Выбрать главу

– Nikt cię nie usłyszy. Mój towarzysz jest głuchoniemy, a na dodatek nienawidzi kobiet!

– Zawołam faworytę! – rzuciła odważnie. – Jest moją przyjaciółką i jeśli przyjdzie, to biada ci! Każe kalifowi ściąć ci głowę, a on z pewnością nie odmówi jej tak skromnego prezentu!

Katarzyna z zadowoleniem zauważyła, że Murzyn poszarzał ze strachu. Eunuch cofnął ręce i chwyciwszy swą lancę, wzruszył ramionami.

– To już nie można nawet trochę pożartować... Zmykaj więc, ale szybko!

Jeszcze się spotkamy!

Katarzyna nie kazała sobie tego powtarzać dwa razy i zamotawszy szczelniej swój woal zniknęła w ciemnościach zalegających na patio. Bez wahania przeszła przez ogród i znalazła się w samym sercu haremu, w sali Dwóch Sióstr, nazywanej tak z powodu dwóch olbrzymich bliźniaczych płyt zdobiących ją na samym środku. Tu zaczynało się niebezpieczeństwo, gdyż w tej świetlanej sali, ozdobionej stalaktytami jak jakaś nadmorska grota, pod jej przezroczystymi kopułami podobnymi do plastra miodu przebywało kilka kobiet. Leżąc na kanapach, poduszkach i dywanach rozmawiały, jadły słodycze lub drzemały. Inne spały tutaj, nie mając własnego pokoju.

Na szczęście, żadna z nich nie zwróciła na Katarzynę uwagi. Kobiety zazwyczaj nie interesowały się tym, co robią inne, chyba że którąś z nich wezwano do kalifa. Były podobne jedna do drugiej, a ich życie upływało w gnuśności i nudzie.

Katarzyna przeszła przez salę, powtarzając sobie wskazówki Marii, żeby się nie zgubić i żeby wyglądać na taką, która zna doskonale rozkład pomieszczeń. Za rzędem kolumienek znajdowała się perła Alhambry i haremu zarazem: dwanaście lwów z białego marmuru otaczających fontannę. Z ich pysków tryskały strumienie wody, spływając do wykutych w czerwonej ziemi kanałów, wyłożonych zielonymi i złotymi kafelkami. Olbrzymie drzewa pomarańczowe napełniały zapachem patio, gdzie ciszę przerywał jedynie szmer wody w fontannach i łagodny odgłos przelewającej się w marmurowym basenie wody. Katarzyna wyobraziła sobie siebie i Arnolda w tym bajkowym miejscu... Jakże musiało być cudownie kochać tutaj, słuchać szmeru wody i zasnąć pod tym niebem usianym gwiazdami, rzucającymi łagodny blask na wielobarwne dachówki pokrywające pawilony galerii... Szybko jednak otrząsnęła się z marzeń i przeszła bez szmeru przez patio, którego w ciszy strzegły lwy, stojąc na wyprostowanych nogach. Pokój Marii znajdował się tuż obok, a dalej ciągnął się ciemny korytarz, na końcu którego Katarzyna znalazła wreszcie małe drzwi wiodące do ogrodów. Miejsce to było tak ciemne, że z trudem namacała zamek. Wyciągnąwszy zza paska ukryty tam sztylet, włożyła go do zamka, który po kilku próbach puścił. Cedrowe drzwi otworzyły się bezszelestnie; Katarzyna prześlizgnęła się na zewnątrz i poczuła pod stopami piasek. Jej oczy przyzwyczaiły się już do ciemności, bez trudu więc dostrzegła w głębi ogrodu rząd cyprysów i mur broniący dostępu do apartamentów Zobeidy. Wkrótce pokonała i tę przeszkodę. Przed jej oczami za szerokim lustrem wody pojawiły się zgrabne, oświetlone podcienia, pod którymi kręcili się niewolnicy, i kwadratowa wieża Dam, stanowiąca część apartamentów Zobeidy. Po prawej stronie, w otoczeniu cyprysów i drzewek cytrynowych, Katarzyna z biciem serca zauważyła pawilon, który, zgodnie z opisem Marii, musiał być pałacem Księcia. Jego smukłe kolumny i elegancka wartownia odbijały się w tafli wody. Tam również paliły się światła i Katarzyna spostrzegła groźne sylwetki eunuchów w żółtych turbanach i szerokich, haftowanych spodniach. Uzbrojeni w błyszczące bułaty, wolnym krokiem chodzili tam i z powrotem przed wejściem do apartamentów.

Katarzyna przez chwilę obserwowała pawilon, starając się dostrzec znajomą sylwetkę. Nie miała jednak pewności, czy jest w środku i czy jest sam... Jak dostać się do tak dobrze strzeżonego budynku?...

Nie znajdując odpowiedzi na te pytania, chyłkiem przemknęła się do rzędu cyprysów i wtedy, ku jej radości, na progu pawilonu ukazał się Arnold. Był sam.

Wolnym krokiem zbliżył się do tafli wody i usiadł na marmurowym brzegu basenu. Tym razem nie był pijany, lecz jego twarz wyrażała samotność i nudę. Nadarzała się jedyna okazja, żeby się do niego zbliżyć. Nie zastanawiając się dłużej, Katarzyna zzuła pantofle pod drzewami i rzuciła się w stronę męża...

W chwili kiedy ukazała się blisko basenu w miejscu oświetlonym przez lampki oliwne, czyjeś mocne ręce chwyciły ją za ramiona. Chcąc wyrwać się z trzymających ją szponów krzyknęła, na co Arnold odwrócił głowę. Trzymało ją dwóch potężnych Sudańczyków, chociaż wystarczyłby jeden. Pomimo dławiącego ją strachu widziała tylko jedno: swego męża. Był tuż obok niej! Na wyciągnięcie ręki! Chciała krzyknąć jego imię, lecz głos uwiązł jej w gardle. Tymczasem, ku zgrozie Katarzyny, obok Arnolda pojawiła się księżniczka Zobeida.

Na jej widok Sudańczycy trzymający Katarzynę stanęli na baczność, nie wypuszczając jednak swego więźnia z rąk.

– Co tu się wyprawia? Co to za hałasy? – spytała księżniczka.

– Złapaliśmy kobietę ukrywającą się w ogrodzie, pani! Przeszła przez mur. Szliśmy za nią aż tutaj.

– Dajcie ją tu bliżej!

Katarzyna została zawleczona przed oblicze Zobeidy, rzucona na kolana i przytrzymana siłą w tej pozycji. Arnold widząc to skrzywił się z obrzydzeniem i odszedł na bok. Serce Katarzyny waliło jak oszalałe. Och, gdyby tak można było wykrzyczeć jego imię, schronić się w jego ramionach! Niebezpieczeństwo było jednak zbyt duże, zarówno dla niej, jak i dla niego.

– To z pewnością jakaś ciekawska albo żebraczka z miasta...

– powiedział obojętnie Arnold. – Pozwól jej odejść!

– Nikt nie ma prawa wchodzić do mnie! – odparła surowo Zobeida.

– Ta kobieta musi zapłacić za swoje przewinienie!

– To nie jest zwykła ciekawska! – przerwał jeden z Sudańczyków.

– Oto, co znaleźliśmy przy niej! – dodał triumfalnie, wyciągając sztylet z krogulcem odebrany jej w czasie szamotaniny.

Srebrno-złoty krogulec zalśnił w czarnej dłoni Sudańczyka. Zobeida nachyliła się, żeby lepiej przyjrzeć się przedmiotowi, lecz Arnold był szybszy. Na widok sztyletu rzucił się na Sudańczyka, wyrwał mu broń i przyglądał się jej z dziwnym wyrazem twarzy. Następnie jego wzrok spoczął na klęczącej kobiecie.

– Skąd wzięłaś ten sztylet? – spytał gardłowym głosem. Katarzyna nie mogła wydusić z siebie ani słowa, gdyż dławiło ją wzruszenie, tylko błagalnie patrzyła na męża swymi fiołkowymi oczami, zapominając o Zobeidzie, której postawa nie wróżyła niczego dobrego.

– Znasz tę broń? – spytała księżniczka.

Arnold jednak nie odpowiadał, lecz przyglądał się uparcie sylwetce klęczącej na piasku i dziwnie znajomym oczom. Nagle zbladł i zanim ktokolwiek mógł mu przeszkodzić, rzucił się w stronę nieznajomej i zerwał z jej głowy niebieską zasłonę... Na widok odkrytej twarzy stanął jak wryty.

– Katarzyno! Ty tutaj? – krzyknął.

– Tak, to ja, Arnoldzie... – szepnęła.

I w tej chwili nastąpił cudowny moment; oboje, zapominając o bożym świecie, oddali się nieogarnionej radości ze spotkania. Nie liczyło się nic – ani otaczający ich Maurowie, ani księżniczka obserwująca ich z narastającą wściekłością, ani niebezpieczeństwo, które zawisło nad ich głowami. Wszystko zniknęło, wszystko się zatarło. Liczyły się tylko ich złączone spojrzenia i dwa serca bijące tym samym rytmem. Wreszcie Arnold włożywszy sztylet za pas, podał żonie dłoń, by pomóc jej wstać.

– Katarzyno... moje serce... – szeptał z niewysłowioną czułością, jak to tylko on potrafił.