– A to mój ulubiony obraz – oświadczył Devlin.
W otoczeniu wszystkich brutalnych i krwawych scen obraz był jak oaza spokoju i przedstawiał portret młodego, uśmiechniętego mężczyzny. Rebus przeczytał podpis:
– Doktor Kennet Lovell, luty, tysiąc osiemset dwadzieścia dziewięć.
– Lovell był jednym z anatomów, którym powierzono sekcję zwłok Williama Burke’a. Prawdopodobnie to on właśnie stwierdził zgon Burke’a po zdjęciu go z szubienicy. Portret namalowano niecały miesiąc później.
– Wygląda na całkiem zadowolonego ze swego losu – zauważył Rebus.
Oczy Devlina rozbłysły.
– Prawda? Kennet był też przy okazji rzemieślnikiem. Zajmował się stolarką, podobnie jak diakon William Brodie, o którym na pewno pan słyszał.
– Dżentelmen za dnia, włamywacz nocą – kiwnął głową Rebus.
– I być może pierwowzór dla Dr Jekylla i Mr Hyde’a Stevensona. Jako dziecko, Stevenson miał w swoim pokoju szafę wykonaną przez Williama Brodiego…
Rebus uważnie przyjrzał się portretowi. Lovell miał głęboko osadzone, ciemne oczy, dołek w brodzie i obfite czarne pukle na głowie. Rebus był pewien, że malarz jak zwykle upiększył nieco swego modela i pewnie odjął mu trochę lat i kilogramów. Ale biorąc nawet tę poprawkę, należało stwierdzić, że był to przystojny mężczyzna.
– Ciekawa sprawa z tą panną Balfour – powiedział Devlin, a ta nagła zmiana tematu nieco Rebusa zaskoczyła. Spojrzał na starego profesora, który przestał już sapać i stał ze wzrokiem wbitym w portret.
– Co mianowicie? – spytał.
– No, te trumny znalezione na Arthur’s Seat… i to, jak prasa znów tę sprawę odgrzała. – Odwrócił głowę i spojrzał na Rebusa. – Jedna z teorii głosi, że upamiętniają ofiary Burke’a i Hare’a…
– Tak, wiem.
– A teraz ta następna trumna wydaje się upamiętniać pannę Balfour.
Rebus przeniósł wzrok na portret.
– Lovell robił coś z drewna?
– Na przykład stół w mojej jadalni. – Devlin się uśmiechnął. – To jego dzieło.
– I dlatego pan go kupił?
– To taka mała pamiątka z lat, kiedy rodziła się patologia. Historia medycyny, inspektorze, to historia Edynburga. – Pociągnął lekko nosem i westchnął. – Wie pan, czasami mi tego brakuje.
– Mnie by tam chyba nie brakowało.
Odwrócili się od portretu i ruszyli dalej.
– Na swój sposób czułem się uprzywilejowany – mówił Devlin. – Wieczna fascynacja i zdumienie tym, co ta cielesna powłoka potrafi w sobie kryć. – Dla lepszego efektu klepnął się w klatkę piersiową, a Rebus uznał, że nie ma nic do powiedzenia. Jego zdaniem ciało to ciało, i tyle. Kiedy ciało umiera, wszystko, co w nim było ciekawego, umiera razem z nim. Był nawet gotów powiedzieć to głośno, jednak wiedział, że nie ma szans w dyskusji z profesorem.
Wrócili do głównego holu i Devlin powiedział:
– Inspektorze, naprawdę myślę, że powinien pan się tu zjawić wieczorem. Ma pan jeszcze mnóstwo czasu, żeby wpaść do domu i się przebrać.
– Nie sądzę – odpowiedział Rebus. – Wszyscy i tak tu będą tylko rozmawiać o sprawach zawodowych, sam pan mówił. – A przebrać się nie mam w co, dodał w duchu, bo nie dysponuję smokingiem, nie mówiąc już o całej reszcie.
– Myślę, że spodobałoby się panu – nalegał Devlin. – Szczególnie w nawiązaniu do naszej rozmowy.
– W jakim sensie? – spytał Rebus.
– Na bankiecie przemawiać będzie ksiądz katolicki. Ma mówić o dychotomii ciała i ducha.
– Sam temat wystarczy, żebym się poczuł zagubiony.
Devlin uśmiechnął się pobłażliwie.
– Sądzę, inspektorze, że pan umyślnie udaje mniej rozgarniętego niż pan jest w rzeczywistości. Pewnie w pańskiej pracy się to przydaje.
Rebus ograniczył się do wzruszenia ramionami.
– A ten mówca – spytał – to nie przypadkiem ojciec Conor Leary?
Devlin spojrzał na niego zaskoczony.
– Zna go pan? To tym bardziej powinien pan do nas dołączyć.
– No, może na jednego drinka przed kolacją – stwierdził Rebus, kiwając głową w zamyśleniu.
Po powrocie na St Leonard’s dostrzegł naburmuszoną minę Ellen Wylie.
– Zdaje się, że twoje rozumienie słowa „przerwa” trochę się różni od mojego – powiedziała zaczepnie.
– Natknąłem się na kogoś – wyjaśnił.
Wylie nie ciągnęła dalej tematu, ale widział, że jest zła. Twarz jej zastygła i sprawiała wrażenie, że sięgając po słuchawkę, robi to z wściekłością. Wyraźnie oczekiwała od niego czegoś więcej: przeprosin, a może też pochwały za jej pilność. Odczekał jeszcze chwilę, a kiedy znów z furią natarła na telefon, zapytał:
– Czy to przez tę konferencję prasową?
– Co takiego? – rzuciła słuchawkę na aparat.
– Ellen – powiedział – nie chodzi o to, że…
– Tylko, kurwa, nie waż się mnie pouczać!
Uniósł ręce w geście poddania.
– Okej, zatem koniec ze stosunkami familiarnymi. Żałuję, sierżant Wylie, że zostało to przez was odebrane jako pouczanie.
Patrzyła na niego wściekłym wzrokiem, potem wyraz jej twarzy raptownie złagodniał. Zmusiła się do cienia uśmiechu i roztarta sobie oba policzki.
– Przepraszam – powiedziała.
– I ja też. – Spojrzała na niego pytająco. – Za to, że mnie tak długo nie było. Powinienem zadzwonić. – Wzruszył ramionami. – Ale za to poznałaś moją straszną tajemnicę.
– To znaczy?
– Żeby zmusić Johna Rebusa do przeprosin, trzeba najpierw pastwić się nad telefonem.
Tym razem głośno się roześmiała. Choć nie był to śmiech płynący z głębi serca i pobrzmiewały w nim tony histeryczne, pozwolił jej dojść do siebie. Oboje znów zajęli się pracą.
Na koniec dnia przyszło im uznać, że właściwie nie osiągnęli niczego. Starając się ją pocieszyć, powiedział, by się nie martwiła, bo z góry było wiadomo, że początki będą trudne. Nakładając płaszcz, spytała, czy wybiera się może gdzieś na drinka.
– Jestem już umówiony – pokręcił głową. – Może kiedy indziej.
– Jasne – powiedziała, jednak z tonu wynikało, że nie bardzo w to wierzy.
Wstąpił samotnie na drinka, ale tylko jednego z uwagi na późniejszą wizytę w Domu Lekarza. Zamówił whisky Laphroaig z kropelką wody, by odrobinę stępić jej ostrość. Wybrał pub, którego Wylie nie mogła znać. Nie miał ochoty na nią wpaść, po tym jak jej odmówił, a zdobyć się na szczerą rozmowę o konferencji prasowej mógłby dopiero po znieczuleniu się kilkoma solidnymi drinkami. Chciał jej powiedzieć, że się myli i że jedna nieudana konferencja prasowa nie oznacza końca kariery. Gill Templer na pewno czuje się zawiedziona, to oczywiste, ale jednocześnie nie jest przecież osobą głupią i mściwą, by rozpoczynać wojnę. Wylie była dobrą policjantką i inteligentnym pracownikiem wydziału śledczego. Jeszcze trafi jej się inna szansa. Gdyby teraz Templer chciała się na niej odegrać, odbiłoby się to rykoszetem na niej samej.
– Jeszcze jedną? – spytał barman.
Rebus spojrzał na zegarek.
– Dobra, niech będzie.
Ten rodzaj baru bardzo mu odpowiadał. Niewielki, anonimowy i schowany na uboczu. Na zewnątrz nie było nawet szyldu, ani niczego, co mogłoby go dekonspirować. Mieścił się w bocznej uliczce, tam gdzie trafiali tylko wtajemniczeni. W rogu siedziało dwóch stałych bywalców w podeszłym wieku, obaj sztywno wyprostowani i hipnotycznie wpatrzeni w przeciwległą ścianę. Dialog między nimi był oszczędny i prowadzony chrapliwym, gardłowym głosem. Fonia w telewizorze została wyłączona, ale barman i tak wpatrywał się w ekran. Nadawano jakiś amerykański film dziejący się na sali sądowej, a jego bohaterowie miotali się po pomalowanej na szaro sali rozpraw. Od czasu do czasu pokazywano zbliżenie na twarz kobiety, która miała grać bardzo przejętą. Najwyraźniej była niepewna swej mimiki, bo co chwilę dramatycznym ruchem załamywała ręce. Rebus dał barmanowi pieniądze i przelał resztkę z pierwszej szklanki do drugiej, skrupulatnie wytrząsając zawartość do ostatniej kropli. Jeden ze starych bywalców najpierw zakasłał, potem pociągnął nosem. Jego kompan coś powiedział, a on milcząco przytaknął głową.
– O co w tym chodzi? – Rebus nie mógł się powstrzymać, by nie zapytać.
– Co?
– W tym filmie, o co tam chodzi?