – przyznał. – Ze względów oczywistych w dzisiejszych czasach nie wykorzystuje się tej wiedzy zbyt często. Ale kiedyś w ten sposób można było obezwładnić niesfornego więźnia. Nazywaliśmy to „chwytem śmierci Vulcana”.
– Jakim chwytem? – spytała z uśmiechem.
– No wiesz, pan Spock ze Star Trek. – Uszczypnął ją w łopatkę, a ona wywinęła się, klepnęła go w piersi i pozostawiła tam dłoń. A Rebus wrócił pamięcią do czasów szkolenia w wojsku i tego, jak go wtedy uczono technik ataku, łącznie z uciskiem arterii szyjnej.
– A lekarze też o tym wiedzą? – spytała.
– Myślę, że każdy, kto przeszedł jakiekolwiek przeszkolenie medyczne, musiał się z tym zetknąć.
Wyglądała na zamyśloną.
– A bo co? – zapytał w końcu.
– Bo coś mi się przypomniało z artykułu w gazecie. Czy jednym z przyjaciół Philippy, jednym z tych, z którymi miała się wtedy spotkać w barze, nie był czasem student medycyny…?
10
Nazywał się Albert Winfield i przez przyjaciół był nazywany „Albie”. Wydawał się zaskoczony tym, że policja raz jeszcze chce z nim rozmawiać, jednak zjawił się na St Leonard’s następnego dnia rano punktualnie o umówionej godzinie. Rebus i Siobhan przetrzymali go najpierw przez pełne piętnaście minut na dole, potem zadbali, by do sali przesłuchań doprowadzili go dwaj gburowaci policjanci w mundurach, po czym kazali mu tam czekać przez kolejny kwadrans. Przed wejściem do sali Siobhan i Rebus popatrzyli na siebie porozumiewawczo, po czym Rebus z hukiem otworzył drzwi.
– Dziękuję, że nas pan raczył odwiedzić, panie Winfield – warknął.
Młody człowiek niemal zerwał się na równe nogi. Okno było zamknięte na głucho i w salce panowała duchota. Przy niewielkim stoliku ustawiono trzy krzesła – dwa po jednej stronie, trzecie po drugiej. Winfield usiadł na pojedynczym krześle i wlepił wzrok w dwa puste krzesła. Stolik stał pod ścianą, na której tuż nad nim przymocowano na stałe magnetofon i magnetowid. Jacyś delikwenci brani na męki przy tym stoliku próbowali widać zabić nudę, wyżynając w blacie swe ksywy: Szmaja, Jazz i Bombiarz. Na ścianie wisiała pomazana długopisem tabliczka ZAKAZ PALENIA, a w rogu pod sufitem umieszczono kamerę wideo i skierowano na przesłuchiwanego, w razie gdyby trzeba było coś uwiecznić na taśmie wideo.
Rebus starał się narobić jak najwięcej hałasu i przysuwając krzesła do stolika, głośno szurał ich nóżkami. Potem na stół rzucił z impetem gruby segregator na akta, na którym nie było żadnych nazwisk. Winfield siedział jak skamieniały. Nie mógł oczywiście wiedzieć, że w segregatorze znajdują się jedynie czyste kartki papieru, wyjęte na tę okazję z pojemnika jednej z kopiarek.
Rebus położył dłoń na segregatorze i spojrzał na Winfielda.
– Musiał to być dla pana straszny szok – odezwał się głosem cichym i pełnym zjadliwości. Siobhan przysiadła się do swego groźnego kolegi.
– Przy okazji, jestem śledcza Clarke. A to jest inspektor Rebus.
– Co? – bąknął młody człowiek. Całe czoło miał pokryte kropelkami potu. Krótkie ciemne włosy miał wysoko podgolone na bokach, a na brodzie widać było wypryski młodzieńczego trądziku.
– Wiadomość o śmierci Flipy – przejęła pałeczkę Siobhan. – Musiał to być dla pana okropny szok.
– Ta-ak… oczywiście. – Mówił z akcentem angielskim, choć Rebus wiedział, że jest Szkotem, tyle że uczęszczanie do prywatnych szkół po angielskiej stronie granicy wypleniło z niego szkockie naleciałości. Jego ojciec był biznesmenem, który dopiero trzy lata temu powrócił z Hongkongu. Matka Albiego po rozwodzie z mężem zamieszkała w Pertshire.
– Zatem znał pan ją dobrze?
– Chyba tak. – Winfield nie spuszczał wzroku z Siobhan. – Znaczy, właściwie to była przyjaciółka Camille.
– A Camille to twoja dziewczyna, tak? – spytała Siobhan.
– Jakaś obca, co? – mruknął niechętnie Rebus.
– Nie… – Rzucił spłoszone spojrzenie na Rebusa, ale zaraz odwrócił wzrok. – Nie, pochodzi ze Staffordshire.
– No też mówię, że obca.
Siobhan rzuciła na Rebusa ostrzegawcze spojrzenie, by nie przeszarżował.
Kiedy Winfield wbił wzrok w stolik, Rebus uspokajająco do niej mrugnął.
– Trochę tu gorąco, Albert, co? – Siobhan zawiesiła głos.
– Pozwolisz, że będę ci mówiła po imieniu?
– Tak… jasne, proszę. – Znów na nią zerknął, ale ile razy na nią spoglądał, jego wzrok nieodmiennie ześlizgiwał się na jej sąsiada.
– Chcesz, żeby otworzyć okno?
– Tak, bardzo proszę.
Siobhan spojrzała na Rebusa, który wstał, pamiętając, by narobić przy tym jak najwięcej hałasu. Okna były wąskie i umieszczone dość wysoko. Rebus wspiął się na palce i uchylił na kilka centymetrów jedno z nich. Powiał lekki wietrzyk.
– Teraz lepiej? – spytała Siobhan.
– Tak, dziękuję.
Rebus stał po lewej stronie Winfielda. Założył ręce na piersiach i oparł się o ścianę bezpośrednio pod kamerą wideo.
– Mamy tylko kilka uzupełniających pytań – odezwała się Siobhan.
– Jasne, oczywiście. – Winfield z zapałem pokiwał głową.
– A zatem powiadasz, że nie znałeś Flipy aż tak dobrze?
– Spotykaliśmy się razem… znaczy, w jednej grupie. Czasami na jakiejś kolacji…
– U niej w domu?
– Parę razy. U mnie też.
– Mieszkasz gdzieś w pobliżu ogrodu botanicznego?
– Tak jest.
– Elegancka dzielnica.
– To mieszkanie mojego ojca.
– I on tam mieszka?
– Nie, on teraz… To znaczy, on to kupił dla mnie.
Siobhan rzuciła spojrzenie na Rebusa.
– Niektórym to dobrze – burknął, wciąż stojąc z założonymi rękami.
– Nie moja wina, że ojciec ma pieniądze – odparł płaczliwie Winfield.
– Oczywiście, że nie – uspokoiła go Siobhan.
– A co z chłopakiem Flipy? – zapytał Rebus.
Winfield wbił wzrok w buty Rebusa.
– Z Davidem? To znaczy co?
Rebus pochylił się i pomachał ręką w stronę chłopaka.
– Jestem tu wyżej, synu. – Wyprostował się, a Winfield rzucił na niego spojrzenie, które nie trwało dłużej niż trzy sekundy. – Pytam tylko, czy może jego uważasz za przyjaciela? – zapytał Rebus.
– To jest trochę krępujące… znaczy, było trochę krępujące. Bo oni się bez przerwy rozstawali i znów schodzili…
– A ty brałeś stronę Flipy? – domyśliła się Siobhan.
– Musiałem, ze względu na Camille, no i w ogóle…
– Powiadasz, że się bez przerwy rozstawali. A czyja to była wina?
– Myślę po prostu, że oni do siebie nie pasowali charakterami… Wie pani, mówią, że przeciwieństwa się przyciągają. No więc czasami bywa też odwrotnie.
– Niestety, panie Winfield, nie miałem szczęścia studiować na uniwersytecie – wtrącił Rebus – więc może zechce mi pan to objaśnić dokładniej.
– Chodzi mi o to, że pod bardzo wieloma względami byli do siebie podobni, a to powodowało, że ich związek nie należał do łatwych.
– Dużo się kłócili?
– Bardziej polegało to na tym, że żadne nie chciało odpuścić. Zawsze musiał być zwycięzca i pokonany, nic pośrodku.
– A te ich sprzeczki doprowadzały czasem do ostrzejszych scysji?
– Nie.
– Ale przecież z Davida jest nerwus, nie? – nie ustępował Rebus.