pierwszą dłuższą wizytą w toalecie. Aha, kazali mi spytać, czy nie ma pan pretensji?
Stevenson wahał się przez moment. Krótki, bo człowiek jest w stanie uwierzyć we
wszystko, co tylko pozwala mu zachować przeświadczenie, że jest normalny.
- Nie - odparł w końcu niepewnie. - Nie gniewam się.
Mikrokomputer? Tak, chyba czytał gdzieś ostatnio o podobnych wynalazkach. No, ale w
gazecie pisali, że to dopiero wstępne badania i że te małe ustrojstwa zostaną oddane do użytku
najwcześniej za kilka lat.
Nie musi pan mówić, żebym mógł pana słyszeć - odparł głos. - Wystarczy, że pan pomyśli, a
nasz komputerek już się jakoś dogada z pańskimi nu… no… neuronami.
Rozumiem - spróbował Stevenson. - Jak mam się do pana zwracać? Po nazwisku?
Wystarczy Loki. Wszyscy tak do mnie mówią.
W porządku, Loki. Jestem Samuel.
Wiem, a teraz ruszaj. Świrowanie świrowaniem, ale co za dużo, to niezdrowo.
* * *
Vincent lubił jabłka niemal w każdej postaci, całą więc winą za wydarzenie, które nastąpiło
po zjedzeniu musu, obarczył nasączony perfumami knebel i jego ohydny posmak, z tych co na
długo pozostają w ustach. Gdy zmieszał się on ze słodyczą jabłkowej papki, księciu od razu
zrobiło się niedobrze. Zapiekło go w przełyku, a żołądek rozpoczął serię skurczów i
rozkurczów, jakby chciał zostać sercem. Nieprzetrawiony posiłek pomknął z powrotem,
wypełniając usta i wypychając policzki.
Połknij to, kretynie - skarcił się w myślach chłopiec. - Zależy im na tym, byś to zjadł, więc
połknij.
Nie potrafił się jednak zmusić. Wymiociny paliły go w język i utrudniały oddychanie. Z
każdą chwilą mógł zacząć się dusić.
Połknij to, inaczej cię zabiję.
Wyprostował się na krześle, wyprężył i skupił z całych sił. Tym razem poskutkowało,
przełyk rozluźnił się odrobinę i Vincent jął przełykać palącą zawiesinę. Jeszcze moment i w
ustach pozostanie tylko paskudne wspomnienie. Takie, które można wymazać zwykłym
splunięciem i łykiem wody. Jak odrobinę szamponu jabłkowego, która spłynęła do ust pod
prysznicem.
Gdy ktoś przyjdzie go uwolnić, książę Monako z pewnością nie będzie pamiętał, że
zmuszony był połknąć własne… Już prawie zapomniał.
- On się dusi - krzyknął ktoś nagle.
Chłopiec, skupiony właśnie na tak niezbędnym mu teraz do życia i szczęścia głębokim
oddechu, nie zdawał sobie sprawy, że chodzi o niego. Zrozumiał to, gdy poczuł mocne
uderzenie z otwartej ręki w plecy, a potem nagły tępy ból na wysokości przepony, gdy ktoś
podniósł go z krzesła i wbił mu pięść tuż poniżej splotu słonecznego. Vincent pamiętał ten
manewr z zajęć z pierwszej pomocy. Nazywał się rękoczynem Heimlicha. A kończył zawsze
tym samym.
Książę zwymiotował.
Wydawało mu się przy tym, jakby wraz z jabłkowym musem wypluł przy okazji żołądek i
połowę jelit. Kwas w przełyku sprzed kilku chwil był niczym w porównaniu do ognia, jaki
rozgorzał teraz.
Z drugiego końca sali rozległo się wściekłe wycie.
Gość wbijający pięść w brzuch Vincenta nagle rozluźnił uścisk. Osłabiony chłopiec osunął
się na ziemię.
* * *
Stevenson był już przy drzwiach, gdy padł strzał. Ręka, którą wzniósł, by zapukać, zamarła
w pół ruchu.
Agencie Liarfather… Loki? - pomyślał. - Ty też to słyszałeś?
Chłopie, nie zatrzymuj się tak gwałtownie. Jasne, że słyszałem strzał, myślisz, że jestem
głuchy?
Negocjator speszył się trochę.
Nie, ale myślałem, że może tam u was w samochodzie…
Jakim sam… a, no jasne! Mamy tu różne takie nasłuchy wycelowane w dom. Właśnie po to,
by słyszeć strzały.
Aha - pomyślał Stevenson, choć wcale nie był usatysfakcjonowany odpowiedzią. - A tak
swoją drogą, to gdzie stoi ten wasz wóz? Wydawało mi się, że zwiedziłem wszyst…
Loki nie zdążył odpowiedzieć, bo właśnie drzwi hotelu otworzyły się i barczysty
Egipcjanin wciągnął Stevensona do środka.
* * *
Vincent przez chwilę myślał, że nie żyje. Jakby się dobrze zastanowić, wszystko na to
wskazywało. Najpierw zamieszanie z wymiotowaniem, potem akcja z jego rzekomym
duszeniem się, gwałtowny odskok ratownika i strzał. A teraz leżał na ziemi z boleśnie
pulsującym żołądkiem, czując mokre ciepło w okolicy podbrzusza. No i widział. Jak przez
mgłę, ale czyż nie tak właśnie powinna patrzeć uwolniona dusza?
Dostrzegał skapujące z krawędzi stołu wymiociny i zbliżającą się ku niemu parę nóg.
Spróbował podnieść głowę.
- On ma odsłoniętą opaskę! - krzyknął ktoś ostrzegawczo po arabsku. Nogi przyspieszyły i
po chwili kanciaste, owłosione dłonie na powrót zasłoniły mu oczy.
Młody książę skulił się. Wymęczony żołądek kolejny raz zaprotestował nagłym skurczem.
- I na dodatek się obszczał - dodał, nie kryjąc obrzydzenia, klęczący nad nim mężczyzna.
Z oddali dobiegła seria cichych, ale stanowczych warknięć.
- Tak, panie - odparł Egipcjanin. Pochylił się mocniej, niby poprawiając księciu więzy i
wyszeptał: - Nie będziesz miał tyle szczęścia co twój przyjaciel. Jego dusza zdążyła się ukryć,
zanim przybył, ale ty…
- Co ze mną? - wydusił z siebie chłopiec. Jeszcze przed chwilą myślał, że jest mu już
wszystko jedno, bo i tak nie może być gorzej, najwyżej umrze. Teraz zmienił zdanie. - Co mi
zrobią?
- Będziesz przestrogą, bracie - szepnął oprawca, nie kryjąc rozbawienia. - Nie chciałeś jeść
grzecznie, więc staniesz przed sądem. I każdy zobaczy, ile ważą twe winy. I czy twoja krew
naprawdę jest błękitna.
Szept przeszedł w ciche sapanie. Egipcjanin z całych sił powstrzymywał się, by nie
wybuchnąć śmiechem.
Vincent mocniej podciągnął nogi i wcisnął głowę między ramiona. Pragnął zasnąć. Albo
umrzeć. Byle szybko.
* * *
Wystarczyło jedno spojrzenie na hol, by Stevenson stwierdził, że jest już za późno na
wszelkie akcje. Wszędzie leżały trupy.
U szczytu schodów przewieszone przez barierkę wisiały zwłoki hotelowego boya. Mógł
mieć z piętnaście, szesnaście lat. Na bladej twarzy okolonej przetłuszczonymi złotymi włosami
mieniły się czerwienią rozmaite, mniejsze lub większe wypryski, a pod sinobiałymi
paznokciami czerniały pokłady brudu. Jego wygląd zupełnie nie pasował do szykownego lokalu
i negocjator od razu pomyślał, że chłopiec był dzieckiem któregoś ze starych pracowników i to
właśnie dzięki koneksjom zyskał pracę na wakacje. Na swoją zgubę. Wielkie szkarłatne krople
z jego poderżniętego gardła kapały równomiernie na ziemię niczym woda w chińskiej machinie
tortur.
Kilka stopni niżej leżała pokojówka ze złamaną nogą i przetrąconym karkiem. Przyglądał
się jej przybity do ściany tkwiącym w gardle nożem ochroniarz. Wyglądał inaczej niż
otaczający negocjatora mężczyźni, choć podobnie jak oni miał czarny garnitur na białym T-