Выбрать главу

- Co za zamęt! - westchnęła. - Przez szaleństwo tego człowieka, którego musiałam poślubić, o mało nie straciłam życia, a teraz oboje nie mamy dachu nad głową, jesteśmy jak wyjęci spod prawa. Gdyby nie Ermengarda, znalazłabym się z pewnością na ulicy, wytykano by mnie palcami, nie odważyłabym się odwiedzić matki, aby jej nie narazić na niebezpieczeństwo. I z jakiego powodu to wszystko?

- A z takiego, że Allach wlał do krwi i rozumu człowieka najgorsze z szaleństw: miłość - odpowiedział spokojnie medyk, patrząc uparcie na koniuszki swoich palców, które zaplatał i rozplatał na przemian.

Katarzyna odwróciła się do niego gwałtownie.

- Miłość? Komu chcesz udowodnić, że Garin mnie kochał?

- Tobie, pod warunkiem że się trochę zastanowisz. Twój mąż to człowiek wielkiej inteligencji. Człowiek tej miary nie zamienia się w dzikie zwierzę bez ważnego powodu. Wiedział, że ryzykuje życiem, majątkiem, reputacją, tym wszystkim, co stracił lub utraci. Pomimo to popełnił tyle szaleństw. Czyż ich powodem nie musiały być miłość i zazdrość?

- Gdyby Garin mnie kochał - rzuciła Katarzyna ze złością - byłby uczynił mnie swoją żoną ciałem i duszą. On zaś nigdy nawet nie zbliżył się do mnie, więcej, odepchnął mnie.

- I tego nie możesz mu wybaczyć. Na Mahometa! Jesteś bardziej kobietą, niż sądziłem. Oddałaś się bez miłości jednemu, zarzucasz drugiemu, że cię nie wziął... a tymczasem kochasz trzeciego! Uczony miał wielką rację, twierdząc, że więcej jest rozumu w locie ślepego ptaka niż w umyśle kobiety! - rzekł Maur z goryczą.

Katarzynę niemile dotknęła nuta pogardy w głosie Abu. Jej oczy napełniły się łzami gniewu.

- To nie tego nie mogę mu wybaczyć - krzyknęła - lecz jego odpychającej postawy wobec mnie! Rzucił mnie w ramiona swojego władcy, a potem chciał poniżyć, zniszczyć! Tego nie mogę zrozumieć! Czy ty, który masz uniwersalną wiedzę, możesz mi wytłumaczyć, jaki był powód mojego białego małżeństwa... z mężczyzną, który przecież mnie pożądał! Miałam tego dowody!

Abu-al-Khayr potrząsnął głową i zmarszczył czoło.

- Jaki uczony zgłębi tajemnice serca mężczyzny? - odparł, czyniąc gest bezsilności. - Jeśli pragniesz dowiedzieć się, co się kryje w głębi duszy twojego męża, jaką tajemnicę zabierze ze sobą do grobu, dlaczego sama go o to nie zapytasz? Jego więzienie znajduje się niedaleko. Słyszałem, że strażnik, niejaki Rudzielec, jest wprawdzie twardym człowiekiem, ale można mu przemówić do rozsądku dzięki pełnej sakiewce.

Katarzyna nie odezwała się, wróciła do kominka i wpatrywała się w drgające płomienie. Myśl o spotkaniu z Garinem napawała ją przerażeniem.

Obawiała się, że nie potrafi zachować zimnej krwi, że nie powstrzyma wybuchu gniewu i nienawiści. A jednak medykowi nie można było odmówić racji. Jedynym sposobem na to, aby poznać sekret Garina - jeśli taki miał i jeśli jego czyny nie wynikały ze zwykłego szaleństwa - było zapytanie go o tę tajemnicę. Ale najpierw Katarzyna musiała pokonać odrazę i było to jej zmartwieniem; nikt nie mógł jej w tym pomóc.

* * *

Tydzień później w klasztorze Sainte-Chapelle zebrał się sąd wicehrabiego wraz z ławnikami. Urzędnicy miejscy obradowali tutaj chętniej niż w Domu pod Małpą, gdzie bliskość ponurych więzień czyniła przebywanie nieznośnym i niedogodnym dla medytacji. Do tego przypadek, który mieli rozsądzić, wymagał obrad przy drzwiach zamkniętych, czego nie można było zapewnić w małej salce rady miejskiej.

Proces Garina nie trwał długo. Raptem jeden dzień. Garin przyznał się do wszystkiego, o co go oskarżano, i nawet nie próbował się bronić.

Katarzyna odmówiła stawienia się. Pomimo głębokiej urazy do męża nie chciała stać się jego oskarżycielką. Ermengarda przyznała jej rację.

- Skarzą go i bez ciebie, moja droga! - zapewniała. Tego samego dnia wieczorem przybył Jakub de Roussay, aby powiadomić Katarzynę o wyroku.

Garin de Brazey został skazany na powieszenie - pomimo swojego szlachectwa - za świętokradztwo, które popełnił, napadając na opactwo. Przed egzekucją miał być torturowany, a następnie przewieziony w plecionce do Morimont i tam powieszony. Jego dobra miały zostać skonfiskowane, a dom i zamek zrównane z ziemią...

Zapanowała głęboka cisza, Katarzyna stała nieruchomo, podobna do posągu. W wielkiej sali słychać było tylko trzaskanie ognia.

- Kiedy zostanie powieszony? - spytała bezbarwnym głosem.

- Jutro, koło południa...

Ponieważ obie kobiety uparcie milczały, Jakub de Roussay ukłonił się głęboko i wyszedł. Gdy umilkł odgłos jego ostróg, Ermengarda zbliżyła się do Katarzyny, stojącej nadal nieruchomo.

- O czym tak rozmyślasz? Powiedz, co cię dręczy? Młoda kobieta spojrzała na hrabinę, która w jej wzroku wyczytała jakieś mocne postanowienie.

- Muszę się z nim zobaczyć, Ermengardo! Muszę... zanim...

- Uważasz, że to konieczne?

- Dla niego nie, lecz dla mnie tak! - odpowiedziała Katarzyna gwałtownie. - Chcę wiedzieć! Chcę zrozumieć! Nie pozwolę mu tak zniknąć z mego życia, dopóki się nie dowiem, dlaczego to wszystko. Pójdę do więzienia. Strażnika można przekupić.

- Idę z tobą!

- Wolałabym pójść sama. Już dosyć narażałaś się dla mnie, droga przyjaciółko! Sara odprowadzi mnie i zaczeka przed bramą.

- Jak chcesz! - odparła hrabina, wzruszając ramionami. Podeszła do kuferka, wyjęła z niego pękatą, skórzaną sakiewkę i wręczyła ją Katarzynie.

- Weź to! Szkoda by było, abyś marnowała swoje klejnoty. To jedyny twój posag. Zwrócisz mi dług później!

Katarzyna bez fałszywego wstydu wzięła sakiewkę, wsunęła ją za pasek i uścisnąwszy przyjaciółkę, udała się do swojego pokoju. Włożyła płaszcz i poprosiła Sarę, aby towarzyszyła jej w wyprawie.

Po chwili obie kobiety otulone czarnymi pelerynami i z zamaskowanymi twarzami wyszły z pałacu Chateauvillain. Noc była ciemna i padał rzęsisty deszcz. Na ulicy nie było żywej duszy.

Katarzyna zdecydowanym krokiem zbliżała się do merostwa.

Znalazłszy się na dziedzińcu, podeszła do zaspanego strażnika i wsunęła mu do ręki złotą monetę. Przekraczając bramę, odwróciła wzrok od kunicy* i wieży tortur, które stały obok pałacu de Tremoille, rdzewiejąc powoli.

* Dawne narzędzie tortur w formie żelaznej obręczy. Strażnik na widok złota nie robił trudności i poprowadził obie kobiety w głąb dziedzińca, gdzie wznosiły się paskudne, ślepe mury, w których widać było małe, niskie drzwi.

- Chcę się widzieć ze strażnikiem zwanym Rudzielcem! - rzekła Katarzyna.

Po chwili niskie drzwi skrzypnęły i ukazał się w nich Rudzielec. Był to potężny osobnik o prawie kwadratowych barach i muskularnych rękach, przyodziany w poplamioną i podartą skórę. Sztywne i śmierdzące włosy przykrywała brudna czapka. Nawet przy największym wysiłku nie można było dostrzec w jego małych szarych oczkach przebłysku inteligencji. Na dźwięk pobrzękującego złota oczka Rudzielca rozbłysły. Cisnąwszy w kąt jagnięcą kość, którą właśnie obgryzał, i wytarłszy sobie gębę ręką, zapytał służalczo, co może zrobić, „aby być uprzejmym dla pani".

- Chcę się widzieć z więźniem, który ma być jutro powieszony!

Strażnik zmarszczył brwi i podrapał się wielką łapą po głowie. W dłoni młodej kobiety zaświeciło kilka dukatów. Rudzielec nigdy w życiu nie widział tyle złotego kruszcu. Wyjąwszy jedną ręką zza pasa pęk kluczy, drugą wyciągnął po błyszczące monety.