co działo się później, pewnie odpowiedziałby stwierdzeniem w stylu: To naprawdę nie była
maska, i obłędnym chichotem. Takim, od którego włoski na karku stają dęba. Bo tak śmieją się
tylko szaleńcy, którym wcale nie jest do śmiechu.
Jeden rzut oka na zakładników upewnił go, że wszystko, co jest w tym momencie istotne,
ma miejsce na podeście dla orkiestry. Podeście, na którym miotał się człowiek w masce
Anubisa. Tyle że głowa szakala wyglądała tak żywo, tak prawdziwie. Drgały na niej mięśnie, z
pyska ciekła piana. No i te oczy rzucające gniewne spojrzenia. Wbrew zdrowemu rozsądkowi
Samuel Stevenson uwierzył. Wpatrywał się właśnie w oblicze egipskiego sędziego dusz. Boga,
któremu nie wszystko szło zgodnie z planem. Powietrze wokół wagi zafalowało. Najpierw
pojawił się dociskający szalkę z piórkiem palec, a potem…
* * *
- Ty! - warknął Anubis. Pragnął, by owo warknięcie zabrzmiało przerażająco, ale głos mu
się załamał i przeszedł w pełen strachu skowyt. - Ale jak?
Stojący naprzeciw niego archanioł Michał zdjął palec z wagi i skrzywił się w uśmiechu.
Wokół jego oka rozbłysły płomienie.
- Myślałeś, że powstrzyma mnie głupia kreska na drzwiach? - zadrwił. - Nie te czasy,
kundlu. Wiesz, dlaczego ciągle jesteśmy najlepsi? Bo zmieniamy metody. I zatrudniamy
nowych.
Ręką wskazał łysego kapłana. Mężczyzna na moment przybrał postać ubranego w
hawajską koszulkę uśmiechniętego blondyna, po czym znów stał się sobą.
- Ty zdrajco! - warknął do niego Anubis. - Wszystko mu powiedziałeś. Później się z tobą
policzę.
Kapłan rzucił coś w odpowiedzi, ale szakalogłowy już go nie słuchał. Cofnął się o krok i
stanął gotów do walki.
* * *
Stevenson nic już nie rozumiał. Do tego momentu wszystko zdawało się do siebie pasować,
choć układanka była zupełnie irracjonalna. Jak sztuka psychodeliczna z czasów jego młodości.
Ten cały kapłan, mus, historia z pierworodnymi, a na koniec sam Anubis. Owszem, to było
szaleństwo, ale przynajmniej dobrze zmontowane. Teraz jednak, odkąd obok Anubisa pojawił
się ten klaun ze swymi sterczącymi na boki rudymi włosami, ogromnym czerwonym nosem na
białej twarzy i hulahoopem zamiast paska, negocjator zaczął się zastanawiać, jakie
halucynogeny zjadł razem z musem jabłkowym. Zwłaszcza że szakalogłowy wyglądał, jakby
bał się tego pajaca.
- Ty zdrajco! - warknął właśnie do stojącego obok Stevensona kapłana. - Wszystko mu
powiedziałeś. Później się z tobą policzę.
Łysy spojrzał zdumiony najpierw na negocjatora, potem na Anubisa.
- Ależ panie, przecież sam chciałeś, bym mu wyjaśnił! - prawie krzyknął.
Ale jego bóg już nie słuchał. Z pełnym lęku wyczekiwaniem patrzył na klauna.
Od strony zakładników dobiegło Stevensona kilka pełnych zdziwienia szeptów, a nawet
stłumionych chichotów.
I wtedy właśnie klaun wyciągnął zza pleców zrolowaną gazetę…
* * *
Archanioł wzruszył ramionami i lekceważąc gardę przeciwnika, wyprowadził krótki prosty
dokładnie w nos Anubisa.
Trysnęła krew. Sędzia śmierci cofnął się, opuszczając ręce.
- Śmieją się z ciebie - kpił Michał. Postąpił krok do przodu. - Pewnie czekają, aż zaczniesz
aportować. Choć, jak dla mnie, lepiej byś zrobił, gdybyś spróbował na przykład… ja wiem,
może zdechł pies… Co ty na to?
- Czego chcesz? - Głos Anubisa skowyczał coraz bardziej.
- Masz szczęście, sukinsynu… - Archanioł przerwał na moment, by zaraz wybuchnąć
śmiechem. - To mi się udało. Sukinsyn. Pasuje, nie?
- Powiedz mi, czego chcesz ode mnie - poprosił szakalogłowy.
- Masz szczęście, bo trafiłeś na mój dobry humor, a to nie zdarza się często. - Michał
dostrzegł, że egipski bóg zaciska dłoń w pięść. Pokręcił głową. Anubis natychmiast rozluźnił
rękę. - Zaraz obdarzę cię niewidzialnością, oczywiście niecałkowitą, bo ja i moje anioły
będziemy cię widzieć. Obdarzony tą nową mocą opuścisz hotel i będziesz uciekał tak długo,
dopóki nie dostaniesz zadyszki ze zmęczenia.
- Ja nigdy nie czuję zmęczenia. - W egipskim bogu odezwała się resztka dumy.
Archanioł zbył ją kolejnym wzruszeniem ramion.
- Tym lepiej. A swoimi wiernymi się nie przejmuj. Dopilnujemy, by wszyscy przeżyli. Nie
chcemy cię przecież zabić, prawda? A teraz popatrz tutaj.
Wysunął ku niemu pierś. Anubis pochylił się ku niej.
- Odskocz gwałtownie - polecił Michał.
Szakalogłowy wykonał polecenie.
- A teraz znikaj. I nie oglądaj się za siebie.
* * *
Kiedy na nos Anubisa spadła gazeta, zakładnicy powyżej trzeciego roku życia śmiali się w
głos, nic sobie nie robiąc ze strażników. Terroryści patrzyli po sobie zdezorientowani, a głosy
zwątpienia były coraz głośniejsze. Najwyższy kapłan Anubisa zrobił mały kroczek ku drzwiom.
Stevenson dostrzegł to i z całej siły uderzył go w brzuch. Łysy zgiął się wpół, wypuszczając z
płuc powietrze. Anglik sprawdził, czy ktokolwiek coś zauważył, ale zgodnie z jego
oczekiwaniami wszyscy patrzyli w stronę sceny. Tam odbywało się główne przedstawienie.
Korzystając z okazji, wyciął kapłanowi haka, a gdy ten runął na ziemię, kopnął go jeszcze w
żebra.
- Że też negocjatorów zawsze omija najlepsza zabawa - westchnął, poprawiając kopnięcie
drugim, w okolicę nerek.
Na scenie tymczasem Anubis pochylił się, by - tak to przynajmniej wyglądało - powąchać
wielki kwiatek na piersi klauna. Odskoczył, gdy ochlapał go strumień wody, po czym… zniknął.
Stojący blisko wejścia Stevenson poczuł, jak coś odpycha go gwałtownie, a potem drzwi
otworzyły się i same zatrzasnęły.
Klaun na scenie spojrzał w stronę publiczności, bezradnie rozkładając ręce.
- Wygląda, że to już koniec przedstawienia - powiedział z udanym smutkiem. - Czas
rozejść się do domów. Oczywiście dla tych najbardziej opornych przygotowaliśmy mrożący
krew w żyłach pokaz najbardziej jadowitych gadów świata.
Strażnicy poczuli nagle, że broń wije im się w rękach. Mądrzejsi wyrzucili ją natychmiast,
głupsi, dopiero gdy ich karabiny zaczęły syczeć. Wrzaski z korytarza świadczyły, że pokaz
odbywa się również i tam.
Przerażeni terroryści znów przenieśli wzrok na klauna. Jego twarz wydała im się nagle
upiorna. Obrzydliwe czerwone oczy świdrowały mózgi, obleśny długi język wystawał z
bezdennej czeluści, jaka kryła się za pożółkłymi zwierzęcymi kłami.
- To jak? - wycharczała bestia. - Idziecie sobie, czy też może chcecie balonika? Albo
gumowy basenik, w którym będziemy się pławić? To dla mnie żadna sprawa.
Rzucili się ku drzwiom. Stevenson z uśmiechem obserwował, jak w panice tratują leżącego
przy wejściu kapłana.
Ja popełniam błędy - myślał pełen satysfakcji. - A jak nazwiesz to, panie wielki kapłanie?
Przynajmniej jestem po właściwej stronie, dupku.
Gdy ostatni strażnik uciekł z sali, klaun ukłonił się pięknie i zniknął, pozostawiając po
sobie różowy obłoczek w kształcie baranka.
* * *
Archanioł Michał zaczynał się niecierpliwić. Było to widać w jego ruchach i ciągłym
powtarzaniu: Wiedziałem, że się nie uda. Wódz zastępów był stworzony do działania, a nie
czekania, aż wyręczą go inni.