Выбрать главу

- W takim razie nie chcę.

Wewnątrz automatu zaszumiało, a chwilę potem rozległo się cichutkie dzyń. Kapłan wyjął

kubek i wrócił na swoje miejsce przy stoliku.

- Czytał pan kiedyś Biblię, panie Swift? - zapytał. Odczekał, aż negocjator skinie głową i

kontynuował: - Przerażająca lektura, prawda? Ta cała Sodoma i Gomora, albo opowieść o

córkach Lota, które ojciec oddał na gwałt, by tylko ratować jakichś gości. Czy uważa pan za

właściwe, by święta księga proponowała coś takiego swoim wiernym? Księga, którą uznaje

większość cywilizowanego świata?

Stevenson ponownie skinął głową. Wiedział, że nie musi odpowiadać, a nie zamierzał

kolejny raz wyrywać się przed szereg. I tak wyjątkowo mu dziś nie szło.

- A słyszał pan o egipskich plagach? Zwłaszcza o ostatniej z nich, pladze anioła śmierci?

Wszystko pierworodne Egiptu, od pierworodnego syna faraona, który siedzi na swym tronie, aż

do pierworodnego tego, który był zamknięty w więzieniu. Wszyscy mieli zginąć. I za co? Za to,

że, jak każdy naród w owych czasach, trzymaliśmy niewolników. Żydzi oczywiście wiedzieli,

jak się uratować, oni zawsze to wiedzą. Mieli tę swoją krew baranka na drzwiach, która nie

pozwoliła żadnemu z aniołów przekroczyć progów ich domostw. Więc pierworodne Mośki i

Icki ocalały.

Przerwał na moment, by upić kawy i przyjrzeć się, jakie wrażenie robią jego słowa na

rozmówcy.

Robiły duże. Z każdym usłyszanym zdaniem Stevensonowi trudniej było ukryć, że ma

łysego za wariata. Niebezpiecznego wariata. Kolejny raz spróbował połączyć się z Lokim i

kolejny raz bezskutecznie. To pewnie coś z tym pokojem. A może mikrokomputer nie był

kompatybilny z jabłkami.

- Nadszedł jednak czas - podjął znów kapłan - gdy postanowiliśmy zakosztować zemsty.

Zwłaszcza, że nadeszła wspaniała okazja. Odrodził się nasz bóg i przyniósł ze sobą

wykradziony innym bogom dar. Niby zwykły kosz jabłek, a jednak są w stanie zwiększyć jego

moc, gdy nakarmić nimi ludzi. Wystarczy, że uwierzą w jego potęgę.

- A jeśli nie uwierzą?

- Nie można nie uwierzyć w coś, co się widzi - odparł Nagib al-Alim. - Prędzej czy później

pański wzrok wyjaśni mózgowi, że ma rację. Zawsze tak jest. A dziś nasz bóg objawi się

wszystkim pierwszym spośród pierworodnych Europy. Ich dzieci, spadkobiercy tamtych

Żydów, staną się naszymi dziećmi.

- Przecież tu są niemal same niemowlaki! - zauważył Stevenson. - Jak one mogą rozpoznać

czyjąkolwiek potęgę? Może choć te maluchy pan puści?

- Wiara dziecka jest mocą potężną i dającą się kształtować, panie Swift. Ukształtują ją

starsze dzieci i niańki. No i pan, oczywiście.

- Niańki też są pierworodne?

- Nie, na ich wybór nie mieliśmy wpływu. Ale nie muszą być, to nie wymóg, a jedynie

symbol. Coś jak napisana szpadą litera “Z” na drzewie. Chcemy, by wiedział, że to właśnie my.

- Kto? - nie zrozumiał Anglik.

Kapłan popatrzył na niego z politowaniem.

- A jak pan myśli? Bóg Żydów oczywiście. I jego pieprzone anioły. Te same, które pewnie

krążą teraz na zewnątrz wściekłe, że nie mogą wejść do środka.

Zerknął na zegarek.

- Chyba już czas na nas. Oczywiście pan również będzie świadkiem tryumfu ostatniego z

egipskich bogów, cieszy się pan?

* * *

To nie jest maska - wrzeszczała świadomość Vincenta. Za wszelką cenę starała się

zapanować nad nogami, ale te miały już nowego pana i nie słuchały rozwrzeszczanego kawałka

mózgu. Stopień po stopniu powoli niosły ciało na podest. - To nie jest maska, on naprawdę ma

głowę szakala!

Siedząca na tronie postać nadal wyciągała do księcia rękę. Dopiero teraz chłopiec mógł

dostrzec, że ten półczłowiek trzymał w niej maleńkie piórko. Waga w jego drugiej dłoni

zakołysała się delikatnie jakby zniecierpliwiona.

- Chodź - warknął szakalogłowy. - Pokaż mi, ile waży twoja dusza.

Nogi Vincenta zmusiły go do wejścia na dwa kolejne stopnie i wykonania kilku kroków po

otaczającym tron piasku. Prawa ręka księcia uniosła się, a lewa pomknęła ku piersi. Ku sercu.

* * *

Nie!!! - wrzasnęła swym niemym krzykiem dusza księcia Edwarda. Wpadła do sali balowej

właśnie w momencie, gdy ręka Vincenta wniknęła w klatkę piersiową. Nie wbiła się, nie było

ani śladu krwi, ani trzasku pękających kości, a mimo to Edward miał pewność, że się spóźnił.

Bo żywi nie wkładają sobie dłoni do piersi i nie wyciągają z nich bijącego wciąż serca. A jeśli

nawet, to nie idą z nim później przed siebie, by położyć je na wadze kogoś o głowie szakala.

Żywi ludzie nie słyszą też krzyków dusz, a Vincent odwrócił wzrok i spojrzał wprost na

niego. Nawet uśmiechnął się nieśmiało.

Edward spuścił swą niematerialną głowę, nie chcąc patrzeć w smutne oczy księcia Monako.

Mimowolnie zerknął na zakładników i ich oprawców.

Wszyscy stali jak zaczarowani rozgrywającą się na podwyższeniu sceną. Niańki znów

zasłaniały dzieciom usta, trzymały je jednak zgodnie z poleceniem tak, by brzdące mogły

wszystko widzieć.

Terroryści znów stali pod ścianami, ale tym razem na baczność z bronią na ramieniu. Na

ich twarzach malowała się duma i strach. Bojaźń boża. Cnota wierzących naprawdę.

Naraz rozległ się cichutki brzdęk. Edward ponownie zerknął w stronę podwyższenia.

Szalka wagi, na której spoczęło serce chłopca, przeważyła drugą, pustą. Szakalogłowy wstał.

- Niech osądzona będzie dusza twoja - warknął w jednym z umarłych języków, który

jednak wszystkim na sali wydał się znajomy i zrozumiały. - Niech ukaże mi wszystkie swe

brudy i objawi ciężar swych grzechów. Bo ja jestem Anubis, pan i sędzia śmierci, a teraz także i

życia. Po wieki wieków, aż przeminie ostatni z rodu ludzkiego.

Jego głowa poruszyła się zupełnie jak u aktora, który chce ocenić wrażenie, jakie wywarł

na publice. Miał powody do radości. Wszyscy, nawet jego słudzy, wpatrywali się w niego z

lękiem.

Triumfującym gestem powoli podniósł do góry piórko i upuścił je na drugą szalkę. Puch,

wirując w powietrzu, powoli opadał na właściwe miejsce, po czym ku ogromnemu zaskoczeniu

Anubisa… przeważył szalę.

- Niewinny? - ryknął szakalogłowy, spoglądając z nienawiścią na Vincenta. Miał zamiar

rozszarpać go pokazowo, unieść w powietrze siłą woli i zrzucić spod samego sufitu wprost na

kolce, które nagle wyrosły z podłogi. Mógłby to zrobić, gdyby waga nie drgnęła, mógłby, nawet

gdyby szalki wyrównały się, ale teraz…

Zdjął tętniące serce z wagi i wepchnął je w pierś księcia z taką siłą, że chłopiec spadł z

podestu. Znieruchomiał. Dusza Edwarda błyskawicznie rzuciła się ku niemu.

Wtedy w drzwiach sali stanęło dwóch mężczyzn. Od niższego z nich, siwego, biła aura

podobna do tych, które Edward wyczuwał w niańkach, niemowlakach i strażnikach. Tyle że

blask mężczyzny był ostrzejszy. Zupełnie jakby… określony.

Nagle duch księcia Anglii poczuł, że coś go ciągnie niczym odkurzacz wsysający pajęczynę

bezczelnie rozciągniętą pod sufitem. Tym czymś było leżące na podłodze jego własne ciało.

* * *

Pierwszym, co Stevenson zauważył po wejściu do sali, było ciało chłopca leżące przy

przeciwnej ścianie. Pierwszym, co pomyślał: To nie może być on. Gdyby ktoś zapytał go o to,