Выбрать главу

On niewątpliwie musi mieć u niej względy.

Dostrzegł, że jego nieświadomy niczego przewodnik dotarł już do samych drzwi i złapał za

klamkę. Chcąc wejść wraz z nim, musiał się pospieszyć.

Loki! - usłyszał nagle w głowie, ale nie miał czasu ani ochoty odpowiadać. Zaczął biec.

Egipcjanin otworzył.

* * *

Wygląda jak noc - przemknęło mu przez głowę, gdy spojrzał w czarny otwór lufy. Nie

zwyczajna noc, ale taka, jaką zwykle pokazują w horrorach - Mrok, w którym czai się bestia.

Nie potrzebował widoku żółtych ślepi, by wiedzieć, że one też tam są, choć teraz jeszcze

przymknięte. Ale potwór czai się, czekając, aż uwolni go jedno szarpnięcie. Jedno jedyne

pociągnięcie spustu.

Był przerażony, ale miał nadzieję, że tamci tego nie widzą. To tylko banda tchórzy. Gdzież

im do niego, potomka królów?!

- Na to też nie zamierzasz odpowiadać w żaden sposób? - usłyszał szept stojącego przed

nim Egipcjanina.

Nie odpowiedział. Stał dumnie wyprostowany, ogniskując spojrzenie nieco powyżej głowy

zbira.

Ten wzruszył ramionami.

- No skoro tak… - westchnął. I strzelił.

Przez ułamek sekundy książę czuł ból. Potem nagle pojawiło się oślepiające światło i

uczucie, jakby chudł albo więdł w przyspieszonym tempie niczym rośliny na filmach

przyrodniczych w BBC. Ze zdumieniem odkrył, że jego ciało pada bezwładnie na ziemię, a on

sam leci ku górze coraz wyżej i wyżej. Uniósł głowę i dostrzegł, że sufit stał się przezroczysty.

Mógł przezeń zobaczyć niebo, chmury i… krążącego niespokojnie anioła. Skrzydlata postać

miotała się tam i z powrotem, a jej ruchy w niczym nie przypominały powietrznego baletu, o

którym tyle mu mówił biskup Thomas. Zachowywała się raczej jak mąż obserwujący przez

wielką szybę kawiarni rozpędzoną ciężarówkę, która z każdym ułamkiem sekundy jest coraz

bliżej jego przechodzącej po pasach żony.

A potem chłopiec zaczął spadać…

Dusza Edwarda poruszyła się niespokojnie. Miała już dość myśli i wspomnień, które naraz

zaczęły być dla niej tym, czym grawitacja dla zmęczonego ptaka. Pozostały kawałek, cząstka

Stwórcy, z całych sił ciągnęła ku górze, ale to nie pomagało. Wręcz przeciwnie.

Bo co z tego, że ciągnęła, skoro nie dało się wyjść z tego budynku? Za każdym razem, gdy

dusza dotykała którejkolwiek z zewnętrznych ścian hotelu, nawet najbardziej oddalonych od

sali bankietowej, powracało to paskudne wspomnienie z ostatnich chwil życia. Cóż znaczy, że

zachował się jak bohater, skoro nie może wyjść z tego pieprzone…

Dusza nie powinna przeklinać - upomniało go ukryte w boskiej części sumienie.

Pieprzony to nie przekleństwo - sparowała cała reszta. - Chcesz usłyszeć, jak przeklinam,

to…

Wtem na myślowym oceanie pojawiła się wysepka. Przecież to oczywiste! Niewykonane

zadanie. Tak zawsze dzieje się w filmach. Dusza nie idzie do nieba, dopóki nie spłaci długów,

nie pożegna się z żoną, nie zbuduje synowi domku na drzewie albo…

Vincent - pomyślał nagle. - Chodzi o Vincenta! Muszę go uratować.

Wzniósł się prawie pod sam sufit i pomknął przez ściany do sali balowej.

* * *

- Trzeba wam przyznać, że nieźle wybraliście sobie cel ataku - stwierdził Stevenson. -

Wszyscy książęta świata, no, no… Bardzo medialne.

- Dziękujemy za uznanie. - Uśmiech nie znikał ani na moment z twarzy kapłana. - Zawsze

uważałem, że wystarczy setka uzbrojonych ludzi i jedna mądra głowa, a można zawojować

świat. Jak mawiają, chcieć to szukać sposobu.

- A nie boi się pan, że po przeciwnej stronie barykady stoi ktoś, kto również potrafi używać

mózgu?

Kapłan uniósł wskazujący palec i pogroził nim negocjatorowi.

- Nie słucha mnie pan, panie Swift - powiedział z wyrzutem. - Przecież powiedziałem panu,

że nie ja jestem tu szefem. Jestem tylko kapłanem. A kogoś takiego jak nasz wódz na pewno u

siebie nie macie.

Do pomieszczenia wszedł terrorysta ze szklaną miseczką wypełnioną jabłkowym musem.

Postawił ją przed Stevensonem i z kieszeni wyciągnął łyżeczkę. Niedbałym ruchem wytarł ją o

spodnie.

- Smacznego - burknął. Ponaglony gestem kapłana wyszedł i zamknął za sobą drzwi.

- Smacznego, panie Swift - powtórzył Nagib al-Alim.

Negocjator wzruszył ramionami i zanurzył łyżeczkę w musie. Odruchowo zamieszał, po

czym nabrał i spróbował. Nie smakowało wcale najgorzej.

- Mogę wiedzieć, czemu zawdzięczam ten poczęstunek? - zapytał, gdy żądna kolejnej

porcji łyżeczka zaskrobała po dnie naczynia. - Czy znajdowało się w tym jakieś serum prawdy

albo coś takiego? Bo jeśli tak, to muszę pana rozczarować, ale nie mam pojęcia, co planują ci

na zewnątrz na wypadek, jakby nie udało mi się z wami dogadać. Negocjatorom nie mówi się

takich rzeczy.

Kapłan wstał i podszedł do wiszącej na ścianie tarczy. Wyjął z niej rzutki, po czym cofnął

się o kilka kroków. Przez moment zachowywał się tak, jakby Stevenson zupełnie przestał go

obchodzić. Uniósł jedną strzałkę, wycelował i rzucił. Za dwadzieścia punktów.

- W pewnym sensie rzeczywiście podaliśmy panu serum - powiedział, celując ponownie. -

Ale nie tak banalne, jak to zmuszające do mówienia prawdy. Są lepsze sposoby na szczerość.

Zabawniejsze.

Rzutka pomknęła do tarczy. Znowu dwudziestka, ale tym razem liczona podwójnie.

- Zjadł pan właśnie jabłko ze świętego drzewa, panie Swift. Nadaliśmy panu boską moc

tworzenia.

Stevenson skrzywił usta.

- Niech pan nie będzie śmieszny.

Kapłan odwrócił się błyskawicznie. Strzałka w jego podniesionej ręce celowała prosto

między oczy Anglika.

- Kolejny raz łamie pan zasady negocjacji - powiedział spokojnie Nagib al-Alim, choć w

jego oczach czaił się gniew. - Najpierw mnie pan nie słucha, a teraz kpi pan z moich słów. Czy

ja, pańskim zdaniem, wyglądam na błazna? Radzę przemyśleć odpowiedź, biorąc pod uwagę,

że mam tam cały pokój bachorów i ich nianiek zamkniętych do spółki z pięćdziesiątką

uzbrojonych ludzi.

- Przepraszam - szepnął Stevenson, schylając głowę.

- Tak już lepiej - powiedział łysy z uśmiechem. Ponownie odwrócił się do tarczy i rzucił.

Trafił w sam środek. - A wracając do pańskiej mocy, panie Swift. Mimo iż nie dysponujemy

większą ilością cudownych jabłek, obdarzyliśmy nią wszystkich naszych zakładników. Wydaje

mi się to wystarczającą gwarancją, że nie zamierzamy zabić ich więcej niż potrzeba. A potrzeba

naprawdę niewiele.

- To pocieszające - przyznał negocjator. - Nadal jednak nie rozumiem…

- Na czym polega pańska nowa moc? A może dlaczego zdecydowaliśmy się właśnie na to

miejsce? Bo tego, że nie chodzi nam o okup, już się pan pewnie domyślił.

- Tak.

Kapłan kolejny raz podszedł do tarczy i sięgnął po rzutki, ale rozmyślił się. Wygrzebał z

kieszeni monetę i wrzucił do stojącego obok automatu.

- Kawy?

- Dziękuję, może później. Nie komponowałaby się ze smakiem jabłek. - Stevenson zawahał

się. - No, chyba że powinienem ją wypić. W takim razie chętnie.

Nagib al-Alim wybuchnął śmiechem.

- Brawo, panie Stevenson. Gdzieś to podobno mawiają, że mądrej głowie dość dwie słowie.

Znakomicie. Nie musi pan pić, jeśli pan nie chce.