Выбрать главу

da.

- Jak?! Zaraz! - dotąd biernie przysłuchujący się rozmowie Munder teraz gwałtownie

zaoponował. - Nigdzie pan nie pójdzie. Jako pełniący obowiązki dowódcy absolutnie nie

zgadzam się, by…

- By w najgorszym wypadku zginął jeden człowiek zamiast trzydziestu? - Stevenson

wszedł mu w zdanie. - Jeśli puści pan tam antyterrorystów, rozpęta się rzeź. Według świadków,

jest tam podobno z setka uzbrojonych ludzi. Oficjalnie, a ilu się jeszcze czai, tego nikt nie wie.

Poza tym nie sądzę, by chcieli mnie wykończyć. Będą raczej chcieli się przed kimś popisać, a

ja doskonale umiem zgrywać pełnego pokory szaraka zachwyconego wielkością psycholi.

- Ale to przecież Egipcjanie - wtrącił Hiszpan, były dowódca akcji. Mówił takim głosem,

jakby po odwołaniu go przestało mu na czymkolwiek zależeć. - A oni nie lubią się z Anglikami.

Stevenson potwierdził.

- Też o tym myślałem…

- Gdyby chcieli mścić się na nas - machnął ręką jeden z milczących dotąd agentów

Interpolu - już dawno załatwiliby młodego następcę tronu i daliby sobie spokój z całą tą szopką.

A tak w ogóle, to lepiej by im było zaatakować ambasadę. Na przykład podczas wizyty księcia

lub królowej.

- Też uważam, że negocjator powinien pójść - nieoczekiwanie poparł Stevensona

antyterrorysta. - Zainstalujemy mu dyskretną kamerkę w klapie i zrobi nam mały rekonesans.

O, nawet mam tu jedną taką.

Pogrzebał w przepastnej kieszeni i wyciągnął małe pudełeczko. Otworzył.

- Znakomite - stwierdził z przekąsem Anglik. - Rzeczywiście nie sposób podejrzewać, że to

kamera. Ale myślę, że wchodzenie między egipskich fanatyków religijnych z krzyżykiem w

klapie może być wzięte za prowokację. A tego byśmy chyba nie chcieli, prawda?

Policjant zmieszał się.

- Mamy jeszcze wersję na luzie - stwierdził. - Żółty uśmieszek, ale nie sądzę…

Negocjator klepnął go w ramię.

- Kamerkę sobie darujemy, ale i tak zrobię wam rekonesans. Mam fotograficzną pamięć.

- Niecierpliwią się - ponaglił zebranych radiooperator. - Co mam nadać?

Wszyscy przenieśli wzrok na agenta Mundera. Ten westchnął ciężko.

- Przekażcie to, co wam kazał pan Stevenson. A to o zakładnikach nawet dwa razy.

Wyminął negocjatora i wyszedł na świeże powietrze. Wciągając je głęboko do płuc, uniósł

głowę… i aż przetarł oczy. Pierwszy raz widział coś takiego. Nad koronami drzew unosiła się

mgła.

* * *

Po kilku godzinach leżenia w bezruchu Vincent był w stanie przyzwyczaić się do prawie

wszystkich niewygód. Jedynymi wyjątkami był smród nieprzebieranych niemowlaków i smak

knebla. Nasączony jakimiś perfumami materiał smakował naprawdę podle i przypomniał

chłopcu, jak kiedyś, chcąc zataić przed ojcem, że palił, psiknął sobie w usta dezodorantem.

Tylko że wtedy mógł spokojnie zwymiotować, a potem przepłukać usta.

Z drugiego końca sali, prawdopodobnie z podestu dla orkiestry, znowu rozległo się mowo-

warczenie. Tym razem książę nie zrozumiał ani słowa. Bo i nawet nie słuchał. Po okresie

strachu i buntu przyszedł czas rezygnacji. Było mu wszystko jedno, byleby tylko wyjęli ten

knebel i zabrali go z dala od smrodu.

Ktoś szarpnął Vincenta do góry i podniósł. Chłopiec poczuł, że siedzi na krześle, a czyjeś

ręce starannie przywiązują go do poręczy. Potem, ku wielkiej radości księcia, wyjęli knebel i

postawili przed nim coś, co pachniało jabłkami.

Nieco dalej któraś z opiekunek, pewnie również świeżo odzyskawszy możliwość

mówienia, krzyknęła coś bełkotliwie. Rozległo się głośne plaśnięcie i umilkła.

- Jedz! - usłyszał chłopiec i zanim zdążył zaprotestować, wciśnięto mu głowę w miseczkę

ciepłego jabłkowego musu.

* * *

- Skąd wiedzieliście, że on będzie tam szedł? - zapytał Loki. - Że go zaproszą?

Wraz z Gabrielem i Rafaelem, otoczeni archanielską aurą, niewidoczni i niesłyszalni dla

śmiertelników, stali tuż obok sztabowej przyczepy. Patrzyli na szykującego się Stevensona.

- Nie wiedzieliśmy, że go zaproszą - odparł boży posłaniec. - Ale i tak byliśmy pewni, że

znajdzie sposób, by tam wejść. Znałem jego stróża, chyba jedyny przypadek, który dobrowolnie

zdecydował się na śpiewanie w chórach. Mówił o nim, że to prawdziwy maniak i wejdzie

wszędzie.

- Taki dobry? - W głosie Kłamcy słychać było uznanie.

- Niezły. - Gabriel machnął ręką. - Zna się na tych psychologicznych sztuczkach. Tyle że w

akcji średni, ruszać się nie potrafi. A lezie zawsze na pierwszy ogień.

Loki uśmiechnął się.

- Zastanawia mnie tylko, jak to możliwe, że wciąż żyje, choć, jak mówisz, nie ma już

stróża. Zbieg okoliczności?

Archanioł wzruszył ramionami.

- Nagrody na loteriach to też nie nasza zasługa - odparł. - A mimo to są tacy, co wygrywają.

Nikt nie neguje istnienia zwykłego ludzkiego szczęścia. Poza tym jego przeciwnicy są na ogół

naprawdę źli i też nie mają stróżów. To w pewnym sensie wyrównuje szanse.

Stojący kilka metrów dalej negocjator odmówił właśnie przyjęcia broni i kamizelki

kuloodpornej.

- Chyba już rozumiem, o co chodziło temu stróżowi - stwierdził Kłamca. - Gość ma

charakter, nie?

Gabriel pokiwał głową.

- Ano ma. A ty dopilnujesz, by miał go jeszcze przez jakiś czas. Przynajmniej dopóki nie

ustalisz, co się dzieje w środku i kto użył tej krwi. Rafael połączy wasze umysły tak, że

będziecie się mogli porozumiewać bez słów. Znajdź tylko jakiś sposób, by nie pomyślał, że

oszalał, gdy się do niego odezwiesz.

- Spokojna głowa - powiedział Loki. - Nie nazywają mnie Kłamcą dlatego, że umiem

dobrze cerować, prawda? Mam już nawet pomysł.

* * *

Stevenson nie czuł strachu. Dawno minęły już czasy, kiedy przerażała go akcja. Zbyt wiele

ich przeżył.

Bez oglądania się za siebie szedł pewnym krokiem ku hotelowemu wejściu w blasku

wstającego słońca. Starając się nie myśleć o czekającym go zadaniu, wzrok skupił na ukośnej

czerwonej kresce pośrodku lustrzanych drzwi. Dopiero zbliżywszy się na kilka metrów,

dostrzegł, że to krew. Zaklął pod nosem.

- Obym się tylko nie spóźnił - wyszeptał, wznosząc oczy ku górze w cichej modlitwie. -

Żebym tylko zdążył na czas i…

Panie Stevenson - usłyszał nagle w swojej głowie. Przystanął i rozejrzał się. Nikogo nie

dostrzegł. Przejechał dłonią po twarzy.

- Starzejesz się, Sam - westchnął. - Naprawdę się starzejesz.

Powoli ruszył przed siebie, myśląc, że jeśli terroryści to widzieli, mogą wziąć go za

czubka. Pewnie nie będą już chcieli gadać.

To możliwe - ponownie odezwał się obcy głos w jego głowie. - Ale myślę, że jeśli okaże się

pan szalony, to raczej przyjmą pana jak swego. Ze wszystkimi honorami.

Negocjator ponownie przystanął, walcząc z rosnącą chęcią odpowiedzenia tajemniczemu

głosowi.

Martwi się pan o swoje zdrowie psychiczne? Niepotrzebnie. Jestem agent Liarfather i

właśnie rozmawiam z panem przez prototypowy mikroskopijny nadajnik umieszczony w pańskim

organizmie. Podaliśmy go panu razem z kawą, tak na wszelki wypadek. Proszę mnie nie pytać,

jak to tak naprawdę działa. Tyle w tym naukowego bełkotu, że normalnego człowieka, jak ja czy

pan, mogłoby zemdlić. Wiem tylko, że wydali go pan za jakieś dwadzieścia cztery godziny z